Wszystkie posty

jeszcze więcej do czytania...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Radziejewska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Radziejewska. Pokaż wszystkie posty

B!LIVE: L'Orfeo w Mantui, Orfeusz w Warszawie



Wystawienie L'Orfeo Claudia Monteverdiego jest wyzwaniem śmiały i trudnym, dlatego nieczęsto możemy go oglądać na scenach polskich teatrów operowych. Zadania tego podjęła się Polska Opera Królewska, która wystawiła Orfeusza na Zamku Królewskim w Warszawie. Premiera tej inscenizacji odbyła się 24 lutego 2019 roku, dokładnie w 412 rocznicę prawykonania w Mantui.

L’Orfeo, pierwsza opera Claudia Monteverdiego, którą sam autor nazwał baśnią muzyczną ("favola in musica"), została wystawiona po raz pierwszy 24 lutego 1607 roku ku karnawałowej rozrywce członków Accademia degli Invaghiti, Akademii Zaślepionych, wąskiej grupy szlachetnie urodzonych mantuańczyków, którzy czerpiąc radość i inspirację z muzyki, poezji i retoryki, nadawali ton życiu intelektualnemu Mantui tamtych czasów. Co ciekawe, autor libretta Orfeusza Alessandro Striggio był jako arystokrata członkiem Akademii, sam Claudio Monteverdi już nie. Był szanowanym obywatelem i pierwszym wśród mantuańskich muzyków, ale jego urodzenie nie pozwalało na członkostwo w elitarnym klubie…

Orfeusz nie miał tyle szczęścia co Eurdice Periego, czy druga opera Monteverdiego Arianna, które zostały wystawione z okazji wielkich książęcych uroczystości weselnych i zostały szczegółowo opisane w tomach upamiętniających te wydarzenia. O pierwszym wykonaniu L’Orfeo wiadomo niewiele. Tradycyjnie uważa się, że przedstawienie odbyło się w pałacu książęcym w Mantui w Galleria degli Specchi (Sala Luster) albo w Galleria dei Fiumi (Sala Rzek). Zachowane źródła pozwalają zidentyfikować jedynie trzech wokalistów, którzy brali udział w prawykonaniu. Z pewnością byli to śpiewak i kompozytor Francesco Rassi, prawdopodobny odtwórca roli tytułowej oraz kastrat Giovanni Gualberto Magli, który wykonał między innymi partie Muzyki i Proserpiny. Przypuszcza się, że w rolę Eurydyki wcielił się kastrat i kompozytor Girolamo Bacchini, z racji przynależności do zakonu karmelitów nazywany też Fra Teodoro del Carmine.

Do naszych czasów przetrwało kilka kopii libretta wydrukowanego dla osób zasiadających na widowni. Dzięki temu wiemy, że zakończenie pierwszej wersji Orfeusza było inne niż lieto fine (happy end) z partytur wydrukowanych w Wenecji za życia Monteverdiego (1609 i 1615). W pierwotnej wersji – bliższej opisowi mitologicznemu – w piątym akcie pojawia się chór Bachantek, które grożą Orfeuszowi śmiercią. Los bohatera jest niepewny, opuszcza on scenę a menady śpiewają na cześć Bachusa. W wersji drukowanej, według której zrealizowano warszawskie przedstawienie, następuje interwencja deus ex machina – na ziemię zstępuje Apollo, żeby wybawić Orfeusza. Obaj wznoszą się do nieba, gdzie bohater będzie mógł w słońcu i w gwiazdach podziwiać piękne oblicze Eurydyki. „Taka nagroda spotyka tego, kto się nie lęka prosić Boga; tak łaskę w niebie wybłaga, kto zaznał piekła na ziemi; a kto wśród bólu sieje, ten łaski owoc zbierze” komentuje kończąc operę Chór.

