Wszystkie posty

jeszcze więcej do czytania...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Georg Friedrich Händel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Georg Friedrich Händel. Pokaż wszystkie posty

B!LIVE, Bogowie zdemaskowani, czyli Il Pastor Fido w Gliwicach.


Dziś zaczynam od przeprosin. Relacja z gliwickiej premiery opery Il Pastor Fido Georga Friedrich Händla  miała się ukazać już ponad tydzień temu, ale łatam dziury czasoprzestrzenne i wszystko - niestety przede wszystkim pisanie - musi czekać na swoją porę. Czyli na ostatnią możliwą chwilę. Ale relacja ukazać się musi. Powodów jest przynajmniej kilka. Zacznę od miasta. 

Spędziłem w Gliwicach zaledwie kilka godzin, ale był to czas naprawdę piękny. Miasto ma sporo do zaoferowania. Są tu zabytki (Zamek Piastowski, gotycki Kościół Wszystkich Świętych, neogotycka katedra, wieża radiostacji - najwyższa drewniana wieża nadawcza na świecie), jest Palmiarnia Miejska z czterema ogromnymi akwariami; w krajobraz miasta wpisuje się też natura – rozległe parki, Kłodnica - dzika rzeka przepływająca przez samo centrum miasta. Co krok trafiają się też niespodzianki - gliwickie posągi: Neptun, lwy, fauny. Czuć, że Gliwice to miasto przyjazne i otwarte. Zajrzyjcie tam koniecznie.

Festiwal. W tym roku odbywa się w Gliwicach już 12. Edycja Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Dawnej Improwizowanej All'improvviso. Na festiwal przyjeżdżają rokrocznie najbardziej uznani wykonawcy muzyki dawnej, a przygotowywane na festiwal koncerty i przedstawienia są później z powodzeniem prezentowane na innych europejskich scenach i estradach. Już niedługo, 14 czerwca, w Sali Koncertowej im. P.I. Czajkowskiego w Moskwie zostanie wykonana ubiegłoroczna premiera – opera Leonarda Vinciego Gismondo re di Polonia z Maxem Emanuelem Cencicem w roli tytułowej, a premiera tegoroczna - Il Pastor Fido - przedsięwzięcie realizowane w koprodukcji z Teatrem Miejskim w Gliwicach i Międzynarodowym Festiwalem Händel-Festspiele Halle zostanie wystawiona za dwa tygodnie w Goethe-Theater w Bad Lauchstädt.

Il Pastor Fido. Georg Friedrich Händel napisał swoją operę w 1712 roku. Nie odniosła sukcesu. Wystawiono ją zaledwie siedem razy. W 1734 roku kompozytor wrócił do niej dwukrotnie wprowadzając istotne korekty. W maju tego roku wystawiono go trzynaście razy, a w listopadzie – po kolejnych zmianach – jeszcze pięć razy. Libretto opery zostało napisane przez Giacomo Rossiego na podstawie sztuki Battisty Guariniego z 1585 roku. Co ciekawe, Rossi tak mocno skrócił tekst pierwowzoru, że widzom zgromadzonym w londyńskim Queen’s Theater trzeba było objaśnić brakujące elementy w wydrukowanym programie...

Z taką właśnie materią musieli się zmierzyć twórcy gliwickiego przedstawienia. Muzyka jest bezsprzecznie piękna, treść – sztampowa. Bogini Diana jest rozczarowana Arkadią, zarządzone przez nią małżeństwo unieszczęśliwia bohaterów. Amarili nie kocha Silvia tylko Mirtillo; Silvia z kolei kocha Dorinde; jest jeszcze Eurilla, która kocha Mirtillo. Żeby wszystko zrozumieć, trzeba to sobie rozrysować albo sporządzić stosowny diagram. Albo wpaść na pomysł, jak opowiedzieć tę historię inaczej. Tak właśnie zrobił Daniel Pfluger – reżyser gliwickiej inscenizacji.

Zobaczyliśmy dwa światy. Był świat bogów – idealnych i odrealnionych. Oni wiedzą, że cokolwiek zrobią i tak skończy się dobrze - pojawi się deus ex machina i ułoży świat tak, żeby wszyscy byli szczęśliwi. W tym idyllicznym świecie występują ubrani w stylowe stroje soliści – śpiewacy.

Prawdziwy świat jest jednak inny - istnieje w nim ból i cierpienie, uczucia są wyraźniejsze a los – niepewny. O tym świecie twórcy opowiadają tylko tańcem, scenografią, efektami wizualnymi i rekwizytami. W pierwszej scenie widzimy zakrwawione łóżko, pojawia się też policjant, który chce rozwiązać kryminalną zagadkę. Później cofają się wskazówki zegara, a na scenie pojawia się tancerz (Davidson Jaconello) - mężczyzna zdradzony i opuszczony. Znamy ten świat. SMSy bez odpowiedzi, bezradność, w kółko wyświetlane na ekranie telefonu zdjęcia i filmy, wspomnienia szczęśliwych chwil, wspólne selfie. Dzięki wizualizacjom widzimy też to wszystko na scenie.

Byłem ciekawy, jak domknie się opowieść o tym bliższym nam świecie, jak wyjaśni się tajemnica zakrwawionego łóżka. Kiedy w Arkadii pojawia się wysłannik bogini Diany, żeby ogłosić szczęśliwe zakończenie, na drugim planie bohater popełnia samobójstwo. W naszym zwyczajnym świecie cuda zdarzają się rzadko. W naszym ziemskim świecie musimy sobie radzić sami. W naszym ziemskim świecie bogowie mogliby sobie nie poradzić. A twórcy gliwickiego Il Pastor Fido tych oderwanych od rzeczywistości bogów zdemaskowali.

„Bogowie zebrali się w baraku na przedmieściu. Zeus mówił jak zwykle długo i nudnie. Wniosek końcowy: organizację trzeba rozwiązać, dość bezsensownej konspiracji, należy wejść w to racjonalne społeczeństwo i jakoś przeżyć. Atena chlipała w kącie (...)” (Zbigniew Herbert, „Próba rozwiązania mitologii”).

