Wszystkie posty

jeszcze więcej do czytania...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Händel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Händel. Pokaż wszystkie posty

B!LIVE, Bogowie zdemaskowani, czyli Il Pastor Fido w Gliwicach.


Dziś zaczynam od przeprosin. Relacja z gliwickiej premiery opery Il Pastor Fido Georga Friedrich Händla  miała się ukazać już ponad tydzień temu, ale łatam dziury czasoprzestrzenne i wszystko - niestety przede wszystkim pisanie - musi czekać na swoją porę. Czyli na ostatnią możliwą chwilę. Ale relacja ukazać się musi. Powodów jest przynajmniej kilka. Zacznę od miasta. 

Spędziłem w Gliwicach zaledwie kilka godzin, ale był to czas naprawdę piękny. Miasto ma sporo do zaoferowania. Są tu zabytki (Zamek Piastowski, gotycki Kościół Wszystkich Świętych, neogotycka katedra, wieża radiostacji - najwyższa drewniana wieża nadawcza na świecie), jest Palmiarnia Miejska z czterema ogromnymi akwariami; w krajobraz miasta wpisuje się też natura – rozległe parki, Kłodnica - dzika rzeka przepływająca przez samo centrum miasta. Co krok trafiają się też niespodzianki - gliwickie posągi: Neptun, lwy, fauny. Czuć, że Gliwice to miasto przyjazne i otwarte. Zajrzyjcie tam koniecznie.

Festiwal. W tym roku odbywa się w Gliwicach już 12. Edycja Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Dawnej Improwizowanej All'improvviso. Na festiwal przyjeżdżają rokrocznie najbardziej uznani wykonawcy muzyki dawnej, a przygotowywane na festiwal koncerty i przedstawienia są później z powodzeniem prezentowane na innych europejskich scenach i estradach. Już niedługo, 14 czerwca, w Sali Koncertowej im. P.I. Czajkowskiego w Moskwie zostanie wykonana ubiegłoroczna premiera – opera Leonarda Vinciego Gismondo re di Polonia z Maxem Emanuelem Cencicem w roli tytułowej, a premiera tegoroczna - Il Pastor Fido - przedsięwzięcie realizowane w koprodukcji z Teatrem Miejskim w Gliwicach i Międzynarodowym Festiwalem Händel-Festspiele Halle zostanie wystawiona za dwa tygodnie w Goethe-Theater w Bad Lauchstädt.

Il Pastor Fido. Georg Friedrich Händel napisał swoją operę w 1712 roku. Nie odniosła sukcesu. Wystawiono ją zaledwie siedem razy. W 1734 roku kompozytor wrócił do niej dwukrotnie wprowadzając istotne korekty. W maju tego roku wystawiono go trzynaście razy, a w listopadzie – po kolejnych zmianach – jeszcze pięć razy. Libretto opery zostało napisane przez Giacomo Rossiego na podstawie sztuki Battisty Guariniego z 1585 roku. Co ciekawe, Rossi tak mocno skrócił tekst pierwowzoru, że widzom zgromadzonym w londyńskim Queen’s Theater trzeba było objaśnić brakujące elementy w wydrukowanym programie...

Z taką właśnie materią musieli się zmierzyć twórcy gliwickiego przedstawienia. Muzyka jest bezsprzecznie piękna, treść – sztampowa. Bogini Diana jest rozczarowana Arkadią, zarządzone przez nią małżeństwo unieszczęśliwia bohaterów. Amarili nie kocha Silvia tylko Mirtillo; Silvia z kolei kocha Dorinde; jest jeszcze Eurilla, która kocha Mirtillo. Żeby wszystko zrozumieć, trzeba to sobie rozrysować albo sporządzić stosowny diagram. Albo wpaść na pomysł, jak opowiedzieć tę historię inaczej. Tak właśnie zrobił Daniel Pfluger – reżyser gliwickiej inscenizacji.

Zobaczyliśmy dwa światy. Był świat bogów – idealnych i odrealnionych. Oni wiedzą, że cokolwiek zrobią i tak skończy się dobrze - pojawi się deus ex machina i ułoży świat tak, żeby wszyscy byli szczęśliwi. W tym idyllicznym świecie występują ubrani w stylowe stroje soliści – śpiewacy.

Prawdziwy świat jest jednak inny - istnieje w nim ból i cierpienie, uczucia są wyraźniejsze a los – niepewny. O tym świecie twórcy opowiadają tylko tańcem, scenografią, efektami wizualnymi i rekwizytami. W pierwszej scenie widzimy zakrwawione łóżko, pojawia się też policjant, który chce rozwiązać kryminalną zagadkę. Później cofają się wskazówki zegara, a na scenie pojawia się tancerz (Davidson Jaconello) - mężczyzna zdradzony i opuszczony. Znamy ten świat. SMSy bez odpowiedzi, bezradność, w kółko wyświetlane na ekranie telefonu zdjęcia i filmy, wspomnienia szczęśliwych chwil, wspólne selfie. Dzięki wizualizacjom widzimy też to wszystko na scenie.

Byłem ciekawy, jak domknie się opowieść o tym bliższym nam świecie, jak wyjaśni się tajemnica zakrwawionego łóżka. Kiedy w Arkadii pojawia się wysłannik bogini Diany, żeby ogłosić szczęśliwe zakończenie, na drugim planie bohater popełnia samobójstwo. W naszym zwyczajnym świecie cuda zdarzają się rzadko. W naszym ziemskim świecie musimy sobie radzić sami. W naszym ziemskim świecie bogowie mogliby sobie nie poradzić. A twórcy gliwickiego Il Pastor Fido tych oderwanych od rzeczywistości bogów zdemaskowali.

„Bogowie zebrali się w baraku na przedmieściu. Zeus mówił jak zwykle długo i nudnie. Wniosek końcowy: organizację trzeba rozwiązać, dość bezsensownej konspiracji, należy wejść w to racjonalne społeczeństwo i jakoś przeżyć. Atena chlipała w kącie (...)” (Zbigniew Herbert, „Próba rozwiązania mitologii”).