Odbiór Orfeusza Monteverdiego był bardzo przychylny. Następca tronu Mantui, Francesco Gonzaga napisał w liście z 1 marca 1607 roku do swojego brata Ferdynanda: „Sztuka była wystawiona ku wielkiej satysfakcji wszystkich, którzy ją słyszeli. Książę Pan, którego nie zaspokoiła obecność na przedstawieniu, ani to, że słyszał je wiele razy w czasie prób, nakazał wystawić przedstawienie ponownie. Stanie się to dzisiaj w obecności wszystkich dam, które przebywają teraz w mieście.” Poeta i teolog Cherubino Ferrari był w swojej opinii wręcz entuzjastyczny: „[Monteverdi] pokazał mi wersety oraz pozwolił posłuchać muzyki do sztuki, którą wystawił Wasza Wysokość. Doprawdy zarówno poeta, jak i muzyk doskonale wyrazili uczucia duszy. Jak nikt inny. Poezja jest piękna w zamyśle, jeszcze piękniejsza w formie a najpiękniejsza w wymowie; mówiąc krótko - nie mogliśmy oczekiwać niczego innego od takiego geniusza jak Pan Striggio. Także muzyka jest stosowna w stylu i służy poezji tak dobrze, że nigdzie nie można by usłyszeć piękniejszej…”

Orfeusz Claudia Monteverdiego był ostatnią premierą przygotowywaną przez zmarłego w styczniu tego roku dyrektora Polskiej Opery Królewskiej Ryszarda Peryta. Jego pracę kontynuował Sławomir Jurczak, który zagrał także rolę Charona. Dużą wagę przyłożono w warszawskiej inscenizacji do gestów i ruchu scenicznego (Romana Agnel). Przydało to – szczególnie pierwszej części przedstawienia (Prolog i dwa pierwsze akty) właściwej dynamiki. Tempo i energia spadły wyraźnie w drugiej części spektaklu i to chyba jedyny słabszy punkt warszawskiej inscenizacji.

Podobieństwo Sali Wielkiej Zamku Królewskiego w Warszawie do sal, w których mogło się odbyć prawykonianie L’Orfeo, szczególnie do Galleria degli Specchi, jest uderzające. Warunki, w których Polska Opera Królewska mogła zrealizować swojego Orfeusza nie odbiegały więc bardzo od tych, które Monteverdi miał 412 lat temu. Umiejętnie tę przestrzeń wykorzystano. Orkiestra zajęła miejsce z przodu po lewej stronie, chórowi i solistom oddano do dyspozycji środek i prawą część sali. Scenografia była skromna, tworzyły ją jedynie podesty i wyłożona złotymi płytami podłoga, ważne były symboliczne rekwizyty i stylowe kostiumy (Marlena Skoneczko), magiczną atmosferę tworzyły też rzucane na ściany i sufit światła oraz wizualizacje, które w przebiegu akcji scenicznej zmieniały kształty i kolory. Szczególne wrażenie wywarły w scenie z Plutonem i Prozerpiną, kiedy ogień i czerwone światła podsycały płomienny wystrój Sali Wielkiej – złocone dekoracje i żółtawe stiukowe kolumny. 

Dużą siłą warszawskiego Orfeusza był zespół instrumentalny. Capella Regia Polona sporo koncertuje, jej trzon rozwija się pod kierunkiem Krzysztofa Garstki szybko i w bardzo dobrym kierunku: czuć coraz większą więź między muzykami a brzmienie orkiestry staje się spójne. Dzięki temu – mimo bogatego, dodatkowego instrumentarium koniecznego do wykonania kompozycji Monteverdiego – udało się wykreować zrozumiałą, ciekawą i zrównoważoną interpretację. Interpretację, w której ważne były nie tylko dźwięki, ale też wykorzystywana bez obaw cisza. Na gorąco wyraziłem opinię, że nie słyszałem orkiestry. To spory komplement. Bo mimo tych wszystkich puzonów, cynków, trąbek, niezwyczajnego dźwięku regału czy arpa doppia – orkiestra nie dominowała, nie przypuszczała ofensywy na pierwszy plan. Była po prostu częścią przedstawienia i – od początku do końca – budziła zaufanie.