Ale Il Pastor Fido to nie tylko mądra, spójna i bardzo plastyczna opowieść. To także znakomite wykonanie - zarówno w warstwie instrumentalnej jak i wokalnej. {oh!} Orkiestra Historyczna! to marka, gwarancja najwyższej jakości. Nie ma tu mowy o przypadkowości, nic nie zależy od kaprysów chwili. {oh!} to pięknie współbrzmiący muzyczny organizm. Co ważne, w takim dobrze funkcjonującym zespole jest też miejsce na zaprezentowanie umiejętności poszczególnych muzyków. Tak było w Gliwicach. Kreacja Martyny Pastuszki w Sinfonii przed II aktem była brawurowa, było tak zresztą w przypadku wszystkich jej solowych partii. Miło jest patrzeć, jak członkowie orkiestry zamykają oczy, żeby słuchać i przeżywać muzykę… 

Na duże słowa uznania zasługuje też grupa basso continuo prowadzona przez Marcina Świątkiewicza, grupa naprawdę wyśmienita, bo poza jej liderem uwagę zwracali wszyscy pozostali instrumentaliści. Z kulminacją w tęsknym i rzewnym akompaniamencie do arii Dorindy „Mi lasci, mi fugi” (Pavel Serbin – wiolonczela, Jan Čižmář – lutnia, Masako Art. – harfa).

Na scenie Teatru Miesjkiego w Gliwicach usłyszeliśmy znakomitych solistów. Największe wrażenie wywarł na mnie bardzo dobrze zgrany i charakterny duet Silvia (Nicholas Tamagna) i Dorindy (Anna Starushkevych) Po arii Silvia „Sol nel mezzo risuona del core” i następującej po niej arii Dorindy „Se in ombre nascoto ritira” zrywały się długie brawa. Bardzo dobrze spisali się jednak i inni soliści - Rinnat Moriah w roli intrygantki Eurilli (przebojowa aria „Di goder il bel ch’adoro”), Sophie Junker (energetyczne „Finte labbra!”, czy precyzyjna aria „Nò! Non basta a un infedele”) i Zachary Wilson jako Tireno. Mieszane uczucia wzbudził jedynie Philipp Mathmann (Mirtillo). Choć dobrze - zarówno głosowo, jak i wizualnie - dobrany do roli, był jednak wyraźnie stremowany, co skutkowało śpiewaniem wysiłkowym i chwilami niepewnym intonacyjnie.

Najistotniejsze jednak jest to, że przez cały spektakl czuć było zrozumienie między muzykami, a pasja z jaką artyści grali i śpiewali  porwała słuchaczy. Trudno się więc dziwić wielkiej owacji na koniec spektaklu i temu, że długie oklaski wielokrotnie przerywały przedstawienie. Nie tylko zresztą po brawurowych ariach, ale też po soli instrumantalistów i – co zdarza się rzadko – jako wyraz uznania dla pomysłów reżyserskich (scena z przeniesieniem włóczni przez członków orkiestry, albo intymny taniec Davidsona Jaconello z Sophie Junker, która na chwilę weszła do ludzkiego świata (i w efemeryczną czerwoną sukienkę trzymaną przez tancerza).

Il Pastor Fido rozpoczął XII Międzynarodowy Festiwal Muzyki Dawnej All'Improvviso. Nie mogę się doczekać szczegółów kolejnych koncertów. I kolejnej wizyty w Gliwicach.


***

XII Międzynarodowy Festiwal Muzyki Dawnej Improwizowanej „All’Improvviso”

G. F. Handel – opera „Il pastor fido”
1 maja 2019, godz. 18.00 Teatr Miejski w Gliwicach

Soliści:
Philipp Mathmann (Mirtillo)
Sophie Junker (Amarilli)
Rinnat Moriah (Eurilla)
Nicholas Tamagna (Silvio)
Anna Starushkevych (Dorinda)
Zachary Wilson (Tireno)
Davidson Jaconello (Dancer)
{oh!} Orkiestra Historyczna!
Kierownictwo muzyczne: Martyna Pastuszka, Marcin Świątkiewicz

Reżyseria: Daniel Pfluger
Światła: Styliana Kaltsou
Scenografia: Giorgios Kolios
Kostiumy: Giannis Katranitsas
Video: Sarah Scherer









B!LIVE, IV Festiwal Oper Barokowych Dramma per Musica - Weekend z Händlem i Telemannem

fotografia Kingi Karpati z facebookowej strony Festiwalu Oper Barokowych Dramma per Musica

W 1734 roku londyńscy rywale Händla ze swoim możnym mecenasem, księciem Walii Fryderykiem Ludwikiem Hanowerskim przejęli King’s Theatre. W odpowiedzi na ten ruch, Händel zaakceptował propozycję Johna Richa i przeniósł się do nowego teatru w Covent Garden. Za duże pieniądze.

Sezon 1735/36 okazał się dla Händla nadzwyczajny: dwa wznowienia oper,  opera-pasticcio złożona z przebojowych arii z poprzednich kompozycji, trzy oratoria i dwie nowe opery: Ariodante i Alcina. Ta ostatnia okazała się szczególnym sukcesem. W pierwszym sezonie wystawiono ją aż 18 razy.

Libretto Alciny to częściowo przetworzone libretto innej opery - L'isola di Alcina Riccardo Broschiego z 1728 roku, które z kolei opiera się na poemacie Ariosta Orlando furioso, Orland szalony. Czarownica Alcina prowadzi na cudownej wyspie jeszcze cudowniejsze życie: wabi mężczyzn do swojego królestwa, uwodzi ich, a kiedy już się nimi zmęczy, zamienia w dzikie zwierzęta, rośliny albo skały. W jej sidła wpada też dzielny wojownik Ruggiero. Kiedy wygląda na to, że nie ma już dla niego ratunku, na wyspę przybywa narzeczona Ruggiera Bradamante w przebraniu swojego brata Ricciarda. Świat, który Alcina poukładała sobie za pomocą magii, zaczyna się rozpadać.

Tę właśnie operę wybrali na tegoroczną premierę organizatorzy IV Festiwalu Oper Barokowych Dramma per Musica. I jak zwykle nie zawiedli pokładanych przez melomanów z całej Polski oczekiwań. Wyreżyserowana przez Jacka Tyskiego Alcina, którą miałem przyjemność oglądać w Małej Warszawie w sobotę, 15 września 2018 roku to przedstawienie dynamiczne, wciągające i – także dzięki pięknym kostiumom Marty Fiedler - bardzo plastyczne. No i znakomicie zaśpiewane, zagrane i zatańczone.

Rolę tytułową powierzono Oldze Pasiecznik. Choć podobno to ona sama sobie tę rolę wymyśliła. To zresztą nieważne. Olga Pasiecznik wykonała ją brawurowo. I muzycznie, i aktorsko. Raz demoniczna, raz kokieteryjna; raz ciepła, raz oschła; raz pełna nadziei, raz zawiedziona. Z kulminacją tych wszystkich wcale nie boskich, lecz jak najbardziej ludzkich uczuć, w przeszywającej i pełnej bólu arii „Ah! mio cor! schernito sei!”.