Ale Il Pastor Fido to nie tylko mądra, spójna i bardzo plastyczna opowieść. To także znakomite wykonanie - zarówno w warstwie instrumentalnej jak i wokalnej. {oh!} Orkiestra Historyczna! to marka, gwarancja najwyższej jakości. Nie ma tu mowy o przypadkowości, nic nie zależy od kaprysów chwili. {oh!} to pięknie współbrzmiący muzyczny organizm. Co ważne, w takim dobrze funkcjonującym zespole jest też miejsce na zaprezentowanie umiejętności poszczególnych muzyków. Tak było w Gliwicach. Kreacja Martyny Pastuszki w Sinfonii przed II aktem była brawurowa, było tak zresztą w przypadku wszystkich jej solowych partii. Miło jest patrzeć, jak członkowie orkiestry zamykają oczy, żeby słuchać i przeżywać muzykę… 

Na duże słowa uznania zasługuje też grupa basso continuo prowadzona przez Marcina Świątkiewicza, grupa naprawdę wyśmienita, bo poza jej liderem uwagę zwracali wszyscy pozostali instrumentaliści. Z kulminacją w tęsknym i rzewnym akompaniamencie do arii Dorindy „Mi lasci, mi fugi” (Pavel Serbin – wiolonczela, Jan Čižmář – lutnia, Masako Art. – harfa).

Na scenie Teatru Miesjkiego w Gliwicach usłyszeliśmy znakomitych solistów. Największe wrażenie wywarł na mnie bardzo dobrze zgrany i charakterny duet Silvia (Nicholas Tamagna) i Dorindy (Anna Starushkevych) Po arii Silvia „Sol nel mezzo risuona del core” i następującej po niej arii Dorindy „Se in ombre nascoto ritira” zrywały się długie brawa. Bardzo dobrze spisali się jednak i inni soliści - Rinnat Moriah w roli intrygantki Eurilli (przebojowa aria „Di goder il bel ch’adoro”), Sophie Junker (energetyczne „Finte labbra!”, czy precyzyjna aria „Nò! Non basta a un infedele”) i Zachary Wilson jako Tireno. Mieszane uczucia wzbudził jedynie Philipp Mathmann (Mirtillo). Choć dobrze - zarówno głosowo, jak i wizualnie - dobrany do roli, był jednak wyraźnie stremowany, co skutkowało śpiewaniem wysiłkowym i chwilami niepewnym intonacyjnie.

Najistotniejsze jednak jest to, że przez cały spektakl czuć było zrozumienie między muzykami, a pasja z jaką artyści grali i śpiewali  porwała słuchaczy. Trudno się więc dziwić wielkiej owacji na koniec spektaklu i temu, że długie oklaski wielokrotnie przerywały przedstawienie. Nie tylko zresztą po brawurowych ariach, ale też po soli instrumantalistów i – co zdarza się rzadko – jako wyraz uznania dla pomysłów reżyserskich (scena z przeniesieniem włóczni przez członków orkiestry, albo intymny taniec Davidsona Jaconello z Sophie Junker, która na chwilę weszła do ludzkiego świata (i w efemeryczną czerwoną sukienkę trzymaną przez tancerza).

Il Pastor Fido rozpoczął XII Międzynarodowy Festiwal Muzyki Dawnej All'Improvviso. Nie mogę się doczekać szczegółów kolejnych koncertów. I kolejnej wizyty w Gliwicach.


***

XII Międzynarodowy Festiwal Muzyki Dawnej Improwizowanej „All’Improvviso”

G. F. Handel – opera „Il pastor fido”
1 maja 2019, godz. 18.00 Teatr Miejski w Gliwicach

Soliści:
Philipp Mathmann (Mirtillo)
Sophie Junker (Amarilli)
Rinnat Moriah (Eurilla)
Nicholas Tamagna (Silvio)
Anna Starushkevych (Dorinda)
Zachary Wilson (Tireno)
Davidson Jaconello (Dancer)
{oh!} Orkiestra Historyczna!
Kierownictwo muzyczne: Martyna Pastuszka, Marcin Świątkiewicz

Reżyseria: Daniel Pfluger
Światła: Styliana Kaltsou
Scenografia: Giorgios Kolios
Kostiumy: Giannis Katranitsas
Video: Sarah Scherer









B!LIVE, IV Festiwal Oper Barokowych Dramma per Musica - Weekend z Händlem i Telemannem

fotografia Kingi Karpati z facebookowej strony Festiwalu Oper Barokowych Dramma per Musica

W 1734 roku londyńscy rywale Händla ze swoim możnym mecenasem, księciem Walii Fryderykiem Ludwikiem Hanowerskim przejęli King’s Theatre. W odpowiedzi na ten ruch, Händel zaakceptował propozycję Johna Richa i przeniósł się do nowego teatru w Covent Garden. Za duże pieniądze.

Sezon 1735/36 okazał się dla Händla nadzwyczajny: dwa wznowienia oper,  opera-pasticcio złożona z przebojowych arii z poprzednich kompozycji, trzy oratoria i dwie nowe opery: Ariodante i Alcina. Ta ostatnia okazała się szczególnym sukcesem. W pierwszym sezonie wystawiono ją aż 18 razy.

Libretto Alciny to częściowo przetworzone libretto innej opery - L'isola di Alcina Riccardo Broschiego z 1728 roku, które z kolei opiera się na poemacie Ariosta Orlando furioso, Orland szalony. Czarownica Alcina prowadzi na cudownej wyspie jeszcze cudowniejsze życie: wabi mężczyzn do swojego królestwa, uwodzi ich, a kiedy już się nimi zmęczy, zamienia w dzikie zwierzęta, rośliny albo skały. W jej sidła wpada też dzielny wojownik Ruggiero. Kiedy wygląda na to, że nie ma już dla niego ratunku, na wyspę przybywa narzeczona Ruggiera Bradamante w przebraniu swojego brata Ricciarda. Świat, który Alcina poukładała sobie za pomocą magii, zaczyna się rozpadać.

