Wszystkie posty

jeszcze więcej do czytania...

B!LIVE: L'Orfeo w Mantui, Orfeusz w Warszawie



Wystawienie L'Orfeo Claudia Monteverdiego jest wyzwaniem śmiały i trudnym, dlatego nieczęsto możemy go oglądać na scenach polskich teatrów operowych. Zadania tego podjęła się Polska Opera Królewska, która wystawiła Orfeusza na Zamku Królewskim w Warszawie. Premiera tej inscenizacji odbyła się 24 lutego 2019 roku, dokładnie w 412 rocznicę prawykonania w Mantui.

L’Orfeo, pierwsza opera Claudia Monteverdiego, którą sam autor nazwał baśnią muzyczną ("favola in musica"), została wystawiona po raz pierwszy 24 lutego 1607 roku ku karnawałowej rozrywce członków Accademia degli Invaghiti, Akademii Zaślepionych, wąskiej grupy szlachetnie urodzonych mantuańczyków, którzy czerpiąc radość i inspirację z muzyki, poezji i retoryki, nadawali ton życiu intelektualnemu Mantui tamtych czasów. Co ciekawe, autor libretta Orfeusza Alessandro Striggio był jako arystokrata członkiem Akademii, sam Claudio Monteverdi już nie. Był szanowanym obywatelem i pierwszym wśród mantuańskich muzyków, ale jego urodzenie nie pozwalało na członkostwo w elitarnym klubie…

Orfeusz nie miał tyle szczęścia co Eurdice Periego, czy druga opera Monteverdiego Arianna, które zostały wystawione z okazji wielkich książęcych uroczystości weselnych i zostały szczegółowo opisane w tomach upamiętniających te wydarzenia. O pierwszym wykonaniu L’Orfeo wiadomo niewiele. Tradycyjnie uważa się, że przedstawienie odbyło się w pałacu książęcym w Mantui w Galleria degli Specchi (Sala Luster) albo w Galleria dei Fiumi (Sala Rzek). Zachowane źródła pozwalają zidentyfikować jedynie trzech wokalistów, którzy brali udział w prawykonaniu. Z pewnością byli to śpiewak i kompozytor Francesco Rassi, prawdopodobny odtwórca roli tytułowej oraz kastrat Giovanni Gualberto Magli, który wykonał między innymi partie Muzyki i Proserpiny. Przypuszcza się, że w rolę Eurydyki wcielił się kastrat i kompozytor Girolamo Bacchini, z racji przynależności do zakonu karmelitów nazywany też Fra Teodoro del Carmine.

Do naszych czasów przetrwało kilka kopii libretta wydrukowanego dla osób zasiadających na widowni. Dzięki temu wiemy, że zakończenie pierwszej wersji Orfeusza było inne niż lieto fine (happy end) z partytur wydrukowanych w Wenecji za życia Monteverdiego (1609 i 1615). W pierwotnej wersji – bliższej opisowi mitologicznemu – w piątym akcie pojawia się chór Bachantek, które grożą Orfeuszowi śmiercią. Los bohatera jest niepewny, opuszcza on scenę a menady śpiewają na cześć Bachusa. W wersji drukowanej, według której zrealizowano warszawskie przedstawienie, następuje interwencja deus ex machina – na ziemię zstępuje Apollo, żeby wybawić Orfeusza. Obaj wznoszą się do nieba, gdzie bohater będzie mógł w słońcu i w gwiazdach podziwiać piękne oblicze Eurydyki. „Taka nagroda spotyka tego, kto się nie lęka prosić Boga; tak łaskę w niebie wybłaga, kto zaznał piekła na ziemi; a kto wśród bólu sieje, ten łaski owoc zbierze” komentuje kończąc operę Chór.

Odbiór Orfeusza Monteverdiego był bardzo przychylny. Następca tronu Mantui, Francesco Gonzaga napisał w liście z 1 marca 1607 roku do swojego brata Ferdynanda: „Sztuka była wystawiona ku wielkiej satysfakcji wszystkich, którzy ją słyszeli. Książę Pan, którego nie zaspokoiła obecność na przedstawieniu, ani to, że słyszał je wiele razy w czasie prób, nakazał wystawić przedstawienie ponownie. Stanie się to dzisiaj w obecności wszystkich dam, które przebywają teraz w mieście.” Poeta i teolog Cherubino Ferrari był w swojej opinii wręcz entuzjastyczny: „[Monteverdi] pokazał mi wersety oraz pozwolił posłuchać muzyki do sztuki, którą wystawił Wasza Wysokość. Doprawdy zarówno poeta, jak i muzyk doskonale wyrazili uczucia duszy. Jak nikt inny. Poezja jest piękna w zamyśle, jeszcze piękniejsza w formie a najpiękniejsza w wymowie; mówiąc krótko - nie mogliśmy oczekiwać niczego innego od takiego geniusza jak Pan Striggio. Także muzyka jest stosowna w stylu i służy poezji tak dobrze, że nigdzie nie można by usłyszeć piękniejszej…”

Orfeusz Claudia Monteverdiego był ostatnią premierą przygotowywaną przez zmarłego w styczniu tego roku dyrektora Polskiej Opery Królewskiej Ryszarda Peryta. Jego pracę kontynuował Sławomir Jurczak, który zagrał także rolę Charona. Dużą wagę przyłożono w warszawskiej inscenizacji do gestów i ruchu scenicznego (Romana Agnel). Przydało to – szczególnie pierwszej części przedstawienia (Prolog i dwa pierwsze akty) właściwej dynamiki. Tempo i energia spadły wyraźnie w drugiej części spektaklu i to chyba jedyny słabszy punkt warszawskiej inscenizacji.