Anna Radziejewska świetnie radzi sobie z rolami męskimi. Rola Ruggiero była poprowadzona w sposób bardzo przekonujący, była też dopracowana w każdym szczególe. Od początku do końca. Szczególnie urzekła mnie aria „Mio bel tesoro” z świetnie zagranymi, jakby dopowiadającymi treść, partiami fletów i „Verdi prati, selve amene”, subtelnie wprowadzona i domknięta na klawesynie przez Liliannę Stawarz.

Bardzo wyraziste postaci stworzyły Olga Siemieńczuk jako lekka, dowcipna, charakterystyczna Morgana (przepięknie i bezbłędnie zaśpiewana  wirtuozowska aria "Tornami a vagheggiar") i Joanna Lalek jako zadziorny i psotny Oberto (przyjęta bodaj z największym entuzjazmem publiczności aria „Barbara! Io ben lo so”)

Z solistek z mieszanymi uczuciami przyjąłem Joannę Krasuską-Motulewicz w roli Bradamante/ Ricciardo. Pamiętam jej ubiegłoroczną zalotną i charakterną Selindę w Farnace. Tym razem – mimo bardzo dobrze postawionego, czystego i mocnego głosu, jej rola wydała mi się jednowymiarowa, z zupełnie niewykorzystaną przemianą dość zasadniczego Ricciarda w narzeczoną Ruggiera – Bradamante.

Z solistów zdecydowanie bardziej trafiła do mnie zaśpiewana precyzyjnie, głęboko i stylowo rola Artura Jandy jako czarodzieja Melisso. Nie przekonał mnie za to Karol Kozłowski w roli Oronte, choć to on właśnie potrafił najlepiej ze wszystkich solistów nawiązywać kontakt z publicznością. Były miejsca piękne, były niestety i niedopracowane, śpiewane nieczysto i z dużym wysiłkiem.
 
Muzycy Royal Baroque Ensemble znają się dobrze, od lat razem występują i nagrywają płyty. W tym roku zespół kierowany przez Liliannę Stawarz zdobył Fryderyka za album "Antonio Caldara - Maddalena ai piedi di Cristo". Nic więc dziwnego, że w Alcinie usłyszeliśmy bardzo spójne brzmienie zespołu instrumentalnego, pełne barw we wszystkich możliwych odcieniach. A akompaniament (choć czy rzeczywiście tylko akompaniament…) do arii Ruggiero „Sta nell’ircana pietrosa tana” był po prostu błyskotliwy.

Największym rozczarowaniem był chyba w sobotę występ chóru Collegium Musicum UW. Wejścia zespołu wokalnego były sztuczne i jakby wyrwane z kontekstu, a śpiewanie przysadziste i niepewne, także intonacyjnie. Mankamentem były także napisy. Po pierwsze istotnie różne od dobrego polskiego tłumaczenia z książki programowej, po drugie z nieczytelnie rozdzielonymi rolami i niekonsekwentnie wyświetlanymi (bądź nie) didaskaliami.

Na koniec kilka słów o Małej Warszawie. Nie jest miejscem bez wad, nie została zbudowana jako teatr operowy, nawet nie jako sala koncertowa. Była tam fabryka oleju, marmolady, gumy, a w końcu konserw. Ale czy spektakle operowe trzeba koniecznie wystawiać w zbudowanych specjalnie po to budynkach? Na dodatek pełnych przepychu i bogatych w najróżniejsze udogodnienia? Wcale nie. Przestrzeń Małej Warszawy ma bardzo dobrą akustykę, bardzo umiejętnie wykorzystano też tę przestrzeń na potrzeby spektaklu - ożywiły ją puszczane z 11 (tyle naliczyliśmy) projektorów wizualizacje, których autorem jest Sylwester Łuczak. Tańczące na wietrze rośliny, barokowe florale, antyczne rzeźby, arkadyjskie budowle. Rajska wyspa Alciny.

Mała Warszawa ma ducha. Genius loci. Organizatorzy Festiwalu Oper Barokowych Dramma per Musica odczytali tego ducha we właściwy sposób, wykorzystali go do stworzenia ciekawej, inspirującej przestrzeni artystycznej. Nadali postindustrialnym wnętrzom ciepły i gościnny charakter. Także przyległe przestrzenie wewnątrz i na zewnątrz budynków pofabrycznych sprzyjały rozmowom i nawiązywaniu ciekawych znajomości. A do środka zapraszał na kolejne akty dźwięk rogu.

Piękne było też następne festiwalowe popołudnie. W Domu Polonii na Krakowskim Przedmieściu mały zespół instrumentalny (Grzegorz Lalek, Alicja Sierpińska – skrzypce barokowe, Marcin Stefaniuk – altówka barokowa, Jakub Kościukiewicz – wiolonczela barokowa, Grzegorz Zimak – kontrabas barokowy i Lilianna Stawarz – klawesyn) zagrali Koncert polski, TWV 43:G7, Suitę D-dur „Gulliver”, TWV 40:108 i Suitę G-dur „Don Quixot”, TWV 55:G10 Georga Philippa Telemanna przeplatane fragmentami powieści Jonathana Swifta „Podróże do wielu odległych narodów świata” i Miguela de Cervantesa „Don Kichot” recytowanymi przez Zbigniewa Zamachowskiego.

Trochę się tego koncertu
bałem. W innym czasie i w innym miejscu zestawienie muzyki Telemanna i prozy Cervantesa było podane w sposób nudny i nadzwyczaj nużący. W Warszawie było inaczej. Po pierwsze krótkie i wybrane z dużą uwagą fragmenty powieści były recytowane z dużą swadą i w bardzo dowcipny sposób, po drugie zespół instrumentalny wydobył z muzyki Telemanna co tylko się dało najlepszego. Była ciekawa artykulacja, duże zróżnicowanie tempa i dynamiki, no i to co najważniejsze: instrumentaliści sami świetnie się bawili. Radość smyczka i zabawa piórkiem udzieliły się wszystkim słuchaczom. 

Jeśli jescze nie skorzystaliście z zaproszenia IV Festiwalu Oper Barokowych Dramma per Musica, wciąż macie szansę. W środę (19.09.2018) na finał festiwalu zostanie wykonana w Studiu Koncertowym im. Witolda Lutosławskiego Alcina, HWV 34 Georga Friedricha Händla w wersji koncertowej. Warto tam być!