Tę właśnie operę wybrali na tegoroczną premierę organizatorzy IV Festiwalu Oper Barokowych Dramma per Musica. I jak zwykle nie zawiedli pokładanych przez melomanów z całej Polski oczekiwań. Wyreżyserowana przez Jacka Tyskiego Alcina, którą miałem przyjemność oglądać w Małej Warszawie w sobotę, 15 września 2018 roku to przedstawienie dynamiczne, wciągające i – także dzięki pięknym kostiumom Marty Fiedler - bardzo plastyczne. No i znakomicie zaśpiewane, zagrane i zatańczone.

Rolę tytułową powierzono Oldze Pasiecznik. Choć podobno to ona sama sobie tę rolę wymyśliła. To zresztą nieważne. Olga Pasiecznik wykonała ją brawurowo. I muzycznie, i aktorsko. Raz demoniczna, raz kokieteryjna; raz ciepła, raz oschła; raz pełna nadziei, raz zawiedziona. Z kulminacją tych wszystkich wcale nie boskich, lecz jak najbardziej ludzkich uczuć, w przeszywającej i pełnej bólu arii „Ah! mio cor! schernito sei!”.

Anna Radziejewska świetnie radzi sobie z rolami męskimi. Rola Ruggiero była poprowadzona w sposób bardzo przekonujący, była też dopracowana w każdym szczególe. Od początku do końca. Szczególnie urzekła mnie aria „Mio bel tesoro” z świetnie zagranymi, jakby dopowiadającymi treść, partiami fletów i „Verdi prati, selve amene”, subtelnie wprowadzona i domknięta na klawesynie przez Liliannę Stawarz.

Bardzo wyraziste postaci stworzyły Olga Siemieńczuk jako lekka, dowcipna, charakterystyczna Morgana (przepięknie i bezbłędnie zaśpiewana  wirtuozowska aria "Tornami a vagheggiar") i Joanna Lalek jako zadziorny i psotny Oberto (przyjęta bodaj z największym entuzjazmem publiczności aria „Barbara! Io ben lo so”)

Z solistek z mieszanymi uczuciami przyjąłem Joannę Krasuską-Motulewicz w roli Bradamante/ Ricciardo. Pamiętam jej ubiegłoroczną zalotną i charakterną Selindę w Farnace. Tym razem – mimo bardzo dobrze postawionego, czystego i mocnego głosu, jej rola wydała mi się jednowymiarowa, z zupełnie niewykorzystaną przemianą dość zasadniczego Ricciarda w narzeczoną Ruggiera – Bradamante.

Z solistów zdecydowanie bardziej trafiła do mnie zaśpiewana precyzyjnie, głęboko i stylowo rola Artura Jandy jako czarodzieja Melisso. Nie przekonał mnie za to Karol Kozłowski w roli Oronte, choć to on właśnie potrafił najlepiej ze wszystkich solistów nawiązywać kontakt z publicznością. Były miejsca piękne, były niestety i niedopracowane, śpiewane nieczysto i z dużym wysiłkiem.
 
Muzycy Royal Baroque Ensemble znają się dobrze, od lat razem występują i nagrywają płyty. W tym roku zespół kierowany przez Liliannę Stawarz zdobył Fryderyka za album "Antonio Caldara - Maddalena ai piedi di Cristo". Nic więc dziwnego, że w Alcinie usłyszeliśmy bardzo spójne brzmienie zespołu instrumentalnego, pełne barw we wszystkich możliwych odcieniach. A akompaniament (choć czy rzeczywiście tylko akompaniament…) do arii Ruggiero „Sta nell’ircana pietrosa tana” był po prostu błyskotliwy.

Największym rozczarowaniem był chyba w sobotę występ chóru Collegium Musicum UW. Wejścia zespołu wokalnego były sztuczne i jakby wyrwane z kontekstu, a śpiewanie przysadziste i niepewne, także intonacyjnie. Mankamentem były także napisy. Po pierwsze istotnie różne od dobrego polskiego tłumaczenia z książki programowej, po drugie z nieczytelnie rozdzielonymi rolami i niekonsekwentnie wyświetlanymi (bądź nie) didaskaliami.

Na koniec kilka słów o Małej Warszawie. Nie jest miejscem bez wad, nie została zbudowana jako teatr operowy, nawet nie jako sala koncertowa. Była tam fabryka oleju, marmolady, gumy, a w końcu konserw. Ale czy spektakle operowe trzeba koniecznie wystawiać w zbudowanych specjalnie po to budynkach? Na dodatek pełnych przepychu i bogatych w najróżniejsze udogodnienia? Wcale nie. Przestrzeń Małej Warszawy ma bardzo dobrą akustykę, bardzo umiejętnie wykorzystano też tę przestrzeń na potrzeby spektaklu - ożywiły ją puszczane z 11 (tyle naliczyliśmy) projektorów wizualizacje, których autorem jest Sylwester Łuczak. Tańczące na wietrze rośliny, barokowe florale, antyczne rzeźby, arkadyjskie budowle. Rajska wyspa Alciny.

Mała Warszawa ma ducha. Genius loci. Organizatorzy Festiwalu Oper Barokowych Dramma per Musica odczytali tego ducha we właściwy sposób, wykorzystali go do stworzenia ciekawej, inspirującej przestrzeni artystycznej. Nadali postindustrialnym wnętrzom ciepły i gościnny charakter. Także przyległe przestrzenie wewnątrz i na zewnątrz budynków pofabrycznych sprzyjały rozmowom i nawiązywaniu ciekawych znajomości. A do środka zapraszał na kolejne akty dźwięk rogu.