Podobieństwo Sali Wielkiej Zamku Królewskiego w Warszawie do sal, w których mogło się odbyć prawykonianie L’Orfeo, szczególnie do Galleria degli Specchi, jest uderzające. Warunki, w których Polska Opera Królewska mogła zrealizować swojego Orfeusza nie odbiegały więc bardzo od tych, które Monteverdi miał 412 lat temu. Umiejętnie tę przestrzeń wykorzystano. Orkiestra zajęła miejsce z przodu po lewej stronie, chórowi i solistom oddano do dyspozycji środek i prawą część sali. Scenografia była skromna, tworzyły ją jedynie podesty i wyłożona złotymi płytami podłoga, ważne były symboliczne rekwizyty i stylowe kostiumy (Marlena Skoneczko), magiczną atmosferę tworzyły też rzucane na ściany i sufit światła oraz wizualizacje, które w przebiegu akcji scenicznej zmieniały kształty i kolory. Szczególne wrażenie wywarły w scenie z Plutonem i Prozerpiną, kiedy ogień i czerwone światła podsycały płomienny wystrój Sali Wielkiej – złocone dekoracje i żółtawe stiukowe kolumny. 

Dużą siłą warszawskiego Orfeusza był zespół instrumentalny. Capella Regia Polona sporo koncertuje, jej trzon rozwija się pod kierunkiem Krzysztofa Garstki szybko i w bardzo dobrym kierunku: czuć coraz większą więź między muzykami a brzmienie orkiestry staje się spójne. Dzięki temu – mimo bogatego, dodatkowego instrumentarium koniecznego do wykonania kompozycji Monteverdiego – udało się wykreować zrozumiałą, ciekawą i zrównoważoną interpretację. Interpretację, w której ważne były nie tylko dźwięki, ale też wykorzystywana bez obaw cisza. Na gorąco wyraziłem opinię, że nie słyszałem orkiestry. To spory komplement. Bo mimo tych wszystkich puzonów, cynków, trąbek, niezwyczajnego dźwięku regału czy arpa doppia – orkiestra nie dominowała, nie przypuszczała ofensywy na pierwszy plan. Była po prostu częścią przedstawienia i – od początku do końca – budziła zaufanie.

Wielkie brawa należą się Zespołowi Wokalnemu Polskiej Opery Królewskiej przygotowanemu przez Liliannę Krych. Usłyszeliśmy czyste i świeże współbrzmienie a techniczna biegłość zespołu pozwoliła na właściwe i naturalne akcentowanie związków między muzyką a słowem oraz operowanie w dużym interwale środków dynamicznych, artykulacyjnych i kolorystycznych – od brzmień mocnych i głębokich, przez motywy bardzo precyzyjnie i ostro akcentowane, szczególnie udane w powracającym "Ahi caso acerbo" (Ach, okropne nieszczęście) do fraz niemal wyszeptanych.  

Na koniec kilka słów o solistach. Największe wrażenie wywarli na mnie Zbigniew Malak (Pastore) – znakomity wokalnie, wyrazisty i zdecydowany; Anna Radziejewska (Messeggiera) – dramatyczna, wiarygodna i przejmująca oraz Olga Pasiecznik (Prozerpina) i Marcin Pawelec (Pluton), o których od chwili wejścia na scenę i od pierwszych zaśpiewanych nut było wiadomo, że mamy do czynienia z boginią i z bogiem, którzy kierują losami śmiertelników.

Karol Kozłowski (Orfeo) wykonał swoją rolę - szczególnie w pierwszym i drugim akcie - swobodnie, elegancko i stylowo; były momenty naprawdę piękne – ten uśmiech i błysk w oku, kiedy Orfeusz patrzył na Eurydykę; oszczędny, ale bardzo elegancki i płynny taniec-nie-taniec przy „Vi ricorda, o boschi ombrosi” (Pamiętacie, cieniste lasy), przeszywające "Ohimè che odo" (Nieszczęsny, co ja słyszę) czy rozedrgane arioso-lament „Tu se morta, mia vita” (Umarłaś, życie moje). 

Marta Boberska była nie tylko subtelną Euridice, ale też - w Prologu - poruszającą Muzyką. Wpatrzoną w dal i jakby nieobecną ciałem; Muzyką, która jest poza czasem i poza miejscem; Muzyką, która jest egalitarna, dla której nie jest ważne kim są jej słuchacze, bo w swoim trwaniu nawet śmiertelnych potrafi zamienić w bogów.

Świetnie spisali się także pozostali soliści: Aneta Łukaszewicz (Speranza),Marcin Gadaliński i Mikołaj Zgódka (Pastori),  Julita Mirosławska (Ninfa), Sławomir Jurczak (Caronte) oraz Sylwester Smulczyński (Apollo, Eco)

Orfeusz był głównym, ale nie jedynym punktem programu naszej wizyty na Zamku Królewskim w Warszawie. Tego dnia w muzeum zorganizowano dzień atrakcji towarzyszących wystawie „Król się żeni! »Rolka sztokholmska« – skarb Zamku Królewskiego w Warszawie”.

„Rolka sztokholmska” to jedna z pereł zamkowej kolekcji - unikatowy fryz anonimowego artysty, na którym pokazano uroczysty wjazd do Krakowa orszaku ślubnego króla Zygmunta III i arcyksiężniczki Konstancji Austriaczki  4 grudnia 1605 roku. Widzimy na niej ponad sześciuset uczestników pochodu. Oprócz narzeczonych w paradzie biorą udział także królewicz Władysław, poselstwa europejskich potęg, magnaci, delegacje rad miejskich. Są też postaci niezwykłe: błazny, karły, kobieta z brodą, Turek w turbanie ozdobionym palmą z piór, husarze okryci lamparcimi skórami, malowane konie… Są też trębacze i dobosze bijący w bębny i w kotły. 