B!LIVE, Kraków: Samson Magiczny



Kilka tygodni po pierwszym wykonaniu Samsona, dubliński Faulkner Journal napisał w korespondencji z Londynu: 

Nasz  przyjaciel Pan Handel ma się dobrze a sprawy przybrały zupełnie inny obrót niż miało to miejsce jeszcze jakiś czas temu; dla publiczności znaczy to tyle, że nie będzie już dłużej wystawiona na włoskich śpiewaków i upartych grabarzy złych oper, ale odnajdzie prawdziwe zalety kompozycji Pana Handla oraz angielskich przedstawień. Tenże dżentelmen jest poważany teraz bardziej niż kiedykolwiek. Nowe oratorium zatytułowane Samson, które skomponował zaraz po opuszczeniu Irlandii, było wykonane na razie cztery razy dla niespotykanych dotąd tłumów publiczności a z powodu braku miejsca musiało wrócić z kwitkiem więcej ludzi, niż działo się to za włoskich oper. Pan Dubourg, który właśnie przyjechał z Dublina i który wystąpił ostatnio, spotkał się z niezwyczajną owacją rodziny królewskiej i całej publiczności. 

Prawie trzysta lat po tej relacji opery włoskie wróciły do łask publiczności, jednak to cały czas angielskie oratoria Handla odnoszą największe sukcesy. Nie inaczej było tydzień temu w Krakowie.

8 lipca 2018 roku w sali koncertowej Centrum Kongresowego ICE Kraków usłyszeliśmy oratorim Samson, HWV 57 w wykonaniu Heidi Stober (sopran), Jakuba Józefa Orlińskiego (kontratenor), Juana Sancho (tenor) i Lisandra Abadie (bas) oraz orkiestry i chóru Capelli Cracoviensis pod dyrekcją Jana Tomasza Adamusa. Było pięknie.

Zacznę od orkiestry, która była największą siłą niedzielnego koncertu. Capella Cracoviensis to w tej chwili nie tylko jeden z najlepszych w Polsce zespołów wykonujących muzykę dawną, orkiestra i chór mogą z powodzeniem konkurować z pierwszoligowymi zespołami z Europy. Inaczej. Capella Cracoviensis jest pierwszoligowym zespołem europejskim, czego dowodem może być między innymi Diapason d'or, którym została wyróżniona płyta Germanico in Germania.

Dreszcze pozytywnych emocji przeszły mnie w niedzielę już z pierwszymi dźwiękami uwertury i nie schodziły do ostatnich nut koncertu. Dźwięk zespołu jest wyrównany, dopracowany, muzycy doskonale współpracują ze sobą i reagują błyskawicznie na sygnały wysyłane przez dyrygenta. Byłem szczególnie zachwycony czystym, pełnym, niemal bezszmerowym brzmieniem orkiestry w pianach. Mistrzostwo świata.

Uwagę przykuwali też poszczególni instrumentaliści:   koncertmistrz Robert Bachara - nie tylko ze swoim sposobem przeżywania muzyki, ale przede wszystkim doskonałym dźwiękiem i czytelną współpracą z dyrygentem i pozostałymi muzykami; Tomasz Pokrzywiński - ze swoją muzykalnością oraz charakterystycznym, bardzo mi bliskim rozumieniem frazy oraz wiolonczelą, która chwilami (szczególnie na długich dźwiękach) do złudzenia przypominała gambę, czy Aleksander Mocek, który zagrał na klawesynie z młodzieńczą energią i dużym wyczuciem. W wysokiej formie byli też muzycy grający tego dnia na instrumentach dętych – czystych, dźwięcznych i stopliwych

Bardzo dobrze wypadł chór Capelli Cracoviensis, szeroko rozstawiony i z wymieszanymi sekcjami, co dawało poczucie dużej głębi brzmienia. No i soliści, którzy zaprezentowali się znakomicie: Jakub Józef Orliński (Micah): ciepły, aksamitny, szlachetny kontratenor, szczególnie ujął mnie w recytatywie Then long eternity shall greet your bliss i następującej po nim arii Joys that are pure  a później w arii Return, O God of hosts; Juan Sancho (Samson): zdecydowany, wiarygodny, dramatyczny oraz Lisandro Abadie (Manoah, Harapha): czysty, dojrzały, mocny bas, może nieco zbyt tego wieczoru usztywniony.

Przyznam, że na samym początku nie byłem przekonany do Heidi Stober, która w Krakowie wykonała role sopranowe, jednak już za chwilę, w kadencji swojej pierwszej arii (Ye men of Gaza) oczarowała mnie i poruszyła. I było tak do końca, a aria With plaintive notes and am'rous moan (także dzięki solo skrzypiec) i fragmenty śpiewane przez Stober bez akompaniamentu, np. wzruszające May ev'ry hero fall like thee, były niezwykłe. W My faith and truth, O Samson, prove do Heidi Stober dołączyła z chóru Joanna Radziszewska. Duet był piękny i przejmujący, a publiczność nagrodziła go zasłużonymi brawami. Drugi raz brawa przerwały koncert po arii zaśpiewanej przez chórzystę Jamesa Geera.

Na koniec o czarach. A właściwie o odczarowywaniu, bo Capella Cracoviensis i Jan Tomasz Adamus odczarowali dla mnie w niedzielę Centrum Kongresowe ICE Kraków. Jak się okazuje, atmosfera nie musi tam przypominać festiwalu disco polo; może być skromnie, spokojnie i dyskretnie. Można stworzyć tam muzyczne misterium bez przerostu formy nad treścią. Czego zresztą byłem świadkiem w tym samym Krakowie, ale w innym miejscu dzień przed Samsonem.  

Wielką radość sprawiły mi też w czasie niedzielnego wieczoru spotkania i rozmowy: z przyjaciółmi, znajomymi, z czytelnikami. Szczególnie te ostatnie dają mi dużo energii i poczucie, że Baroque Goes Nuts jest do czegoś potrzebny. Bardzo to miłe. I jeszcze bardziej zobowiązujące.

***

8.07.2018
Centrum Kongresowe ICE Kraków

George Frideric Handel: Samson, HWV 57

Heidi Stober sopran
Jakub Józef Orliński kontratenor
Juan Sancho tenor
Lisandro Abadie bas

Capella Cracoviensis chór i orkiestra na historycznych instrumentach

Michalina Bienkiewicz Katarzyna Guran Magdalena Łukawska Joanna Radziszewska Antonina Ruda sopran
Łukasz Dulewicz Agata Pawlina Helena Poczykowska Matylda Staśto-Kotuła Ilona Szczepańska alt
James Geer Andrii Khorsik Bartłomiej Lossy Piotr Windak Piotr Szewczyk tenor
Przemysław Bałka Stanisław Duda Piotr Kwinta Marek Opaska Sebastian Szumski bas

Dominika Staszkiewicz, Mariola Żebrowska flet
Benoit Laurent, Mario Topper obój
Carles Vallès, Inga Klaucke fagot
Alessandro Denabian, Elisa Bognetti róg
Paweł Gajewski, Marian Magiera trąbka
Tomasz Sobaniec kotły

Joanna Aksnowicz, Robert Bachara, Maciej Czepielowski, Jadwiga Czepielowska, Tomasz Góra, Seojin Kim, Agnieszka Krawczyk, Klaudia Matlak, Beata Nawrocka, Katarzyna Olszewska, Agnieszka Świątkowska, Zofia Wojniakiewicz skrzypce
Aneta Dumanowska, Jacek Dumanowski, Mariusz Grochowski, Teresa Wydrzyńska altówka
Tomasz Pokrzywiński, Konrad Górka wiolonczela
Michał Bylina, Michał Skiba kontrabas

Tiziana Azzone teorba
Aleksander Mocek klawesyn
Marek Pilch organy

Jan Tomasz Adamus dyrygent



fot. Tibor Florestan-Pluto





fot. Nadia Attavanti

B!Inspired, Samson, czyli rzecz o rozumnej rozrywce


Samson, czyli rzecz o racjonalnej rozrywce...