Piękne było też następne festiwalowe popołudnie. W Domu Polonii na Krakowskim Przedmieściu mały zespół instrumentalny (Grzegorz Lalek, Alicja Sierpińska – skrzypce barokowe, Marcin Stefaniuk – altówka barokowa, Jakub Kościukiewicz – wiolonczela barokowa, Grzegorz Zimak – kontrabas barokowy i Lilianna Stawarz – klawesyn) zagrali Koncert polski, TWV 43:G7, Suitę D-dur „Gulliver”, TWV 40:108 i Suitę G-dur „Don Quixot”, TWV 55:G10 Georga Philippa Telemanna przeplatane fragmentami powieści Jonathana Swifta „Podróże do wielu odległych narodów świata” i Miguela de Cervantesa „Don Kichot” recytowanymi przez Zbigniewa Zamachowskiego.

Trochę się tego koncertu
bałem. W innym czasie i w innym miejscu zestawienie muzyki Telemanna i prozy Cervantesa było podane w sposób nudny i nadzwyczaj nużący. W Warszawie było inaczej. Po pierwsze krótkie i wybrane z dużą uwagą fragmenty powieści były recytowane z dużą swadą i w bardzo dowcipny sposób, po drugie zespół instrumentalny wydobył z muzyki Telemanna co tylko się dało najlepszego. Była ciekawa artykulacja, duże zróżnicowanie tempa i dynamiki, no i to co najważniejsze: instrumentaliści sami świetnie się bawili. Radość smyczka i zabawa piórkiem udzieliły się wszystkim słuchaczom. 

Jeśli jescze nie skorzystaliście z zaproszenia IV Festiwalu Oper Barokowych Dramma per Musica, wciąż macie szansę. W środę (19.09.2018) na finał festiwalu zostanie wykonana w Studiu Koncertowym im. Witolda Lutosławskiego Alcina, HWV 34 Georga Friedricha Händla w wersji koncertowej. Warto tam być!

B!LIVE, Pręgowo i Babidół: Młoda Muzyka Dawna



Pomysł wyjazdu do wsi pod wsią pod Gdańskiem był dość szalony. Popołudnie i wieczór spędzone w Kolbudach, Pręgowie i Babidole okazały się jednak ważne, potrzebne i piękne.

Kiedy dotarłem do Kolbud, w najlepsze trwało gminne powitania lata. Strzelnice z misiami, świecące korony i rogi, różnokolorowe peruki, grille, wata cukrowa, lody, baloniki… A do tego przystanek ZET Cafe 2018 i przygotowania sceny do wieczornego koncertu Bajmu. No i stoisko z wyborną kawą Woseba. Kolorowy jarmark był jednak (i na szczęście) tylko przystankiem w drodze do Pręgowa. 

Kiedy wreszcie dotarłem na miejsce, znalazłem się w zupełnie innym świecie, z dala od turystycznych szlaków i wszędobylskiego gwaru. Kościół pw. Bożego Ciała stoi od z górą siedmiuset lat na niewielkim wzgórzu, z którego rozpościerają się widoki na malowniczy kaszubski krajobraz. Na jednym ze stoków wzgórza stoją wśród wysokich traw skromnie stacje drogi krzyżowej zbudowane z polnych kamieni. Takich samych, z których zbudowany jest kościół. W samym kościele zachwycają pięknie odrestaurowany ołtarz manierystyczny i przedziwne malowidła na ścianach. Gotyckie freski wydobyto spod olejnej farby całkiem niedawno. Są jak Biblia w obrazkach. Mamy Jezusa, świętych, diabły, smoka i przedziwne buźki. Wyglądają jak czternastowieczne emotikony, ale są personifikacjami słońca i księżyca. W relacji na żywo napisałem o kościelnym wzgórzu w Pręgowie, że jest absolutnie piękne, intymne, ciche. W pozytywny sposób naiwne. 

Już niedługo kościół Bożego Ciała wzbogaci się o jeszcze jeden, ważny element. Organy. Już w tym roku firma Sztuba Budowa Organów planuje zakończenie pierwszego etapu budowy (Manuał I i Pedał). Może uroczysta inauguracja będzie okazją do kolejnych odwiedzin Pręgowa…

To właśnie pręgowski kościółek wybrali na miejsce koncertu organizatorzy festiwalu Młoda Muzyka Dawna. W wykonaniu koreańskiej sopranistki Eunsoon Jang i zespołu Modus Consort usłyszeliśmy Weichet nur, betrübte Schatten, BWV 202 Johanna Sebastiana Bacha i Il delirio amoroso, HWV 99 Georga Friedricha Händla. Dużą odwagą było wybranie właśnie tych kompozycji, szczególnie wirtuozowskiej kantaty Il Delirio Amoroso, napisanej przecież przez młodego Händla zaraz po przyjeździe do Rzymu dla oczarowania tamtejszej elity. Kiedy nie porywać się na odważne przedsięwzięcia, jeśli nie za młodu…

A koncert był przedni. Nie obyło się co prawda bez wpadek, ale muzyka była przepełniona młodzieńczą energią, pasją, wymianą ciepłych emocji, uśmiechem. Z bardzo dobrej strony pokazała się Eunsoon Jang. Zaśpiewała obie kantaty odważnie, pewnie i czysto. Bardzo podobały mi się nieprzekombinowane arie, ale koreańska śpiewaczka zostanie w mojej pamięci jako mistrzyni recytatywów. 

Duże słowa uznania należą się skrzypaczce Katarzynie Olszewskiej, szczególnie za piękne solo w Un pensiero voli in ciel z kantaty Händla i Katarzynie Czubek, która brawurową partią na flecie prostym zawładnęła w Lascia omai le brune vele całą przestrzenią kościoła. Nie mogłem od niej oderwać wzroku.

