B!LIVE, Kromer Biecz Festiwal, cz. II



Wczorajszy dzień należał na Kromer Biecz Festival do Agnieszki Budzińskiej-Bennet, Chóru Polskiego Radia, zespołu viol renesansowych Compass i do samego Biecza.

Biecz to małe, ale pełne uroku i tajemnic królewskie miasto "utkane gotykiem w zielonym wzgórzu". Nie pomylił się Białoszewski. O wczorajszym poranku pogoda sprzyjała spacerom, obszedłem więc miasto dookoła, wzdłuż i wszerz i jeszcze raz dookoła. Przez jeden most na Ropie, przez drugi. Jest pięknie. Zielone, okwiecone wzgórze a na nim poukładane piętrami domy, baszty, kościoły, mury. I strzelista biała wieża ratuszowa. Na nią też wszedłem. Widok z góry jest oszałamiający. Nie będę pisać więcej, w jednej z kolejnych relacji pokażę to wszystko na zdjęciach.

Wieczorem w Kolegiacie pw. Bożego Ciała wystąpił Chór Polskiego Radia i zespół viol renesansowych Compass. Agnieszka Budzinska-Bennett, która pokierowała zespołami, przygotowała na ten wieczór niezwykły program złożony z 10 Psalmów Królewskich ze zbioru Melodiæ ná psalterz polski, przez Mikoláiá Gomólke vczynioné. Przyznaję, że koncert był dla mnie ogromnym pozytywnym zaskoczeniem. Mikołaj Gomółka ubrał w prostą czterogłosową formę rymowane, stroficzne psalmy z Psałterza Dawidowego przekładania Jana Kochanowskiego. Nudne? Wcale. Psalmy zabrzmiały z wielkim wdziękiem, różnorodnością kolorystyczną, artykulacyjną i dynamiczną. Zmieniały się też konfiguracje zespołu. Słyszeliśmy Psalmy śpiewane przez chór, solistów, kwartet solistów, czy wreszcie wersje instrumentalne.

Znakomity Chór Polskiego Radia, soliści (zjawiskowe Anna Zawisza sopran i Katarzyna Wiwer), zespół viol renesansowych, Ziv Braha, który czynił cuda na lutni oraz kierująca wszystkim charyzmatyczna Agnieszka Budzińska-Bennett w doskonały sposób oddali charakter psalmów-wierszy Kochanowskiego. Gdzie miały bić pioruny - biły; gdzie serce miało śpiewać - śpiewało, a kiedy w Psalmie 110 zabrzmiał bęben - zacząłem rezonować. Ze wzruszenia, z przejęcia, z szacunku dla tekstu Kochanowskiego i muzyki Gomółki. Bywają koncerty, na których nie słucham muzyki, tylko doświadczam jej całym sobą. Tak właśnie było w piątkowy wieczór w bieckiej Kolegiacie pw. Bożego Ciała. Z niecierpliwością będę czekać na płyty z Psalmami Gomółki i Kochanowskiego. Dwie pierwsze już chyba całkiem niedługo.

Ostatnim punktem programu był koncert Bruno Cocseta, czyli druga część Suit na wiolonczelę solo Johanna Sebastiana Bacha. Przyznam, że koncert przyjąłem z mieszanymi uczuciami. Poprzedniego dnia byłem oczarowany spójnością opowieści Cocseta. Wczoraj było inaczej. Piąta i czwarta suita (zostały wykonane w takiej właśnie kolejności) były rozedrgane, dość nerwowe, niepewne intonacyjnie, zdawało się, że artysta cały czas szuka odpowiedniego brzmienia. Być może wynikało to trochę z problemów z instrumentami, już na samym początku w wiolonczeli pękł mostek. Wymiana instrumentu na inny musiała być dekoncentrująca.

To, co tak mnie zachwyciło w czwartek, ożyło tylko na chwilę w dramatycznej, niemal łkającej Sarabandzie ze suity piątej, a potem już na dobre w zagranej na koniec VI Suicie D-dur, BWV 1012. Wrócił spokój, spójna narracja, pozytywne emocje, magiczny nastrój.

0 komentarze:

Publikowanie komentarza