Z rzadkiej okazji obejrzenia „Rolki sztokholmskiej” skorzystały w niedzielę tłumy turystów. To duży sukces Zamku Królewskiego w Warszawie. Sukces, który miał w niedzielę przynajmniej dwie miary. Pierwsza jest wymierna. W muzealnym sklepie zabrakło okolicznościowych katalogów.  Druga jest piękna. Wystawa budzi tak przyjemne emocje, że mimo dużej kolejki i tłoku, wszyscy się do siebie uśmiechali. 

W tę szczególną niedzielę na zamku odbył się jeszcze jeden koncert. Psalmy Mikołaja Gomółki, pieśni i tańce z rękopisu połockiego, utwory Wojciecha Długoraja, Johna Dowlanda i Tobiasa Huma oraz pieśni Krzysztofa Klabona zaprezentowali Ewelina Siedlecka-Kosińska (sopran) oraz zespół muzyki dawnej Canor Anticus w składzie: Marcin Zalewski – lutnia, Piotr Zalewski – viola da gamba. To był kameralny, bezpretensjonalny koncert, który wprawił wszystkich słuchaczy w pozytywny nastrój. Być może tak właśnie wyglądało wspólne, codzienne muzykowanie za czasów Zygmunta III…

Ewelina Siedlecka-Kosińska zaśpiewała też Prolog z Orfeusza Monteverdiego. Był inny niż ten, który usłyszeliśmy później w wykonaniu Marty Boberskiej. Skromniejszy. A przy tym promienny, jasny i ożywczy. Przecież muzyka dociera do nas różnymi drogami i na wiele sposobów.

Io la Musica son…

Ja jestem Muzyką,
która swym słodkim brzmieniem
umie ukoić każde wzburzone serce,
i raz szlachetnym gniewem,
raz miłością,
potrafi rozpalić najbardziej chłodny umysł…



 




 








 








B!LIVE, Inauguracja Roku Wazowskiego 2019


„Władca skrzydła zamku królewskiego, oczyściwszy z drewnianych statków, z fundamentów wyniósł, bok z strony kościoła przekształcił i trzecie piętro dodał, przyczynił gmach do przystojnego pomieszczenia senatu i izby poselskiej, piękną wyniósł nad nim wieżę” – taką adnotacją kończył się sporządzony na pergaminie opis dzieł i czynów Zygmunta III Wazy, który został umieszczony w spiżowej gałce wieży Zamku Królewskiego w Warszawie 4 lutego 1619 roku. Wydarzenie to zakończyło okres wielkiej przebudowy zamku związanej z przeniesieniem do Warszawy siedziby króla i centralnych urzędów; przebudowy, która ukształtowała znaną nam obecnie, charakterystyczną sylwetkę zamku.

W tym roku mija 400 lat od zakończenia budowy nowej siedziby królów Polski. Z tej okazji Zamek Królewski w Warszawie organizuje w 2019 roku koncerty, wystawy, przedstawienia, sesje naukowe, wykłady i warsztaty pod wspólnym hasłem Rok Wazowski 2019.

W przeddzień rocznicy, w niedzielę 3 lutego 2019 roku odbył się w Sali Wielkiej koncert inaugurujący Rok Wazowski 2019. Program złożony w całości z utworów Marcina Mielczewskiego wykonali: Aldona Bartnik, Aleksandra Turalska, Matthew Venner, Piotr Łykowski, Maciej Gocman, Benjamin Glaubitz, Tomáš Král i Jaromír Nosek oraz Wrocław Baroque Ensemble pod dyrekcją Andrzeja Kosendiaka.

Wybór Marcina Mielczewskiego jako bohatera koncertu inaugurującego Rok Wazowski nie był przypadkowy. Mielczewski był związany z kapelą królewską najpewniej już za czasów Zygmunta III Wazy, a później z zespołami dworskimi jego synów – Władysława IV, króla Polski oraz Karola Ferdynanda, biskupa wrocławskiego i płockiego. Zespoły te miały międzynarodowy skład, Mielczewski podróżował też dużo też ze swoimi chlebodawcami, mógł więc nie tylko obserwować życie muzyczne ówczesnej Europy, ale też prezentować wszędzie swoje kompozycje, stał się więc najbardziej rozpoznawalnym polskim kompozytorem poza granicami Rzeczypospolitej.

Wrocław Baroque Ensemble i Andrzej Kosendiak to specjaliści od polskiej muzyki dawnej. Oprócz działalności koncertowej zespół działający przy Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu prowadzi też ważny projekt wydawniczy, który przybliża odbiorcom muzykę polskich mistrzów. Wydano już po dwa albumy z kompozycjami Grzegorza Gerwazego Gorczyckiego, Bartłomieja Pękiela i Marcina Mielczewskiego, wkrótce planowane jest wydanie albumu z muzyką Stanisława Sylwestra Szarzyńskiego. Ostatnia płyta Wrocław Baroque Ensemble - Marcin Mielczewski II została nominowana do nagrody Fryderyk 2019 w kategorii Album Roku Muzyka Dawna.