Bardzo spójnie zabrzmiał cały zespół instrumentalny. Było czuć, że artyści lubią ze sobą muzykować, ale też, że lubią słuchać siebie nawzajem; że mają dużą intuicję i wyczucie formy. Publiczność przyjęła koncert bardzo ciepło, więc był i bis, pięknie wyartykułowany gawot Sehet in Zufriedenheit z BWV 202. Zresztą artykulacja była chyba największą siłą sobotniego wykonania kantat Bacha i Händla.

Koncert nie był ostatnim wydarzeniem pierwszego dnia festiwalu Młoda Muzyka Dawna. Z Pręgowa pojechaliśmy do Babidołu, gdzie w chińskim domku odbyła się potańcówka z kapelą Maciej Filipczuk & goście weselni. Był chodzony, siemieniec, taniec z miotłą i ludowe odmiany znanego wszystkim węża. Dzięki Ewie Urban-Burdalskiej ludowe tańce okazały się całkiem proste. Dawno się tak nie wybawiłem, wytańczyłem, wymęczyłem, wypociłem. Sama radość.

Na potańcówce była też okazja do rozmów z artystami, którzy - czasami oceniając się zbyt krytycznie – opowiadali o swoim koncercie. Nie zawsze artyści mają odwagę (i w ogóle chęć) rozmawiać o tym wszystkim, co działo się na estradzie… 

Najważniejsze było jednak w sobotę nawiązywanie znajomości, uśmiechanie się, patrzenie, jak w prosty sposób można wyczarować sobie i innym lepszy świat. Radosny, nieśpieszny, bezinteresowny; bez zadęcia, bez niepotrzebnego komplikowania, bez wygórowanych wymagań i pogoni za nieistotnym. Bez udawania i zakładania ciągle coraz to nowej maski. Muzyka jest chyba do tego wszystkiego najlepszym z pretekstów.

***

Młoda Muzyka Dawna

sobota, 30 czerwca 2018

Pręgowo

Johann Sebastian Bach (1685-1750)
Weichet nur, betrübte Schatten, BWV 202

Georg Friedrich Händel (1685-1759)
Il delirio amoroso, HWV 99

Eunsoon Jang - sopran

Modus Consort:
Katarzyna Anna Olszewska, Katarzyna Szewczyk - skrzypce 
Anna Stankiewicz - altówka
Anna Jankowska - wiolonczela
Katarzyna Czubek - obój barokowy i flet prosty
Adam Jastrzębski - klawesyn

Babidół

Potańcówka z kapelą Maciej Filipczuk & goście weselni oraz Ewą Urban-Burdalską











ze strony: http://sztuba.com/organy/opus-1/


ze strony: https://www.facebook.com/M%C5%82oda-Muzyka-Dawna-560496077389220/


ze strony: https://www.facebook.com/M%C5%82oda-Muzyka-Dawna-560496077389220/



B!Inspired, G.F. Händel: Il delirio amoroso



Od kilku dni w różowym głośniku (i nowych słuchawkach )częstym gościem jest kantata Georg Friedricha Händla Il delirio amoroso. Postanowiłem się nią z Wami podzielić...

***

Lata 1706-1710 młody Georg Friedrich Händel spędził we Włoszech. Nauczył się tam mówić płynnie po włosku, pracował ze znakomitymi śpiewakami i instrumentalistami, jego kompozycje zyskały koloryt i polot, który porównuje się czasem do ostatnich utworów Alessandro Scarlattiego czy Francesco Gaspariniego.

Jednym z pierwszych utworów, które powstały we Włoszech – a na pewno pierwszą włoską kantatą świecką – jest Il delirio amoroso, do której tekst dostarczył Händlowi jeden z jego rzymskich mecenasów, kardynał Benedetto Pamphilj.

Kantata opowiada historię Chlorys opłakującej śmierć ukochanego Tyrsisa. Tak naprawdę Tyrsis nigdy nie odwzajemniał miłości Chlorys, więc ta wyobraża sobie w malignie, że Tyrsis trafił do piekła za swoje okrucieństwo. Postanawia wejść do Podziemi i przywrócić go do życia. Z początku jest wściekła, ale w końcu postanawia w akcie współczucia przenieść ukochanego z mrocznej części Hadesu najpierw nad rzekę Lete, czyli do źródła utraty pamięci, a potem na Pola Elizejskie.

Kantata jest sporych rozmiarów. Oprócz czterech arii i pięciu recytatywów składają się na nią także rozbudowane części instrumentalne: Introduzione, Entrée i Minuet. To, że mają charakter taneczny, może być wskazówką, że pierwsze wykonanie kantaty 11 lutego 1707 roku miało prostą formę sceniczną. Händel musiał być ze swojej kompozycji zadowolony, jedną z arii (Un pensiero voli in ciel) wykorzystał potem na zakończenie pierwszego aktu opery Rodrigo i jeszcze raz – poddaną większym zmianom – w pierwszej wersji opery Radamisto.

W sobotę 30 czerwca kantatę Händla będziemy mogli usłyszeć w Pręgowie koło Gdańska na Festiwalu Młoda Muzyka Dawna. Dziś zapraszam do posłuchania arii-lamentu Chlorys z piękną partią wiolonczeli solo. W czasie rzymskiej prapremiery wykonywał partię sopranu wykonywał kastrat Francesco Besci, członek papieskiego chóru Kaplicy Sykstyńskiej a na wiolonczeli grał Giuseppe Perroni, instrumentalista i kompozytor na dworze kardynała Pietro Ottoboniego. Ciekawostka: wokalista zarobił za próbę i występ trzy razy więcej skudów od wiolonczelisty...

Per te lasciai la luce, 
ed or che mi conduce amor per rivederti, tu vuoi partir da me. 
Deh, ferma i passi incerti, 
o pur se vuoi fuggir, dimmi perché? 
Per te lasciai la luce...