Georg Friedrich Händel (wtedy już George Frideric Handel) wystawił Samsona po raz pierwszy w Covent Garden 18 lutego 1743 roku. Oratorium powstało jednak już w roku 1741, zaraz po Mesjaszu, a pomysł muzycznego opracowania poematu Samson Agonistes (Samson Walczący) Johna Miltona pojawił się jeszcze wcześniej, prawdopodobnie w czasie pewnego wielce kulturalnego spotkania
towarzyskiego u Anthony'ego Ashleya Coopera, 4. hrabiego Shaftesbury.

Tenże hrabia, napisał 24 listopada 1739 roku do swojego kuzyna Jamesa Harrisa:

Żadnego wieczoru nie spędziłem w sposób tak satysfakcjonujący, jak ostatni. Jemmy Noel przeczytał cały poemat Samson Agonistes, a za każdym razem kiedy przerywał dla złapania oddechu, Mr Handel (który był utworem bardziej niż ukontentowany) grał; naprawdę uważam, że lepiej niż kiedykolwiek wcześniej; jego harmonia była idealnie dopasowana do wzniosłości poematu. To była z pewnością - żeby użyć frazy Cibbera na poprzednią okazję - rozumna rozrywka.

Rozumną rozrywką będzie też bez wątpienia spędzenie wieczoru z Samsonem w Krakowie. Już w najbliższą niedzielę...

***
ICE Kraków Congress Centre
8 lipca 2018, 18:00

George Frideric Handel (1685-1759)
Samson, HWV 57

Heidi Stober sopran
Jakub Józef Orliński - Countertenor
Juan Sancho - tenor
Lisandro Abadie - bas

capella cracoviensis chór i orkiestra na historycznych instrumentach

Jan Tomasz Adamus - dyrygent

 


***
Kathleen Battle & Wynton Marsalis - Baroque Duet
Let the Bright Seraphim

Lubię tę płytę...

B!LIVE, Pręgowo i Babidół: Młoda Muzyka Dawna



Pomysł wyjazdu do wsi pod wsią pod Gdańskiem był dość szalony. Popołudnie i wieczór spędzone w Kolbudach, Pręgowie i Babidole okazały się jednak ważne, potrzebne i piękne.

Kiedy dotarłem do Kolbud, w najlepsze trwało gminne powitania lata. Strzelnice z misiami, świecące korony i rogi, różnokolorowe peruki, grille, wata cukrowa, lody, baloniki… A do tego przystanek ZET Cafe 2018 i przygotowania sceny do wieczornego koncertu Bajmu. No i stoisko z wyborną kawą Woseba. Kolorowy jarmark był jednak (i na szczęście) tylko przystankiem w drodze do Pręgowa. 

Kiedy wreszcie dotarłem na miejsce, znalazłem się w zupełnie innym świecie, z dala od turystycznych szlaków i wszędobylskiego gwaru. Kościół pw. Bożego Ciała stoi od z górą siedmiuset lat na niewielkim wzgórzu, z którego rozpościerają się widoki na malowniczy kaszubski krajobraz. Na jednym ze stoków wzgórza stoją wśród wysokich traw skromnie stacje drogi krzyżowej zbudowane z polnych kamieni. Takich samych, z których zbudowany jest kościół. W samym kościele zachwycają pięknie odrestaurowany ołtarz manierystyczny i przedziwne malowidła na ścianach. Gotyckie freski wydobyto spod olejnej farby całkiem niedawno. Są jak Biblia w obrazkach. Mamy Jezusa, świętych, diabły, smoka i przedziwne buźki. Wyglądają jak czternastowieczne emotikony, ale są personifikacjami słońca i księżyca. W relacji na żywo napisałem o kościelnym wzgórzu w Pręgowie, że jest absolutnie piękne, intymne, ciche. W pozytywny sposób naiwne. 

Już niedługo kościół Bożego Ciała wzbogaci się o jeszcze jeden, ważny element. Organy. Już w tym roku firma Sztuba Budowa Organów planuje zakończenie pierwszego etapu budowy (Manuał I i Pedał). Może uroczysta inauguracja będzie okazją do kolejnych odwiedzin Pręgowa…

To właśnie pręgowski kościółek wybrali na miejsce koncertu organizatorzy festiwalu Młoda Muzyka Dawna. W wykonaniu koreańskiej sopranistki Eunsoon Jang i zespołu Modus Consort usłyszeliśmy Weichet nur, betrübte Schatten, BWV 202 Johanna Sebastiana Bacha i Il delirio amoroso, HWV 99 Georga Friedricha Händla. Dużą odwagą było wybranie właśnie tych kompozycji, szczególnie wirtuozowskiej kantaty Il Delirio Amoroso, napisanej przecież przez młodego Händla zaraz po przyjeździe do Rzymu dla oczarowania tamtejszej elity. Kiedy nie porywać się na odważne przedsięwzięcia, jeśli nie za młodu…

A koncert był przedni. Nie obyło się co prawda bez wpadek, ale muzyka była przepełniona młodzieńczą energią, pasją, wymianą ciepłych emocji, uśmiechem. Z bardzo dobrej strony pokazała się Eunsoon Jang. Zaśpiewała obie kantaty odważnie, pewnie i czysto. Bardzo podobały mi się nieprzekombinowane arie, ale koreańska śpiewaczka zostanie w mojej pamięci jako mistrzyni recytatywów. 

Duże słowa uznania należą się skrzypaczce Katarzynie Olszewskiej, szczególnie za piękne solo w Un pensiero voli in ciel z kantaty Händla i Katarzynie Czubek, która brawurową partią na flecie prostym zawładnęła w Lascia omai le brune vele całą przestrzenią kościoła. Nie mogłem od niej oderwać wzroku.