A sam koncert inaugurujący Rok Wazowski 2019? Był porywający od początku do końca. Andrzejowi Kosendiakowi udało się zgromadzić wyborny skład wokalistów i instrumentalistów. Usłyszeliśmy dwa czteroosobowe chóry, pozytyw, smyczki, dwie teorby, dwa cynki i cztery puzony. Już przy otwierającym koncert motecie Triumphalis Dies można było poczuć wielką moc muzyki Mielczewskiego, wszystko i wszyscy zostali wprawieni w silny, przyjemny rezonans. Natężenie pięknego brzmienia i pozytywnych emocji osiągnęło kulminację w Laetatus sum, po którym wśród oklasków dało się usłyszeć także głośne i spontaniczne „brawo! brawo!”.

Przez cały koncert – przy wymieniających się składach zespołu instrumentalnego i wokalnego – czuć było nie tylko wielkie zrozumienie muzyki Mielczewskiego, ale też intencje dyrygenta oraz wszystkich członków zespołu razem i z osobna. Bo Wrocław Baroque Ensemble to nie po prostu grupa znakomitych muzyków, a sprawnie funkcjonujący i wyrażający zbiorowe emocje zespół. Byt zestrojony, zgodny i spójny.

Pięknie zabrzmiały nie tylko utwory wokalno-instrumentalne ale też utwory instrumentalne - Canzona seconda a due wykonana swobodnie i ze swadą przez Zbigniewa Pilcha i Mikołaja Zgółkę i Cancona seconda a tre, w której partię puzonu brawurowo zagrał Masafumi Sakamoto.

Na bis zabrzmiał fragment wykonanego na finał pierwszej części religijnego koncertu rondowego Currite populi. Kuplety były subtelne i pełne intymnych emocji, refreny zostały zagrane i zaśpiewane żywiołowo. Tak samo żywiołowo przyjęła wykonanie utworu Mielczewskiego warszawska publiczność. Trudno się dziwić, bo to kompozycja, która na długo zapada w muzyczną pamięć. Pokazuje też, jak wielkie skarby polskiej muzyki mogą kryć jeszcze archiwa.

Śpieszcie ludy,
uderzajcie w bębenki,
wysławiajcie słowami:
Alleluja!

Currite populi pochodzi z kolekcji XVII- i XVIII-wiecznych rękopisów muzycznych, skatalogowanych w XIX wieku przez Emila Bohna – wrocławskiego dyrygenta, kompozytora i organistę. Ten tzw. zbiór Bohna, zawierający ponad 30 kompozycji sygnowanych monogramem „M.M.”, należał przed II wojną światową do Biblioteki Miejskiej we Wrocławiu a potem przez kilkadziesiąt lat był uważany za zaginiony.  Obecna na koncercie prof. Barbara Przybyszewska-Jarmińska, która kompozycje ze zbioru Bohna odnalazła, przypisała Mielczewskiemu i opracowała oraz dyrekotor NFM Andrzej Kosendiak obiecali kolejne koncerty z muzyką Mielczewskiego – w tym wykonywaną niegdyś we Wrocławiu w języku niemieckim. Trzymamy za słowo!!!

Na szczęście doskonała muzyka skutecznie wyprowadziła mnie i moich towarzyszy z przedkoncertowego napięcia. Eufemizmem byłoby nazwanie nieeleganckim przestawiania oczekujących na koncert melomanów z miejsca na miejsce, czy krzyczenia (dosłownie) przez obsługę na starsze panie, które wchodziły (dodam: zimą) do wnętrza Zamku Królewskiego wcześniej niż zarządzone „przez górę” magiczne 20 minut przed koncertem. To już kolejny raz, kiedy na warszawskim zamku czułem się nie gościem a intruzem. Mam nadzieję, że kiedyś się to zmieni. A okazji będzie sporo.

Już 17 lutego 2019 roku odbędzie się koncert towarzyszący wystawie „Król się żeni! »Rolka sztokholmska« – skarb Zamku Królewskiego w Warszawie” a w niedzielę 24 lutego 2019 roku wielka gratka – premiera „L’Orfeo” Claudia Monteverdiego. W Sali Wielkiej wystąpią Zespół  Wokalny Polskiej Opery Królewskiej, Capella Regia Polona oraz soliści, między innymi Marta Boberska, Anna Radziejewska, Olga Pasiecznik, Aneta Łukaszewicz i Karol Kozłowski. Całością pokieruje Krzysztof Garstka. Orfeusza będzie można zobaczyć na Zamku Królewskim w Warszawie  także 26 i 27 lutego.

B!LIVE, Pożegnanie z Actus Humanus Nativitas 2018


Pięć dni festiwalowych minęło bardzo szybko, choć kiedy żegnałem się wczoraj z muzycznymi przyjaciółmi pojawiło się też poczucie, że od pierwszego koncertu festiwalowego upłynęło bardzo dużo czasu. Tak to już chyba jest, że czas, który jest ważny; czas, który jest wypełniony pięknymi koncertami, ciepłymi rozmowami i ciekawymi spotkaniami, wydaje się z perspektywy całkiem długi.

Ostatnim popołudniowym koncertem z cyklu Polonica był występ Martyny Pastuszki i Marcina Świątkiewicza. Rok temu artyści wykonali pierwsze trzy sonaty ze zbioru Sei Suonate à Cembalo cerato è Violino Solo, BWV 1014-1019, wczoraj przyszedł czas na drugą część zbioru. Na początku usłyszeliśmy jednak – poza programem – Sonatę skrzypcową e-moll, BWV 1023, która oczarowała publiczność tak mocno, że po zakończeniu pierwszej części zapanowała absolutna cisza, której nikt nie odważył się zakłócić najmniejszym nawet szmerem a wykonana ogniście kończąca sonatę Gigue wywołała burzę oklasków.