Wielkie brawa należą się Zespołowi Wokalnemu Polskiej Opery Królewskiej przygotowanemu przez Liliannę Krych. Usłyszeliśmy czyste i świeże współbrzmienie a techniczna biegłość zespołu pozwoliła na właściwe i naturalne akcentowanie związków między muzyką a słowem oraz operowanie w dużym interwale środków dynamicznych, artykulacyjnych i kolorystycznych – od brzmień mocnych i głębokich, przez motywy bardzo precyzyjnie i ostro akcentowane, szczególnie udane w powracającym "Ahi caso acerbo" (Ach, okropne nieszczęście) do fraz niemal wyszeptanych.  

Na koniec kilka słów o solistach. Największe wrażenie wywarli na mnie Zbigniew Malak (Pastore) – znakomity wokalnie, wyrazisty i zdecydowany; Anna Radziejewska (Messeggiera) – dramatyczna, wiarygodna i przejmująca oraz Olga Pasiecznik (Prozerpina) i Marcin Pawelec (Pluton), o których od chwili wejścia na scenę i od pierwszych zaśpiewanych nut było wiadomo, że mamy do czynienia z boginią i z bogiem, którzy kierują losami śmiertelników.

Karol Kozłowski (Orfeo) wykonał swoją rolę - szczególnie w pierwszym i drugim akcie - swobodnie, elegancko i stylowo; były momenty naprawdę piękne – ten uśmiech i błysk w oku, kiedy Orfeusz patrzył na Eurydykę; oszczędny, ale bardzo elegancki i płynny taniec-nie-taniec przy „Vi ricorda, o boschi ombrosi” (Pamiętacie, cieniste lasy), przeszywające "Ohimè che odo" (Nieszczęsny, co ja słyszę) czy rozedrgane arioso-lament „Tu se morta, mia vita” (Umarłaś, życie moje). 

Marta Boberska była nie tylko subtelną Euridice, ale też - w Prologu - poruszającą Muzyką. Wpatrzoną w dal i jakby nieobecną ciałem; Muzyką, która jest poza czasem i poza miejscem; Muzyką, która jest egalitarna, dla której nie jest ważne kim są jej słuchacze, bo w swoim trwaniu nawet śmiertelnych potrafi zamienić w bogów.

Świetnie spisali się także pozostali soliści: Aneta Łukaszewicz (Speranza),Marcin Gadaliński i Mikołaj Zgódka (Pastori),  Julita Mirosławska (Ninfa), Sławomir Jurczak (Caronte) oraz Sylwester Smulczyński (Apollo, Eco)

Orfeusz był głównym, ale nie jedynym punktem programu naszej wizyty na Zamku Królewskim w Warszawie. Tego dnia w muzeum zorganizowano dzień atrakcji towarzyszących wystawie „Król się żeni! »Rolka sztokholmska« – skarb Zamku Królewskiego w Warszawie”.

„Rolka sztokholmska” to jedna z pereł zamkowej kolekcji - unikatowy fryz anonimowego artysty, na którym pokazano uroczysty wjazd do Krakowa orszaku ślubnego króla Zygmunta III i arcyksiężniczki Konstancji Austriaczki  4 grudnia 1605 roku. Widzimy na niej ponad sześciuset uczestników pochodu. Oprócz narzeczonych w paradzie biorą udział także królewicz Władysław, poselstwa europejskich potęg, magnaci, delegacje rad miejskich. Są też postaci niezwykłe: błazny, karły, kobieta z brodą, Turek w turbanie ozdobionym palmą z piór, husarze okryci lamparcimi skórami, malowane konie… Są też trębacze i dobosze bijący w bębny i w kotły. 

Z rzadkiej okazji obejrzenia „Rolki sztokholmskiej” skorzystały w niedzielę tłumy turystów. To duży sukces Zamku Królewskiego w Warszawie. Sukces, który miał w niedzielę przynajmniej dwie miary. Pierwsza jest wymierna. W muzealnym sklepie zabrakło okolicznościowych katalogów.  Druga jest piękna. Wystawa budzi tak przyjemne emocje, że mimo dużej kolejki i tłoku, wszyscy się do siebie uśmiechali. 