Bardzo spójnie zabrzmiał cały zespół instrumentalny. Było czuć, że artyści lubią ze sobą muzykować, ale też, że lubią słuchać siebie nawzajem; że mają dużą intuicję i wyczucie formy. Publiczność przyjęła koncert bardzo ciepło, więc był i bis, pięknie wyartykułowany gawot Sehet in Zufriedenheit z BWV 202. Zresztą artykulacja była chyba największą siłą sobotniego wykonania kantat Bacha i Händla.

Koncert nie był ostatnim wydarzeniem pierwszego dnia festiwalu Młoda Muzyka Dawna. Z Pręgowa pojechaliśmy do Babidołu, gdzie w chińskim domku odbyła się potańcówka z kapelą Maciej Filipczuk & goście weselni. Był chodzony, siemieniec, taniec z miotłą i ludowe odmiany znanego wszystkim węża. Dzięki Ewie Urban-Burdalskiej ludowe tańce okazały się całkiem proste. Dawno się tak nie wybawiłem, wytańczyłem, wymęczyłem, wypociłem. Sama radość.

Na potańcówce była też okazja do rozmów z artystami, którzy - czasami oceniając się zbyt krytycznie – opowiadali o swoim koncercie. Nie zawsze artyści mają odwagę (i w ogóle chęć) rozmawiać o tym wszystkim, co działo się na estradzie… 

Najważniejsze było jednak w sobotę nawiązywanie znajomości, uśmiechanie się, patrzenie, jak w prosty sposób można wyczarować sobie i innym lepszy świat. Radosny, nieśpieszny, bezinteresowny; bez zadęcia, bez niepotrzebnego komplikowania, bez wygórowanych wymagań i pogoni za nieistotnym. Bez udawania i zakładania ciągle coraz to nowej maski. Muzyka jest chyba do tego wszystkiego najlepszym z pretekstów.

***

Młoda Muzyka Dawna

sobota, 30 czerwca 2018

Pręgowo

Johann Sebastian Bach (1685-1750)
Weichet nur, betrübte Schatten, BWV 202

Georg Friedrich Händel (1685-1759)
Il delirio amoroso, HWV 99

Eunsoon Jang - sopran

Modus Consort:
Katarzyna Anna Olszewska, Katarzyna Szewczyk - skrzypce 
Anna Stankiewicz - altówka
Anna Jankowska - wiolonczela
Katarzyna Czubek - obój barokowy i flet prosty
Adam Jastrzębski - klawesyn

Babidół

Potańcówka z kapelą Maciej Filipczuk & goście weselni oraz Ewą Urban-Burdalską











ze strony: http://sztuba.com/organy/opus-1/


ze strony: https://www.facebook.com/M%C5%82oda-Muzyka-Dawna-560496077389220/


ze strony: https://www.facebook.com/M%C5%82oda-Muzyka-Dawna-560496077389220/



B!Inspired, G.F. Händel: Il delirio amoroso



Od kilku dni w różowym głośniku (i nowych słuchawkach )częstym gościem jest kantata Georg Friedricha Händla Il delirio amoroso. Postanowiłem się nią z Wami podzielić...

***

Lata 1706-1710 młody Georg Friedrich Händel spędził we Włoszech. Nauczył się tam mówić płynnie po włosku, pracował ze znakomitymi śpiewakami i instrumentalistami, jego kompozycje zyskały koloryt i polot, który porównuje się czasem do ostatnich utworów Alessandro Scarlattiego czy Francesco Gaspariniego.

Jednym z pierwszych utworów, które powstały we Włoszech – a na pewno pierwszą włoską kantatą świecką – jest Il delirio amoroso, do której tekst dostarczył Händlowi jeden z jego rzymskich mecenasów, kardynał Benedetto Pamphilj.

Kantata opowiada historię Chlorys opłakującej śmierć ukochanego Tyrsisa. Tak naprawdę Tyrsis nigdy nie odwzajemniał miłości Chlorys, więc ta wyobraża sobie w malignie, że Tyrsis trafił do piekła za swoje okrucieństwo. Postanawia wejść do Podziemi i przywrócić go do życia. Z początku jest wściekła, ale w końcu postanawia w akcie współczucia przenieść ukochanego z mrocznej części Hadesu najpierw nad rzekę Lete, czyli do źródła utraty pamięci, a potem na Pola Elizejskie.

Kantata jest sporych rozmiarów. Oprócz czterech arii i pięciu recytatywów składają się na nią także rozbudowane części instrumentalne: Introduzione, Entrée i Minuet. To, że mają charakter taneczny, może być wskazówką, że pierwsze wykonanie kantaty 11 lutego 1707 roku miało prostą formę sceniczną. Händel musiał być ze swojej kompozycji zadowolony, jedną z arii (Un pensiero voli in ciel) wykorzystał potem na zakończenie pierwszego aktu opery Rodrigo i jeszcze raz – poddaną większym zmianom – w pierwszej wersji opery Radamisto.

W sobotę 30 czerwca kantatę Händla będziemy mogli usłyszeć w Pręgowie koło Gdańska na Festiwalu Młoda Muzyka Dawna. Dziś zapraszam do posłuchania arii-lamentu Chlorys z piękną partią wiolonczeli solo. W czasie rzymskiej prapremiery wykonywał partię sopranu wykonywał kastrat Francesco Besci, członek papieskiego chóru Kaplicy Sykstyńskiej a na wiolonczeli grał Giuseppe Perroni, instrumentalista i kompozytor na dworze kardynała Pietro Ottoboniego. Ciekawostka: wokalista zarobił za próbę i występ trzy razy więcej skudów od wiolonczelisty...

Per te lasciai la luce, 
ed or che mi conduce amor per rivederti, tu vuoi partir da me. 
Deh, ferma i passi incerti, 
o pur se vuoi fuggir, dimmi perché? 
Per te lasciai la luce...

Dla Ciebie zostawiłam światło,
A teraz, kiedy miłość prowadzi mnie bym znów Cię zobaczyła, 
ty chcesz mnie opuścić.
Och! Powstrzymaj niepewne kroki,
A jeśli chcesz odejść, powiedz dlaczego?
Dla Ciebie zostawiłam światło…

***

Georg Friedrich Händel (1685-1759)
Il delirio amoroso, HWV 99

Magdalena Kožená - mezzosopran
Marc Minkowski, Les Musiciens du Louvre



B!LIVE, XXV Bydgoski Festiwal Operowy, cz. 1



Bydgoszczanie mają bardzo mało okazji do posłuchania dużych form barokowych, a jeśli chodzi o muzykę wykonywaną na instrumentach historycznych - prawie żadnych. Na całym świecie, także w Polsce, obowiązującą praktyką jest wykonawstwo świadome historycznie (z ang. historically informed performance), w Bydgoszczy takie koncerty organizują Katedra Klawesynu, Organów i Muzyki Dawnej bydgoskiej Akademii Muzycznej i muzycy stowarzyszenia Akademia Muzyki Dawnej, do głównych bydgoskich instytucji kulturalnych zespołów historycznych się jednak nie zaprasza. Wielkie podziękowania za oddanie miejsca muzyce dawnej należą się więc organizatorom zakończonego w niedzielę XXV Bydgoskiego Festiwalu Operowego.