IV Sonata c-moll, BWV 1017 i V Sonata f-moll, BWV 1018 wywołały u mnie mieszane uczucia. Były pięknie rozkołysana Siciliana z BWV 1017 i niezwykle ciemne, głębokie i pełne wyczuwalnych interakcji między artystami Largo z BWV 1018. Zdarzyły się jednak i takie części (np. końcowe Allegro z IV Sonaty), w których konstrukcja była bardzo chropowata. Być może złożyły się na to kapryśny wczorajszego dnia klawesyn i wyraźna niedyspozycja zdrowotna Marcina Świątkiewicza.

Uspokojenie przyszło z wyjątkową VI Sonatą G-dur, BWV 1019. Pojawił się uśmiech, czytelna wymiana myśli muzycznych, budowanie napięcia, piękne zawieszenia i to, co zachwyca mnie zawsze w grze Martyny Pastuszki i Marcina Świątkiewicza – odważna zabawa tempem, dynamiką i pauzą. Publiczność przyjęła koncert bardzo ciepło, usłyszeliśmy więc na bis fragment 3 części innej zachowanej wersji ostatniej sonaty cyklu, oznaczanej jako BWV 1019a. Było pięknie.

Nie można sobie wyobrazić lepszego finału festiwalu niż ten, który zaproponowali nam organizatorzy Actus Humanus Nativitas 2018. W Centrum św. Jana wystąpiły Céline Scheen – sopran i Benedetta Mazzucato – mezzosopran oraz zaspół L’Arpeggiata z jego liderką Christiną Pluhar, która od teorby poprowadziła cały koncert z charyzmą i pasją, ale też z elegancją i opanowaniem.

Koncert rozpoczął się neapolitańską kołysanką-kolędą Ninna nanna al bambino Gesu (Lulajże mi, lulaj; śpij synku, uśnij kochany). Nie sposób było nie skojarzyć jej od raz z polskim Lulajże Jezuniu… Potem przyszedł czas na fragmenty oper i kantat Luigiego Rossiego oraz utwory instrumentalne, między innymi Maurizio Cazzattiego i Lorenzo Allegriego.

Obie solistki spisały się znakomicie, szczególnie jeśli chodzi o umiejętne i wyraziste kształtowanie nastroju oraz przykładanie wagi do znaczenia słów. Po Lasciate Averno, o pene z Orfeo Rossiego w wykonaniu Céline Scheen; po wyrażonej przejmująco tęsknocie za śmiercią dostrzegłem łzy w oczach jednej z instrumentalistek. Z wielkim napięciem słuchałem Lamentu Ariona Al soave spirar zagranego, bo nie tylko zaśpiewanego przez Benedettę Mazzucato. Niezapomniane kreacje obie wokalistki stworzyły także w duetach – w rezonującym Dormite, begl’occhi i w wykonanym poza programem pastelowym Lumi, potete piangere.

Instrumenty, instrumenty, instrumenty. Były wielką siłą niedzielnego koncertu. W canario, ciacconach i passacagliach usłyszeliśmy między innymi brawurowy cynk Dorona Sherwina, rzewną wiolonczelę Josetxu Obregona, piękne soli skrzypiec Adriany Alcaide, niezwykłe dźwięki psalterionu Margit Übelacker. No i gitarę i lutnię, na których czynił cuda Josep Maria Marti Duran. Kiedy Arion w swoim lamencie rzuca się w wodę, słyszymy nie tylko słowa, ale też dźwięki do złudzenia przypominające pluskanie. Zarówno Duran, jak i Christina Pluhar są także mistrzami w przechodzeniu z brzmienia w ciszę. A może raczej z brzmienia dźwięku w brzmienie ciszy. Ma presto sparì. Lecz prędko znikła…

Na bis usłyszeliśmy duet Pur ti miro, pur ti godo z Koronacji Poppei Monteverdiego oraz – jako podziękowanie za lutnię z bursztynu, złota i srebra ofiarowaną Christinie Pluhar przez Bogumiłę Adamską, twórczynię artystycznej biżuterii - Ciacconę del Paradiso e dell' Inferno, w której komediowe i wokalne talenty odkrył przed nami wspomniany już Doron Sherwin.

Łatwiej żegnać się z przyjaciółmi, łatwiej żegnać się z Actus Humanus Nativitas, kiedy można z radością czekać na następny festiwal. Dokładnie za 4 miesiące rusza Actus Humanus Resurectio 2019. Z programem, który zapiera dech w piersiach. Do Gdańska przyjadą między innymi William Christie i Les Arts Florissants, Sébastien Daucé i Ensemble Correspondances, Christophe Rousset i Les Talens Lyriques, La Compagnia Del Madrigale oraz Akademie Für Alte Musik Berlin. Będzie też Bach. Dużo Bacha!!!







B!LIVE, Gdańskie carillony i ludowa fiesta, czyli Actus Humanus dz. 4


Mówię czasem, że Gdańska doświadczam przede wszystkim słuchem. Dźwięki miasta są tutaj barwniejsze niż gdziekolwiek. Krzyczą mewy, stukają walizki, dzwonią tramwaje, dudnią syreny okrętowe, trąbią piszczkowie. I najważniejsze. Grają carillony. 

Koncerty carillonowe stały się tradycją festiwalu Actus Humanus. Dzięki nim muzyka dawna trafia nie tylko do melomanów zgromadzonych na sali koncertowej, a wypełnia sobą całą przestrzeń miasta. Wczoraj własne transkrypcje utworów Sylviusa Leopolda Weissa (1687-1750), największego wirtuoza lutni swoich czasów, a jednocześnie najlepiej ówcześnie opłacanego muzyka Europy, tego, który wyzwał na muzyczny pojedynek samego Jana Sebastiana Bacha, zagrała na carillonie zamontowanym na wieży kościoła św. Katarzyny Anna Kasprzycka. To piękna i nastrojowa muzyka, która w precyzyjnych, przejrzystych i pełnych emocji interpretacjach gdańskiej carillonistki osiągnęła nowe wymiary. Stała się głęboka i przestronna.