W tę szczególną niedzielę na zamku odbył się jeszcze jeden koncert. Psalmy Mikołaja Gomółki, pieśni i tańce z rękopisu połockiego, utwory Wojciecha Długoraja, Johna Dowlanda i Tobiasa Huma oraz pieśni Krzysztofa Klabona zaprezentowali Ewelina Siedlecka-Kosińska (sopran) oraz zespół muzyki dawnej Canor Anticus w składzie: Marcin Zalewski – lutnia, Piotr Zalewski – viola da gamba. To był kameralny, bezpretensjonalny koncert, który wprawił wszystkich słuchaczy w pozytywny nastrój. Być może tak właśnie wyglądało wspólne, codzienne muzykowanie za czasów Zygmunta III…

Ewelina Siedlecka-Kosińska zaśpiewała też Prolog z Orfeusza Monteverdiego. Był inny niż ten, który usłyszeliśmy później w wykonaniu Marty Boberskiej. Skromniejszy. A przy tym promienny, jasny i ożywczy. Przecież muzyka dociera do nas różnymi drogami i na wiele sposobów.

Io la Musica son…

Ja jestem Muzyką,
która swym słodkim brzmieniem
umie ukoić każde wzburzone serce,
i raz szlachetnym gniewem,
raz miłością,
potrafi rozpalić najbardziej chłodny umysł…



 




 








 








B!LIVE, IV Festiwal Oper Barokowych Dramma per Musica - Weekend z Händlem i Telemannem

fotografia Kingi Karpati z facebookowej strony Festiwalu Oper Barokowych Dramma per Musica

W 1734 roku londyńscy rywale Händla ze swoim możnym mecenasem, księciem Walii Fryderykiem Ludwikiem Hanowerskim przejęli King’s Theatre. W odpowiedzi na ten ruch, Händel zaakceptował propozycję Johna Richa i przeniósł się do nowego teatru w Covent Garden. Za duże pieniądze.

Sezon 1735/36 okazał się dla Händla nadzwyczajny: dwa wznowienia oper,  opera-pasticcio złożona z przebojowych arii z poprzednich kompozycji, trzy oratoria i dwie nowe opery: Ariodante i Alcina. Ta ostatnia okazała się szczególnym sukcesem. W pierwszym sezonie wystawiono ją aż 18 razy.

Libretto Alciny to częściowo przetworzone libretto innej opery - L'isola di Alcina Riccardo Broschiego z 1728 roku, które z kolei opiera się na poemacie Ariosta Orlando furioso, Orland szalony. Czarownica Alcina prowadzi na cudownej wyspie jeszcze cudowniejsze życie: wabi mężczyzn do swojego królestwa, uwodzi ich, a kiedy już się nimi zmęczy, zamienia w dzikie zwierzęta, rośliny albo skały. W jej sidła wpada też dzielny wojownik Ruggiero. Kiedy wygląda na to, że nie ma już dla niego ratunku, na wyspę przybywa narzeczona Ruggiera Bradamante w przebraniu swojego brata Ricciarda. Świat, który Alcina poukładała sobie za pomocą magii, zaczyna się rozpadać.

Tę właśnie operę wybrali na tegoroczną premierę organizatorzy IV Festiwalu Oper Barokowych Dramma per Musica. I jak zwykle nie zawiedli pokładanych przez melomanów z całej Polski oczekiwań. Wyreżyserowana przez Jacka Tyskiego Alcina, którą miałem przyjemność oglądać w Małej Warszawie w sobotę, 15 września 2018 roku to przedstawienie dynamiczne, wciągające i – także dzięki pięknym kostiumom Marty Fiedler - bardzo plastyczne. No i znakomicie zaśpiewane, zagrane i zatańczone.

Rolę tytułową powierzono Oldze Pasiecznik. Choć podobno to ona sama sobie tę rolę wymyśliła. To zresztą nieważne. Olga Pasiecznik wykonała ją brawurowo. I muzycznie, i aktorsko. Raz demoniczna, raz kokieteryjna; raz ciepła, raz oschła; raz pełna nadziei, raz zawiedziona. Z kulminacją tych wszystkich wcale nie boskich, lecz jak najbardziej ludzkich uczuć, w przeszywającej i pełnej bólu arii „Ah! mio cor! schernito sei!”.