W tym roku w gmachu Opery Nova mieliśmy okazję zobaczyć i posłuchać Naïs Jeana-Philippa Rameau w wykonaniu Il Giardino d’Amore, Herculesa Georga Friedricha Händla przywiezionego do Bydgoszczy przez Nationaltheater Mannheim oraz – w ramach towarzyszącego festiwalowi 11. Operowego Forum Młodych – Il Trespolo Tutore Alessandra Stradelli.

W pierwszej części relacji z festiwalu o tym, co wywołało we mnie najlepsze wrażenie. O Herculesie.

Angielskie libretto Herculesa, które opowiada o ostatnich dniach życia herosa, zostało napisane przez Thomasa Broughtona na podstawie dziewiątej księgi Metamorfoz Owidiusza oraz Trachinek Sofoklesa. Händel nazwał swoją kompozycję „dramatem muzycznym” (ang. musical drama), choć teoretycy muzyki próbują dostosować do niej także inne określenia: oratorium mitologiczne, oratorium świeckie czy opera chóralna. Rzeczywiście nawet za życia kompozytora Hercules był prezentowany publiczności zarówno w wersji koncertowej, jak i scenicznej. W Bydgoszczy mieliśmy okazję zobaczyć pełną wersję operową. 

Reżyser (Nigel Lowery) wyeksponował w swojej interpretacji mitu o Herkulesie ponadczasowe wartości, których dotyczy libretto: miłość, wierność, zazdrość, lojalność. W tym kontekście umieszczenie akcji nie w starożytności, tylko w średniowiecznym mieście i uniesienie duszy Herkulesa między gwiazdy przez rakietę kosmiczną nie raziło. Jedna z czytelniczek zapytała mnie, czy znalazłem sens w takim umiejscowieniu akcji. Szczerze mówiąc, nie zwracałem na to uwagi. Zostałem bez reszty wciągnięty w tę konwencję, od początku do końca czułem się częścią tego wszystkiego, co działo się na scenie - muzyki, słowa, obrazu, atmosfery.

Orkiestrą Nationaltheater Mannheim pokierował Bernhard Forck, koncertmistrz Akademie für Alte Musik Berlin, o którymi pisałem nie tak dawno po koncercie AKAMUS na tegorocznym festiwalu Actus Humanus Resurrectio (http://baroque-goes-nuts.blogspot.com/2018/03/blive-actus-humanus-resurrectio-2018.html). Doświadczenie genialnego skrzypka w pracy z zespołami historycznymi przełożyło się na doskonałe brzmienie orkiestry; to, że mieliśmy do czynienia z połączeniem instrumentarium współczesnego z kopiami instrumentów barokowych nie miało dla mnie tego wieczoru żadnego znaczenia. Było pięknie i szlachetnie. 

Bardzo pozytywne wrażenie wywarli soliści. Największe chyba Anna Hybiner, która jako herold Lichas subtelnie, a mimo to bardzo wyraziście wprowadzała akcję, komentowała, łączyła wątki i postaci. To także ona, przez wyczuwalny dystans do pozostałych bohaterów, do akcji scenicznej w ogóle, była dla mnie nośnikiem ponadczasowych wartości. Nie wiem, czy taki był zamysł reżysera, ale herold Anny Hybiner był dla mnie przybyszem z Niebios. Bardzo podobną rolę – jak w tragedii greckiej – pełnił też chór – punktualny, plastyczny, bardzo wyrównany i świetnie współpracujący z orkiestrą i solistami.

Na wielkie brawa zasłużyli też Mary-Ellen Nesi (Dejanira) - zjawiskowa i operująca w bardzo dużym interwale środków wykonawczych i jeszcze większym – emocji; Reuben Willcox – bardzo ludzki i dramatyczny Herkules; Cornelia Zink (Jole) – precyzyjny i wielobarwny sopran oraz David Lee (Hyllus) i Philipp Alexander Mehr (Kapłan).

Nationaltheater Mannheim przywiózł ze sobą do Bydgoszczy także imponującą scenografię razem ze wszystkimi datalami, między innymi wstawionym do gotyckiego okna ekranem, na którym mogliśmy oglądać gwiazdy, fruwające ptaki a nawet języki ognia ze stosu pogrzebowego Herculesa. Były też stylowe kostiumy. A zamiast rydwanu, start rakiety kosmicznej, która wyniosła Herculesa ku gwiazdom.

Tak Alcyd, gdy śmiertelną powłokę zostawił,
Lepszą częścią świetniejszym i większym się zjawił,
Wziął powagę dostojną i blask jaśniejący.
Wtem na lekkich obłokach władca wszechmogący,
Z nieba wóz czterokonny zesławszy na ziemię,
Wniósł go pomiędzy gwiazdy: Atlas uczuł brzemię.

(Owidiusz, Metamorfozy. XXXVIII Szata Dejaniry w przekładzie Brunona Kicińskiego)

W drugiej części relacji z XXV Bydgoskiego Festiwalu Operowego opowiem o powodach ogromnego rozczarowania po Naïs w wykonaniu Il Giardino d’Amore oraz o studenckim przedstawieniu Il Trespolo Tutore Stradelli.

***

5 maja 2018, godz. 19.00
Opera Nova w Bydgoszczy
XXV Bydgoski Festiwal Operowy

Georg Friedrich Händel
Hercules, HWV 60

Herkules: Reuben Willcox
Dejanira, jego żona: Mary-Ellen Nesi
Jole, córka króla Ochalii: Cornelia Zink 
Hyllus, syn Herkulesa: David Lee
Lichas, sługa Dejaniry: Anna Hybiner
Kapłan: Philipp Alexander Mehr
Orkiestra, Chór i Aktorzy Nationaltheater Mannheim
Kierownictwo muzyczne: Bernhard Forck
Reżyseria, scenografia, kostiumy: Nigel Lowery
Światła: Lothar Baumgarte
Przygotowanie chóru: Dani Juris


B!LIVE, Actus Humanus Resurrectio 2018, dzień 5



W niedzielę wybrzmiały ostatnie akordy Actus Humanus Resurrectio 2018.