Jak zawsze organizatorzy festiwalu zorganizowali w przykościelnym ogródku „strefę melomana”. Były krzesełka, gazowe grzejniki, gorąca herbata, na dużym ekranie można było obserwować, jak Anna Kasprzycka napędza mechanizmy carillonu. Można też było spacerować wokół kościoła i szukać miejsca, z którego dzwony słychać najlepiej. Swoje znalazłem pomiędzy kościołami św. Katarzyny i św. Brygidy, gdzie dźwięk dzwonów z jednego kościoła odbijał się w fasadzie drugiego.

Wieczorem w Dworze Artusa wystąpił Andrew Lawrence-King ze swoim The Harp Consort. Usłyszeliśmy pierwsze hiszpańskie oratorium – Oratorio sacro al Nacimiento de Cristo Señor Nuestro Pedro Martineza de Orgambide. Był Anioł głoszący Dobrą Nowinę z wysokości balkonu Dworu Artusa, piękny obrazek Marii i Józefa pochylających się z troską nad Dzieciątkiem i z trwogą opowiadających swoje wizje losów Jezusa, Pasterze wyrażający powszechne, ludzkie uczucia – zdziwienie, radość, obawę. Był też Lucyfer, który za wszelką cenę nie chciał dopuścić do triumfu dobra.

Zespół kierowany przez Andrew Lawrence’a-Kinga wykonał oratorium w sposób ciekawy i bezpretensjonalny. Szczególnie dobrze oceniam Marca Scavazzę w roli Lucyfera i Victoria Sordę jako Świętego Józefa. Znakomite były też części chóralne – pełne majestatu, a jednak nie pozbawione właściwej Narodzeniu radości.

Oratorium było przeplatane kompozycjami instrumentalnymi i wokalno-instrumentalnymi. Usłyszeliśmy zarówno utwory nastrojowe i intymne (medytacja-wyznanie No haya mas dulce alegria), jak i żywe i radosne (Folias i Gallardas). A na koniec koncertu wykonawcy zgotowali nam prawdziwą fiestę. Wszystko za sprawą villancicos – ludowych utworów muzyczno-poetyckich z Półwyspu Iberyjskiego i Ameryki Łacińskiej, które były związane ze świętami w chrześcijańskim roku liturgicznym, w tym przede wszystkim ze Świętami Bożego Narodzenia. Tarantelas i Paradetas (Lucas Ruiz de Ribayaz) oraz Toquen los rabeles i Negrinho (Gaspar Fernandes) wprowadziły nas w swobodną, pełną żywiołowych emocji atmosferę tradycyjnych hiszpańskich i latynoamerykańskich ludowych fiest. Zabawa była przednia.

Pojawiła się też refleksja. Świętowanie radości w różnych częściach świata jest do siebie bardzo podobne. Bohaterowie bożonarodzeniowego oratorium de Orgambide nie różnią się zbytnio od postaci z polskich Jasełek. A skrzypeczki, Pablito, koziołki i Murzynek z villancicos Fernandesa i delikatny powiew wiatru z Zefiro torno Monteverdiego nie potrzebują innej formy niż rozkołysana chaconna. Nie potrzebują nawet innych nut.











B!LIVE, Intelekt i namiętność, czyli Actus Humanus Nativitas 2018 dz. 3


Piątkowy program Actus Humanus Nativitas 2018 rozpoczął w Ratuszu Głównego Miasta recital znakomitego polskiego organisty Marcina Szelesta. Na koncert złożyły się kompozycje zanotowane w szesnasto- i siedemnastowiecznych tabulaturach organowych pochodzących z terenów dawnej Rzeczypospolitej. 

Marcin Szelest to arbiter elegantiarum, wykonania dawnych kompozycji były więc wysmakowane, kunsztowne i precyzyjne. Szczególnie pięknie zabrzmiały Nos autem gloriari oportet z Tabulatury łowickiej z miękką, delikatną ornamentacją, pełna uroku i wdzięku Canzon à 4 z Tabulatury pelplińskiej, chromatyczny, niemal współczesny Tantz z Tabulatury braniewsko-oliwskiej i pochodzące z tej samej tabulatury radosne galliardy.

Recital był nasycony intelektem i muzyczna erudycją. Był też – przede wszystkim ze względu na wybór utworów - stateczny i powściągliwy. Prawdziwa namiętność pojawiła się na następnym koncercie…

W Kościele św. Jakuba wystąpił zespół Sequentia (Benjamin Bayl, Hanna Marti - głos, harfa i Norbert Rodenkirchen - flety) specjalizujący się w wykonywaniu muzyki średniowiecznej. Program koncertu był podzielony na pięć części. Pierwsza była dość szokująca. Pojawiły się zaklęcia przeciw robakom wplecione w modlitwę Ojcze nasz; zaklinanie brodawek, cyst i guzków; opisy średniowiecznych metod radzenia sobie ze zwichniętymi kończynami i historia dziewięciu ziół zesłanych przez Wodana przeciw dziewięciu złym duchom i dziewięciu kolorowym truciznom. Była też i nauka. Żeby zioła rosły, trzeba na nie dmuchać.