Dla Ciebie zostawiłam światło,
A teraz, kiedy miłość prowadzi mnie bym znów Cię zobaczyła, 
ty chcesz mnie opuścić.
Och! Powstrzymaj niepewne kroki,
A jeśli chcesz odejść, powiedz dlaczego?
Dla Ciebie zostawiłam światło…

***

Georg Friedrich Händel (1685-1759)
Il delirio amoroso, HWV 99

Magdalena Kožená - mezzosopran
Marc Minkowski, Les Musiciens du Louvre



B!LIVE, Gdańsk: Pełnym Brzmieniem! Inauguracja odbudowanych organów w kościele Świętej Trójcy



Kościół Świętej Trójcy w Gdańsku odkryłem dla siebie nieco ponad dwa lata temu. Trochę przez przypadek. W maju 2016 roku wybrałem się na koncert w ramach festiwalu ORGANYy PLUS+, na którym Ingrida Gápová i Goldberg Baroque Ensemble pod dyrekcją Andrzeja Szadejki wykonywali utwory kompozytorów barokowych związanych z Gdańskiem. Minęło już sporo czasu, a ja pamiętam ten koncert, jakby był wczoraj. Andrzej Szadejko zachęcał wtedy, żeby przemieszczać się po kościele i słuchać muzyki z różnych miejsc. Żeby poczuć, jak słuchali jej gdańszczanie kilkaset lat temu.

Wielkie wrażenie wywarło wtedy na mnie surowe, ale piękne wnętrze kościoła; jedyne w swoim rodzaju lektorium, jakby zawieszone pomiędzy nawą główną a prezbiterium; bardzo kameralny dziedziniec kościelny, coś na kształt śluzy skutecznie oddzielającej  gwarne miasto od sprzyjającego kontemplacji wnętrza świątyni; niezwykła kaplica św. Anny przylegająca do głównego kościoła. I organy. A właściwie imponujący prospekt organowy, bo piszczałek zbyt dużo w nim jeszcze nie było…

Zbudowane najprawdopodobniej w latach 1616-18 przez Martena Friese organy we franciszkańskim kościele Świętej Trójcy są z wielu powodów wyjątkowe. To jedne z dwóch w Polsce organów manierystycznych. Ich unikalność polega także na tym, że nie zostały zbudowane na chórze, a na dwóch przylegających do siebie balkonach po południowej stronie lektorium, dzięki czemu ich dźwięk dociera do słuchaczy od przodu, a nie od tyłu. To jedyne takie rozwiązanie w Polsce i jedno z niewielu na świecie.

Pod koniec II wojny światowej niemieckie władze Gdańska nakazały organy – jak wiele innych podobnej klasy obiektów ruchomych – rozebrać i wywieźć z miasta. Instrument został przez to uratowany. A dzięki temu, że w czasie ewakuacji wykonano bardzo szczegółową dokumentację zdjęciową i rysunkową, instrument udało się odtworzyć. Choć nie od razu.

Gruntowną renowację kościoła rozpoczęto dopiero na początku XXI wieku. Rozebrano ścianę, którą po wojnie oddzielono nawę główną od prezbiterium, wyremontowano dach i okna, konserwację przeszły stalle, epitafia z prezbiterium i ołtarze. Dopiero po tym wszystkim przyszedł czas na odbudowę organów.

Prace rozpoczęły się w 2008 roku. Szafę organową odtworzono z wykorzystaniem kilkunastu tysięcy większych i mniejszych oryginalnych elementów (ok. 65% całości) składowanych na poddaszu kościoła; piszczałki – razem 2441 – wykonano od nowa w technologii wykorzystywanej w XVII wieku. Odbudowę prowadziła wyłoniona w drodze konkursu pracownia organmistrzowska Kristiana Wegscheidera z Drezna a nadzorowali ją Andrzej Szadejko, profesor Akademii Muzycznej w Gdańsku oraz o. Tomasza Jank, rektor kościoła św. Trójcy. 

Instrument jest wyjątkowy z jeszcze jednego powodu. Bodaj najważniejszego. Jego odbudowa połączyła ludzi. Wiele osób wpłacało na ich odbudowę 1% swojego podatku, darowizny złożyło na ten cel kilka tysięcy. Można też było stać się patronem konkretnej piszczałki. Mniejszej lub większej w zależności od wpłaconej kwoty. Takich patronów jest ponad 500, choć jest też wielu, którzy prosili o anonimowość.

Kościół Świętej Trójcy razem ze swoją magiczną atmosferą i swoimi niezwykłymi organami to jedno z „moich” miejsc w Gdańsku. Nie mogłem więc nie pojechać 3 czerwca 2018 roku na wielkie święto, którym była inauguracja zrekonstruowanego instrumentu. Był tłumy ludzi, piknik, ciasto, kawa, okolicznościowy znaczek pocztowy, wydany na tę okazję album, koncert, gwar, rozmowy, pozytywna energia, dobre emocje, łzy wzruszenia i bardzo dużo uśmiechów. Höchsterwünschtes Freudenfest!

Jestem pewny, że brałem udział w wydarzeniu historycznym. 3 czerwca był jednak wielkim dniem przede wszystkim dla tych tysięcy ludzi, którzy włożyli w odbudowę organów to, co tylko mogli. Pracę, pieniądze, serce, emocje, wiedzę. To im wszystkim należały się honory i podziękowania. Jestem z gatunku wrażliwych, więc łzy zakręciły się w oku, kiedy pamiątkową piszczałkę odbierał syn fotografa i rysownika, dzięki którego powstałej w czasie wojny dokumentacji można było odtworzyć każdy szczegół instrumentu; albo kiedy dziękowano pani, która wspierała odbudowę od początku do końca po prostu swoją pracą i pasją; i kiedy potężnym dźwiękiem organów wybrzmiało Te Deum. Było wzruszająco, pięknie i radośnie. Częścią podziękowań był także koncert, który zainaugurował nie tylko odbudowany instrument, ale też wiosenną odsłonę festiwalu ORGANy PLUS+.