Anna Radziejewska świetnie radzi sobie z rolami męskimi. Rola Ruggiero była poprowadzona w sposób bardzo przekonujący, była też dopracowana w każdym szczególe. Od początku do końca. Szczególnie urzekła mnie aria „Mio bel tesoro” z świetnie zagranymi, jakby dopowiadającymi treść, partiami fletów i „Verdi prati, selve amene”, subtelnie wprowadzona i domknięta na klawesynie przez Liliannę Stawarz.

Bardzo wyraziste postaci stworzyły Olga Siemieńczuk jako lekka, dowcipna, charakterystyczna Morgana (przepięknie i bezbłędnie zaśpiewana  wirtuozowska aria "Tornami a vagheggiar") i Joanna Lalek jako zadziorny i psotny Oberto (przyjęta bodaj z największym entuzjazmem publiczności aria „Barbara! Io ben lo so”)

Z solistek z mieszanymi uczuciami przyjąłem Joannę Krasuską-Motulewicz w roli Bradamante/ Ricciardo. Pamiętam jej ubiegłoroczną zalotną i charakterną Selindę w Farnace. Tym razem – mimo bardzo dobrze postawionego, czystego i mocnego głosu, jej rola wydała mi się jednowymiarowa, z zupełnie niewykorzystaną przemianą dość zasadniczego Ricciarda w narzeczoną Ruggiera – Bradamante.

Z solistów zdecydowanie bardziej trafiła do mnie zaśpiewana precyzyjnie, głęboko i stylowo rola Artura Jandy jako czarodzieja Melisso. Nie przekonał mnie za to Karol Kozłowski w roli Oronte, choć to on właśnie potrafił najlepiej ze wszystkich solistów nawiązywać kontakt z publicznością. Były miejsca piękne, były niestety i niedopracowane, śpiewane nieczysto i z dużym wysiłkiem.
 
Muzycy Royal Baroque Ensemble znają się dobrze, od lat razem występują i nagrywają płyty. W tym roku zespół kierowany przez Liliannę Stawarz zdobył Fryderyka za album "Antonio Caldara - Maddalena ai piedi di Cristo". Nic więc dziwnego, że w Alcinie usłyszeliśmy bardzo spójne brzmienie zespołu instrumentalnego, pełne barw we wszystkich możliwych odcieniach. A akompaniament (choć czy rzeczywiście tylko akompaniament…) do arii Ruggiero „Sta nell’ircana pietrosa tana” był po prostu błyskotliwy.

Największym rozczarowaniem był chyba w sobotę występ chóru Collegium Musicum UW. Wejścia zespołu wokalnego były sztuczne i jakby wyrwane z kontekstu, a śpiewanie przysadziste i niepewne, także intonacyjnie. Mankamentem były także napisy. Po pierwsze istotnie różne od dobrego polskiego tłumaczenia z książki programowej, po drugie z nieczytelnie rozdzielonymi rolami i niekonsekwentnie wyświetlanymi (bądź nie) didaskaliami.

Na koniec kilka słów o Małej Warszawie. Nie jest miejscem bez wad, nie została zbudowana jako teatr operowy, nawet nie jako sala koncertowa. Była tam fabryka oleju, marmolady, gumy, a w końcu konserw. Ale czy spektakle operowe trzeba koniecznie wystawiać w zbudowanych specjalnie po to budynkach? Na dodatek pełnych przepychu i bogatych w najróżniejsze udogodnienia? Wcale nie. Przestrzeń Małej Warszawy ma bardzo dobrą akustykę, bardzo umiejętnie wykorzystano też tę przestrzeń na potrzeby spektaklu - ożywiły ją puszczane z 11 (tyle naliczyliśmy) projektorów wizualizacje, których autorem jest Sylwester Łuczak. Tańczące na wietrze rośliny, barokowe florale, antyczne rzeźby, arkadyjskie budowle. Rajska wyspa Alciny.