Następne części koncertu dotyczyły motywu Fortuny, dziejów antycznych władczyń – samobójczyń, później losów Orfeusza i Herkulesa. Nie można o tym wszystkim opowiadać, śpiewać, grać bez namiętności i pasji. Mimo tego, że skład był tylko trzyosobowy, że artyści posługiwali się cichymi, małymi instrumentami, że charakter śpiewu, a czasami tylko recytacji albo melorecytacji był raczej intymny, średniowieczna muzyka była podana z dramatyzmem, żarem i ekspresją, dzięki którym chłód panujący w Kościele św. Jakuba nie był wczoraj aż tak dotkliwy.

Dziś na Actus Humanus Nativitas 2018 gdańska specjalność – koncert carillonowy w wykonaniu Anny Kasprzyckiej oraz Andrew Lawrence King i The Harp Consort w bożonarodzeniowej opowieści z Hiszpanii i Meksyku.







B!LIVE, Poetyka dalekich i bliskich skojarzeń, czyli Actus Humanus Nativitas, dz. 2


„Piękne”, „cudowne”, „imponujące”, „super”, „nadzwyczajne”. Natłok wypowiadanych głośno przymiotników w kolejce do szatni nie jest pokoncertową codziennością. Ale się zdarza. Zdarzył się też wczoraj w czasie drugiego dnia Actus Humanus Nativitas 2018.  I to wcale nie po koncercie z przebojowymi ariami albo po wielkim oratorium wykonanym przez znany na całym świecie zespół. To specjalność gdańskiego festiwalu. Perełki pojawiają się czasem zupełnie niespodziewanie.

Sprawcami tego zamieszania byli wczoraj Georg Philipp Telemann i Krzysztof Firlus. Fantazje na wiolę da gamba solo Georga Philippa Telemanna zostały odnalezione przez niemieckiego gambistę Thomasa Fritzscha dopiero w 2015 roku po uporządkowaniu przez archiwistów zbiorów muzycznych zamku w Ledenburgu. Wczorajszy koncert był prawdopodobnie pierwszym, na którym polscy melomani mogli usłyszeć cały zbiór w całości. 

Krzysztof Firlus mocno podkreślił zróżnicowanie Fantazji Telemanna, podszedł do wykonania każdej fantazji w inny sposób. Stąd być może zainteresowanie, z którym słuchałem koncertu od początku do końca; stąd być może skojarzenia, czasem bardzo odlegle, które przychodziły mi do głowy. W Allegro z IV Fantazji F-dur usłyszałem poloneza, w Scherzando z VI Fatazji G-dur – pastorałkę, a w IX Fantazji G-dur muzyczną bajkę dla dzieci. Cały cykl był zresztą w wykonaniu Krzysztofa Firlusa jak opowieść. Jak zimowa opowieść snuta przy kominku. Chwilami żywa i pełna pasji; chwilami spokojna dla złapania oddechu albo dla wyciszenia emocji; raz błyskotliwa, raz dostojna; pełna dramatycznych zwrotów akcji, jak Vivace z II Suity D-dur, ale też fragmentów lirycznych, np. w pełnym, dźwięcznym, tęsknym Grave z VIII Fantazji A-dur.
Ciąg dalszy zimowej opowieści usłyszeliśmy wieczorem w Dworze Artusa w wykonaniu Cantus Cölln i Konrada Junghänela. Program koncertu zatutułowany Sprüche von Leben und Tod (Przypowieści o życiu i śmierci) obejmował powstałe w większości w XVII wieku kompozycje takich twórców jak Heinrich Schütz, Johann Hermann Schein, Johann Rosenmüller, Leonhard Lechner, Heinrich Albert i Adam Drese.

Cantus Cölln to zespół bardzo doświadczony, w Gdańsku usłyszeliśmy pięciu wybitnych śpiewaków prowadzonych od lutni przez Konrada Junghänela. Nas początku koncertu próbowałem jeszcze zwracać uwagę na szczegóły, obserwować, notować coś w głowie, z biegiem czasu stawało się to coraz mniej możliwe. Odpływałem stopniowo, zatracałem się w niemal mistycznej atmosferze wykreowanej w Dworze Artusa. Stawałem się częścią tego misterium, tych rozmów o sensie istnienia prowadzonych przez artystów.

Mam przekonanie, że w tę zimową podróż wgłąb siebie przeżywało wczoraj wielu z nas, po niektórych utworach cisza była gęsta i pełna do granic możliwości. A na koniec publiczność zgotowała artystom wielką owację. Piękny był wykonany na bis motet Fürchte dich nicht Johanna Christopha Bacha, jednak w głowie została mi na długo inna pieśń, która zabrzmiała tego wieczoru.

Stuck song syndrome, zespół piosenki która utknęła… A utknęła aria na cztery głosy i basso continuo Adama Drese Nun ist alles überwunden (Wszystko jest już pokonane). To piękna, wpadająca w ucho kompozycja, która bardzo przypomina mi inną „arię” z tamtych czasów – „Jesu, meines Lebens Lebe” Dietricha Buxtehudego. Obie zdają się być płynącymi w przestrzeni chaconnami, aria Adama Drese jest w dodatku kołysnaką. Kołysanką ostateczną.

Nun ist alles überwunden,
meine Liebsten, weinet nicht!
Aller Jammer ist verschwunden,
ob des Lebens Feldhaus bricht.
Ist mein Geist doch aufgenommen
in das Himmelshaus der Frommen,
wo nur Leben, Lust und Pracht.
Welt, Ade zur gute Nacht.

Wszystko jest już pokonane,
Nie płacz teraz miła ma!
Ustał lamenmt, znikły żale,
Płomień życia mego zgasł.
Duch mój jednak już przyjęty,
jest w niebiańskim domu Świętych,
gdzie trwa życia wieczny blask,
Żegnaj świecie, śpi po brzask!