Usłyszeliśmy utwory Bacha, Buxtehudego, Volckmara, Frescobaldiego i Händla w wykonaniu Andrzeja Szadejki (organy), Marion Eckstein (alt), Scholi Cantorum Katedry Muzyki Kościelnej Akademii Muzycznej w Gdańsku oraz Goldberg Baroque Ensemble pod dyrekcją Aliny Ratkowskiej.
Utwory solowe na organy zabrzmiały pięknie: pełnym, czystym, mocnym dźwiękiem o ogromnym zróżnicowaniu barw. Niezwykłe było też Magnificat Buhtehudego, którego kolejne sekwencje były śpiewane przez zespół wokalistów a następnie podejmowane i rozwijane przez organy. Doskonałego współbrzmienia orkiestry, śpiewaków i organów trzeba jeszcze poszukać, odpowiednio je wyważyć, popróbować, może – jak na koncercie sprzed dwóch lat – pospacerować po kościele i wsłuchać się w to współbrzmienie z różnych miejsc.

Okazji będzie sporo, bo organy nie zamilkną, a kościół św. Trójcy będzie gościł następne koncerty i festiwale. Już całkiem niedługo kolejna edycja Festiwalu Goldbergowskiego (28.08-2.09.2018) a jesienią druga tegoroczna odsłona festiwalu ORGANy PLUS+ (1-7.10.2018).

Warto w czasie wizyty w Gdańsku zboczyć odrobinę ze zwyczajowego turystycznego szlaku i odwiedzić Stare Przedmieście. Odkryć kościół Świętej Trójcy, posłuchać niezwykłych organów, tuż obok - w przylegającym do kościoła dawnym klasztorze, w którym teraz działa gdańskie Muzeum Narodowe – zobaczyć prawdziwe skarby: „Sąd Ostateczny” Hansa Memlinga, obrazy takich mistrzów, jak Peter Bruegel, Jan Brueghel, Paul Vredeman de Vries; ryciny Albrechta Dürera i Rembrandta.



W załączonym filmie wykorzystano fragment Magnificat Dietricha Buxtehudego wykonanego na koncercie inauguracyjnym 3.06.2018 przez Andrzeja Szadejkę (za jego zgodą) oraz własne fotografie wykonane tego samego dnia oraz zdjęcie fragmentów szafy organowej przed odbudową pochodzące z domeny publicznej.

B!LIVE, XXV Bydgoski Festiwal Operowy, cz. 1



Bydgoszczanie mają bardzo mało okazji do posłuchania dużych form barokowych, a jeśli chodzi o muzykę wykonywaną na instrumentach historycznych - prawie żadnych. Na całym świecie, także w Polsce, obowiązującą praktyką jest wykonawstwo świadome historycznie (z ang. historically informed performance), w Bydgoszczy takie koncerty organizują Katedra Klawesynu, Organów i Muzyki Dawnej bydgoskiej Akademii Muzycznej i muzycy stowarzyszenia Akademia Muzyki Dawnej, do głównych bydgoskich instytucji kulturalnych zespołów historycznych się jednak nie zaprasza. Wielkie podziękowania za oddanie miejsca muzyce dawnej należą się więc organizatorom zakończonego w niedzielę XXV Bydgoskiego Festiwalu Operowego.

W tym roku w gmachu Opery Nova mieliśmy okazję zobaczyć i posłuchać Naïs Jeana-Philippa Rameau w wykonaniu Il Giardino d’Amore, Herculesa Georga Friedricha Händla przywiezionego do Bydgoszczy przez Nationaltheater Mannheim oraz – w ramach towarzyszącego festiwalowi 11. Operowego Forum Młodych – Il Trespolo Tutore Alessandra Stradelli.

W pierwszej części relacji z festiwalu o tym, co wywołało we mnie najlepsze wrażenie. O Herculesie.

Angielskie libretto Herculesa, które opowiada o ostatnich dniach życia herosa, zostało napisane przez Thomasa Broughtona na podstawie dziewiątej księgi Metamorfoz Owidiusza oraz Trachinek Sofoklesa. Händel nazwał swoją kompozycję „dramatem muzycznym” (ang. musical drama), choć teoretycy muzyki próbują dostosować do niej także inne określenia: oratorium mitologiczne, oratorium świeckie czy opera chóralna. Rzeczywiście nawet za życia kompozytora Hercules był prezentowany publiczności zarówno w wersji koncertowej, jak i scenicznej. W Bydgoszczy mieliśmy okazję zobaczyć pełną wersję operową. 

Reżyser (Nigel Lowery) wyeksponował w swojej interpretacji mitu o Herkulesie ponadczasowe wartości, których dotyczy libretto: miłość, wierność, zazdrość, lojalność. W tym kontekście umieszczenie akcji nie w starożytności, tylko w średniowiecznym mieście i uniesienie duszy Herkulesa między gwiazdy przez rakietę kosmiczną nie raziło. Jedna z czytelniczek zapytała mnie, czy znalazłem sens w takim umiejscowieniu akcji. Szczerze mówiąc, nie zwracałem na to uwagi. Zostałem bez reszty wciągnięty w tę konwencję, od początku do końca czułem się częścią tego wszystkiego, co działo się na scenie - muzyki, słowa, obrazu, atmosfery.

Orkiestrą Nationaltheater Mannheim pokierował Bernhard Forck, koncertmistrz Akademie für Alte Musik Berlin, o którymi pisałem nie tak dawno po koncercie AKAMUS na tegorocznym festiwalu Actus Humanus Resurrectio (http://baroque-goes-nuts.blogspot.com/2018/03/blive-actus-humanus-resurrectio-2018.html). Doświadczenie genialnego skrzypka w pracy z zespołami historycznymi przełożyło się na doskonałe brzmienie orkiestry; to, że mieliśmy do czynienia z połączeniem instrumentarium współczesnego z kopiami instrumentów barokowych nie miało dla mnie tego wieczoru żadnego znaczenia. Było pięknie i szlachetnie. 