Mała Warszawa ma ducha. Genius loci. Organizatorzy Festiwalu Oper Barokowych Dramma per Musica odczytali tego ducha we właściwy sposób, wykorzystali go do stworzenia ciekawej, inspirującej przestrzeni artystycznej. Nadali postindustrialnym wnętrzom ciepły i gościnny charakter. Także przyległe przestrzenie wewnątrz i na zewnątrz budynków pofabrycznych sprzyjały rozmowom i nawiązywaniu ciekawych znajomości. A do środka zapraszał na kolejne akty dźwięk rogu.

Piękne było też następne festiwalowe popołudnie. W Domu Polonii na Krakowskim Przedmieściu mały zespół instrumentalny (Grzegorz Lalek, Alicja Sierpińska – skrzypce barokowe, Marcin Stefaniuk – altówka barokowa, Jakub Kościukiewicz – wiolonczela barokowa, Grzegorz Zimak – kontrabas barokowy i Lilianna Stawarz – klawesyn) zagrali Koncert polski, TWV 43:G7, Suitę D-dur „Gulliver”, TWV 40:108 i Suitę G-dur „Don Quixot”, TWV 55:G10 Georga Philippa Telemanna przeplatane fragmentami powieści Jonathana Swifta „Podróże do wielu odległych narodów świata” i Miguela de Cervantesa „Don Kichot” recytowanymi przez Zbigniewa Zamachowskiego.

Trochę się tego koncertu
bałem. W innym czasie i w innym miejscu zestawienie muzyki Telemanna i prozy Cervantesa było podane w sposób nudny i nadzwyczaj nużący. W Warszawie było inaczej. Po pierwsze krótkie i wybrane z dużą uwagą fragmenty powieści były recytowane z dużą swadą i w bardzo dowcipny sposób, po drugie zespół instrumentalny wydobył z muzyki Telemanna co tylko się dało najlepszego. Była ciekawa artykulacja, duże zróżnicowanie tempa i dynamiki, no i to co najważniejsze: instrumentaliści sami świetnie się bawili. Radość smyczka i zabawa piórkiem udzieliły się wszystkim słuchaczom. 

Jeśli jescze nie skorzystaliście z zaproszenia IV Festiwalu Oper Barokowych Dramma per Musica, wciąż macie szansę. W środę (19.09.2018) na finał festiwalu zostanie wykonana w Studiu Koncertowym im. Witolda Lutosławskiego Alcina, HWV 34 Georga Friedricha Händla w wersji koncertowej. Warto tam być!

B!LIVE, Kromer Biecz Festival 2018, cz. III



W Bieczu czas płynie wolniej, spokojniej, szumy codzienności docierają w dużo mniejszym natężeniu. Festiwalowe koncerty zaczynają się po południu, jest więc czas, żeby skupić się na sobie. Swoich emocjach, myślach, potrzebach. Miałem sporo czasu na prawdziwe odpoczywanie. Bez gonitwy i zwyczajowego łatania dziur czasoprzestrzennych. W Bieczu nic nie musiałem.

Niedziela koncertowa zaczęła się w Binarowej, w drewnianym kościele p.w. św. Michała Archanioła wpisanym na listę kulturalnego dziedzictwa ludzkości UNESCO. To o nim swoją Starą pieśń na Binnarową napisał Miron Białoszewski. Z zewnątrz kościół specjalnie się nie wyróżnia, ale kiedy wejdzie się do środka, wywołuje zdumienie. Barokowe ołtarze; rzeźbione ławy; stropy, belki, arkady i ściany pokryte przedziwnymi, kolorowymi malowidłami; niezliczone rzeźby; tęcza, która dźwiga Pasję. I anioły. Nieprzebrane rzesze aniołów. Samych Michałów naliczyłem z pomocą proboszcza miejscowej parafii aż czterech; w tym tego, który spogląda na wszystko z samego szczytu głównego ołtarza.