Dziś na Actus Humanus:
17:30, Ratusz Głównego Miasta – Marcin Szelest i muzyka z polskich tabulatur organowych
20:00, Kościół św. Jakuba - Benjamin Bagby / Sequentia: Monks singing pagans. Medieval songs of heroes, gods and strong women.



B!LIVE, Actus Humanus Nativitas, dzień 1

Wczoraj rozpoczęła się bożonarodzeniowa edycja festiwalu Actus Humanus. Korci mnie, żeby napisać coś o wyższości świętowania Bożego Narodzenia nad świętowaniem Wielkanocy (albo o relacji odwrotnej). Pewnie to kiedyś zrobię. Na razie jednak o świętowaniu muzyki.

Tuż przed pierwszym koncertem znajomi melomani zapytali mnie, które wydarzenia są według mnie godne uwagi, które polecam, na które warto pójść. Bez wahania odpowiedziałem, że jednym z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie koncertów w tej edycji Actus Humanus jest wydarzenie otwierające festiwal, pierwsze sześć sonat ze zbioru Sonate à violino e violone o cimbalo op. 5 Arcangelo Corellego w wykonaniu Grzegorza Lalka i Lilianny Stawarz. Jest tak przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze sonaty Corellego i ich transkrypcje dokonane przez Francesco Geminianiego to jedne z moich ulubionych kompozycji. Statystycznie rzecz ujmując pierwsza sonata z op. 5 jest obok Oratorium na Boże Narodzenie Johanna Sebastiana Bacha utworem, który najczęściej pojawia się w moim Różowym Głośniku. Drugi powód mojego oczekiwania na koncert Grzegorza Lalka i Lilianny Stawarz wynikał z pięknych wspomnień, które zostawił po sobie ubiogłoroczny koncert tego duetu, koncert na którym usłyszeliśmy drugą część sonat Corellego.

Popołudniowy koncert w Ratuszu Staromiejskim był pięknym otwarciem Actus Humanus. Doświadczyliśmy muzyki, która wypływała z głębokich interakcji między artystami, z ich ogromnych doświadczeń wykonawczych wreszcie z osadzenia kompozycji Corellego w kontekście miejsca i czasu, w których się wczoraj znajdowaliśmy. Szczególnie podobała mi się III sonata C-dur z początkowym Adagio pełnym gęstych i eleganckich zdobień i zagranym ze swobodą i żarem końcowym Allegro; wirtuozowskie Allegro i Vivace z II Sonaty B-dur; rozmarzone Adagio z V Sonaty g-moll i kończąca tę sonatę Giga.

Grzegorz Lalek zdradził się przed nami także z innego ze swoich talentów – opowiadania ze swadą i zacięciem o muzyce. Było interesująco i zabawnie.

Actus Humanus to nie tylko przebojowe arcydzieła muzyki dawnej. Organizatorzy starają się przybliżać polskiej publiczności także kompozycje mniej znane. Tak właśnie było wczorajszego wieczoru. Usłyszeliśmy rzadziej wykonywane muzyczne opracowania antyfon maryjnych Salve Regina i Regina Coeli skomponowane przez kompozytorów związanych z Wenecją i działającymi tam „ospedali”, które wbrew nazwie nie były tylko szpitalami, czy schroniskami dla sierot, chorych i ubogich a instutcjami, w których dawano podpopiecznym także wykształcenie, przede wszystkim muzyczne.

Utwory Baldassare Galuppiego, Nicoli Antonia Porpory, Johanna Adolpha Hassego oraz Antonia Vivaldiego wykonały solistki: Monica Piccinini i Martina Belli oraz zespół Europa Galante, którymi pokierował Fabio Biondi. Maestro Biondi zagrał też dla gdańskiej publiczności partię solową w Koncercie skrzypcowym g-moll, RV 319 Vivaldiego.

Z solistek dużo cieplej przyjąłem Monicę Piccinini. Niecałe dwa tygodnie temu słuchałem w jej wykonaniu madrygałów Monteverdiego, to ona właśnie była jedną z głównych bohaterek istnego trzesięnia ziemi który wywołał wtedy na berlińskich Barocktage 2018 koncert Jordiego Savalla. Także i w Gdańsku Monica Piccinini pokazała wielką klasę: pełny, otwarty, kryształowy głos w przemyślanych interpretacjach.

Nie jestem wielkim fanem głosu drugiej z wczorajszych solistek, Martiny Belli. Jest mocny i czysty, choć dla mnie zbyt usztywniony, ciężki i mało zróżnicowany. Ale i w jej głosie odnalazłem wczoraj piękno i urok. Co charakterystyczne, w tych rzadkich momentach, gdy wokalistka odrywała wzrok od nut i nawiązywała kontakt z publicznością.

Na bis usłyszeliśmy Inflammatus ze Stabat Mater Pergolesiego i Summa Arvo Pärta. Zestawienie wcale nie tak odległe.

Środa upłynęła mi w Gdańsku także na spotkaniach i rozmowach. Ze znajomymi, z muzycznymi przyjaciółmi, z czytelnikami. To ważny, może nawet jeden z najważniejszych elementów festiwalu.

A co Actus Humanus zaplanował nam na czwartek?

17:30, Ratusz Głównego Miasta
Krzysztof Firlus i 12 Fantazji na violę da gamba, TWV 40:26–37 Georga Philippa Telemanna

20:00, Dwór Artusa
Heinrich Schütz, Johann Hermann Schein, Johann Rosenmüller, Leonhard Lechner, Heinrich Albert, Adam Drese

Cantus Cölln
Konrad Junghänel – kierownictwo artystyczne, lutnia