Bardzo pozytywne wrażenie wywarli soliści. Największe chyba Anna Hybiner, która jako herold Lichas subtelnie, a mimo to bardzo wyraziście wprowadzała akcję, komentowała, łączyła wątki i postaci. To także ona, przez wyczuwalny dystans do pozostałych bohaterów, do akcji scenicznej w ogóle, była dla mnie nośnikiem ponadczasowych wartości. Nie wiem, czy taki był zamysł reżysera, ale herold Anny Hybiner był dla mnie przybyszem z Niebios. Bardzo podobną rolę – jak w tragedii greckiej – pełnił też chór – punktualny, plastyczny, bardzo wyrównany i świetnie współpracujący z orkiestrą i solistami.

Na wielkie brawa zasłużyli też Mary-Ellen Nesi (Dejanira) - zjawiskowa i operująca w bardzo dużym interwale środków wykonawczych i jeszcze większym – emocji; Reuben Willcox – bardzo ludzki i dramatyczny Herkules; Cornelia Zink (Jole) – precyzyjny i wielobarwny sopran oraz David Lee (Hyllus) i Philipp Alexander Mehr (Kapłan).

Nationaltheater Mannheim przywiózł ze sobą do Bydgoszczy także imponującą scenografię razem ze wszystkimi datalami, między innymi wstawionym do gotyckiego okna ekranem, na którym mogliśmy oglądać gwiazdy, fruwające ptaki a nawet języki ognia ze stosu pogrzebowego Herculesa. Były też stylowe kostiumy. A zamiast rydwanu, start rakiety kosmicznej, która wyniosła Herculesa ku gwiazdom.

Tak Alcyd, gdy śmiertelną powłokę zostawił,
Lepszą częścią świetniejszym i większym się zjawił,
Wziął powagę dostojną i blask jaśniejący.
Wtem na lekkich obłokach władca wszechmogący,
Z nieba wóz czterokonny zesławszy na ziemię,
Wniósł go pomiędzy gwiazdy: Atlas uczuł brzemię.

(Owidiusz, Metamorfozy. XXXVIII Szata Dejaniry w przekładzie Brunona Kicińskiego)

W drugiej części relacji z XXV Bydgoskiego Festiwalu Operowego opowiem o powodach ogromnego rozczarowania po Naïs w wykonaniu Il Giardino d’Amore oraz o studenckim przedstawieniu Il Trespolo Tutore Stradelli.

***

5 maja 2018, godz. 19.00
Opera Nova w Bydgoszczy
XXV Bydgoski Festiwal Operowy

Georg Friedrich Händel
Hercules, HWV 60

Herkules: Reuben Willcox
Dejanira, jego żona: Mary-Ellen Nesi
Jole, córka króla Ochalii: Cornelia Zink 
Hyllus, syn Herkulesa: David Lee
Lichas, sługa Dejaniry: Anna Hybiner
Kapłan: Philipp Alexander Mehr
Orkiestra, Chór i Aktorzy Nationaltheater Mannheim
Kierownictwo muzyczne: Bernhard Forck
Reżyseria, scenografia, kostiumy: Nigel Lowery
Światła: Lothar Baumgarte
Przygotowanie chóru: Dani Juris


9.07.2017, Giovanni Battista Bononcini



Dzisiaj 270. rocznica śmierci Giovanniego Battisty Bononciniego (18 lipca 1670 - 9 lipca 1747), włoskiego kompozytora, śpiewaka i wiolonczelisty, najbardziej znanego jednak z rywalizacji z Georgiem Friedrichem Händlem.

Pierwszym nauczycielem naszego dzisiejszego bohatera był jego ojciec, Giovanni Maria Bononcini, kompozytor i teoretyk muzyki. Giovanni Battista Bononcini żył i tworzył w Modenie, Bolonii, Wenecji, Mediolanie, Berlinie, Wiedniu i Rzymie. W tym czasie powstały jego msze, oratoria, utwory na wiolonczelę, msze i opery, w tym Xerse (Rzym, 1694).

W 1720 roku Bononcini został zaproszony przez Royal Academy of Music do Londynu, gdzie przez 12 lat konkurował z Georgiem Friedrichem Händlem. W 1721 roku trzech londyńskich rywali napisało razem operę - Muzio Scevola, do której libretto napisał Paolo Rolli a muzykę Georg Friedrich Händel (uwertura i akt III), Filippo Amadei (akt I) i Giovanni Battista Bononcini (akt II). Zwycięzcą tego publicznego muzycznego pojedynku został ogłoszony Händel.

W Londynie powstało osiem oper Bononciniego, z których największy sukces odniosły Astarto, Crispo i Griselda. Innymi kompozycjami z tego okresu są hymn na pogrzeb księcia Marlborough, a także utwory klawesynowe i kameralne.

Giovanni Battista Bononcini musiał opuścić Londyn w niesławie w roku 1733 po wywołaniu skandalu, którym było przedstawienie londyńskiej Academy of Ancient Music - jako własnego - madrygału, którego autorem był Antonio Lotti. Przeniósł się najpierw do Paryża, potem do Lizbony, gdzie uczył gry na wiolonczeli króla Portugalii Jana V Wielkodusznego (Joāo V o Magnânimo), koniec życia spędził w ubóstwie i zapomnieniu w Wiedniu, tam powstało też jego ostatnie znaczące dzieło - Te Deum. 

Zapraszam do posłuchania arii "Ombra mai fu" z opery Xerse Bononciniego, zaadaptowanej później przez Georga Friedricha Händla. Należy w tym miejscu wspomnieć jednak o tym, że Bononcini w swojej wersji opery Xerse użył materiału muzycznego z wcześniejszej opery Francesca Cavallego o tym samym tytule.

__________

Giovanni Battista Bononcini
Aria "Ombra mai fu" z opery Xerse
wyk. 
Le Musiche Nove, Claudio Osele
Simone Kermes - sopran