[…]
Gdy prowadzili ołtarz,
święty Michał stał na szczycie,
trzymał miecz zapylony
i wagę z przydrożnym kurzem.
Ale pułap kwiecisty
kościoła
był za niski
dla archanioła,
więc przefrunął ponad chór,
wziął miecz, wagę,
na niej kurz
i tak czuwa.
[…]

Miron Białoszewski, "Stara pieśń na Binnarową"

W kościele pw. Św. Michała Archanioła zagrał w sobotę zespół Musica Graciana (Aleksandra Lesner, Marta Michalak – skrzypce barokowe; Radosław Dembiński – viola da gamba; Marcin Bajon – violone; Kamil Lis – pozytyw szkatulny), którym od klawesynu dyrygował Maksymilian Święch. Usłyszeliśmy program Pubblicato in Venezia, na który złożyły się utwory wydane w XVII wieku w Wenecji przez takich kompozytorów jak Biagio Marini, Giovanni Picchi, Salomone Rossi, Giovanni Battista Buonamente czy Marcin Mielczewski.

Słuchałem tego programu wcześniej już dwa razy, na koncercie w toruńskich Jordankach i w czasie transmisji internetowej z Forum Synagoga w Ostrowie Wielkopolskim. Za każdym razem, także w Binarowej, podziwiam pasję z jaką młodzi ludzie podchodzą do muzyki, świeżość, pozytywną energię, istną burzę uczuć. W Binarowej swoje dodała też natura. Na koniec koncertu zesłała burzę z piorunami. Była Moc!!!

W Binarowej usłyszeliśmy Wenecję wieku XVII, koncert finałowy Kromer Biecz Festival 2018 przeniósł nas do Wenecji osiemnastowiecznej. Program oparty na wokalno-instrumentalnych i instrumentalnych utworach Antonio Vivaldiego zaprezentowali w Kolegiacie pw. Bożego Ciała: Anna Radziejewska – mezzosopran oraz Royal Baroque Ensemble w składzie Grzegorz Lalek, Alicja Sierpińska – skrzypce barokowe; Małgorzata Feldgebel – altówka barokowa; Jakub Kościkiewicz – wiolonczela barokowa; Grzegorz Zimak – kontrabas barokowy i Henryk Kasperczak – teorba. Całością pokierowała od klawesynu Lilianna Stawarz.

Koncerty (i spektakle operowe) z udziałem tych artystów to zawsze gwarancja pięknych muzycznych wrażeń. Nie inaczej było w Bieczu.

Anna Radziejewska to mezzosopranistka światowego formatu, w niedzielę zawładnęła więc sercami i wyobraźnią słuchaczy. Każdą arią, każdym recytatywem malowała inne obrazy: raz wzruszające, intymne i subtelne; raz intensywne, dramatyczne i pełne żaru. Motyle w brzuchu wyczyniały niecodzienne harce.

Wyśmienicie zabrzmiał pod dyrekcją Lilianny Stawarz zespół instrumentalny. Po wykonanym porywająco Koncercie e-moll na smyczki i basso continuo, RV 134 Antonio Vivaldiego rozległy się gromkie oklaski, a siedzący przede mną Bruno Cocset zakrzyknął głośno: bravo! Rekomendacja to nie byle jaka. Bruno Cocset jest zdobywcą prestiżowej Premio Internazionale Antonio Vivaldi, nagrody przyznawanej za wybitne nagrania włoskiej muzyki dawnej przez Istituto Italiano Antonio Vivaldi.

W czasie koncertu zespół wykonał też Musette i Menueta z opery Georga Friedricha Händla Alcina, HWV 34. Cała opera będzie miała swoją premierę już we wrześniu na IV Festiwalu Oper Barokowych Dramma per Musica w Warszawie (Festiwal Oper Barokowych Dramma per Musica). Apetyt został zaostrzony.

Na bis usłyszeliśmy przepiękne, senne arioso Manlio Sonno, se pur sei sonno z trzeciego aktu opery Tito Manlio Antonio Vivaldiego oraz pieśń Do Ludmiły Karola Kurpińskiego, po której przez publiczność przebiegł szmer: za krótko, za krótko…

Wszystko co, dobre kiedyś się jednak kończy. Kiedy w poniedziałek rano patrzyłem z okna pociągu na znikające powoli średniowieczne miasto na zielonym wzgórzu, zrobiło mi się najzwyczajniej w świecie smutno. Żal się było żegnać…

cdn...