Po południu w Sali Mieszczańskiej Ratusza Staromiejskiego usłyszeliśmy 6 duetów koncertujących na skrzypce i altówkę Antonio Bartolomeo Bruniego (1757-1821). Choć Bruni urodził się i umarł w Cuneo we Włoszech, większość życia spędził w Paryżu. Jak dowiedzieliśmy się z zapowiedzi przed koncertem, był konformistą, potrafił znaleźć dla siebie miejsce i zdobyć przychylność wszystkich frakcji w burzliwym we Francji czasie na przełomie XVIII i XIX wieku. Za przykład niech wystarczy, że w czasie Wielkiej Rewolucji Francuskiej był odpowiedzialny za inwentaryzację instrumentów muzycznych, które zachowały się w domach arystokratów skazanych w czasie Wielkiego Terroru, czasem tych samych, z których mecenatu korzystał przed rewolucją.

Utwory Bruniego wykonali Katarzyna Anna Olszewska na skrzypcach i Dymitr Olszewski na altówce. Rodzinny duet zaprezentował się z bardzo dobrej strony, czuć było w ich graniu duże wzajemne zrozumienie, pasję, czasami wręcz żar, jak w polonezie z czwartego duetu. Same kompozycje mnie jednak nie zachwyciły. Sporo w nich było powtarzalności, dłużyzn, niekończących się zakończeń. Za długi był też sam koncert. Duża część publiczności musiała przejść z ratusza do Centrum św. Jana, dwadzieścia minut pomiędzy koncertami to czas zdecydowanie zbyt krótki. Tym bardziej szkoda, że nie starczyło go nawet na porządną porcję zasłużonych oklasków. 

Na finałowym koncercie w Centrum św. Jana pojawił się dobrze znany gdańskiej publiczności Ottavio Dantone ze swoim zepołem Accademia Bizantina oraz solistami: Sophie Rennert, Monicą Piccinini, Delphine Galou i Martinem Vanbergiem. Usłyszeliśmy oratorium Il trionfo del Tempo e del Disinganno (Triumf Czasu i Rozczarowania), HWV 46 Georga Friedricha Händla; pierwsze oratorium, które w ogóle skomponował. Powstało niedługo po przyjeździe Händla do Rzymu i zostało wykonane po raz pierwszy 2 maja 1707 roku w pałacu przy Via del Corso należącym do jednego z jego rzymskich mecenasów, kardynała Benedetto Pamphiliego. Libretto, którego autorem jest sam kardynał Pamphili, to alegoryczny dyskurs czterech personifikacji: Piękna (Belezza), Przyjemności (Piacere), Rozczarowania (Disiganno) i Czasu (Tempo); uniwersalna przypowieść o ulotności doczesnego piękna, o nieuchronnym upływie czasu, o złudnej naturze rozkoszy. 

Ottavio Dantone i Accademia Bizantina dają gwarancję dobrego, pełnego emocji wykonania. Tak było w czasie poprzednich edycji Actus Humanus w oratoriach La Resurrezione i Mesjasz; tak było, kiedy na Zamku Piastów Śląskich w Oleśnicy kameralny zespół zagrał Die Kunst der Fuge Johanna Sebastiana Bacha, tak było i tym razem.  

Orkiestra dała z siebie wszystko i to zarówno w częściach instrumentalnych - w żywiołowej i pełnej pasji uwerturze, jak i w sonacie z pierwszej części, a właściwie: miniaturowym wirtuozowskim koncercie organowym. Mimo, że jest umieszczony w królestwie Przyjemności, jest raczej kontrapunktem, przypomnieniem, że to właśnie muzyka organowa miała dla kompozytora charakter ponadczasowy. Przez zupełny przypadek słuchałem następnego dnia na drugim końcu Polski takiego samego przypomnienia, podobnego koncertu organowego umieszczonego przez Händla ponad 30 lat później w Odzie na dzień św. Cecylii, HWV 76. Ale o tym już wkrótce w innej relacji.

Zespół instrumentalny idealnie współbrzmiał także z solistami, jak w arii Piękna Io vorrei due cori in seno, w której Monice Piccini towarzyszył cudowny duet lutni i klawesynu, w arii Crede l’uom ch’egli riposi w której melodia grana przez flety zdawała się delikatnie falować w przestrzeni Centrum św. Jana, czy w arii Piacere Tu giurasti di mai non lasciarmi, gdzie akompaniament smyczków, lutni, wiolonczeli i klawesynu był przejmujący i dramatyczny. Można by tak wyliczać bez końca. I tylko trochę żal mi  było oboistki, której instrument odmawiał czasami współpracy i która musiała go przez cały koncert czyścić, ogrzewać, przedmuchiwać… 

Śpiewacy także spisali się świetnie. Po pierwsze cała czwórka była bardzo dobrze do siebie dopasowana, dopracowane były nie tylko arie solowe, ale też duety (pięknie zgrany i precyzyjny duet Belezzy i Piacere Il voler nel fior degl’anni) i kwartety, np. niezwykłe Voglio Tempo per risolvere. 

Najbardziej znaną arią z oratorium Triumf Czasu i Rozczarowania jest Lascia la spina, której materiał muzyczny został potem wykorzystany przez Händla w arii Lascia ch’io pianga w operze Rinaldo. Sophie Rennert wykonała ją znakomicie. Z jednej strony była delikatna i skromna, z drugiej posągowa i zdystansowana. Róże i ciernie... A jeśli dodać do tego świetną współpracę Ottavia Dantone na klawesynie i Michele Pasottiego na lutni (tego samego, który poprowadził zespół La Fonte Musica w czasie niezapomniego koncertu Enigma Fortuna na ubiegłorocznym Festiwalu Bachowskim w Świdnicy), dostajemy prawdziwą perełkę.

O Martinie Vanbergu napisałem po ubiegłorocznym wykonaniu La Resurrezione, że ilość i różnorodność brzmień, które usłyszeliśmy szła w parze z wielką precyzją i bardzo wysoką jakością wykonania. Tym razem to właśnie Martin Vanberg był dla mnie gwiazdą niedzielnego koncertu. Wyrazisty, zjawiskowy, wiarygodny. W mistrzowsko wykonanej arii Urne voi, che racchiudete był zdecydowany i przejmujący, a kiedy zaśpiewał o sztormie w arii È ben folle quel nocchier, w Centrum św. Jana mieliśmy prawdziwy sztorm emocji.

Delphine Galou darzę dużą sympatią. Bardzo miło było posłuchać jej znowu: choć zaśpiewała partię Rozczarowania, rozczarowania nie było wcale. Była za to postać z charakterem, gra aktorska i głęboki, charakterystyczny alt, który najbardziej ujął mnie w arii Più non cura valle oscura, w której dodatkowo bardzo dobrze współgrał z pięknym solo fletu.

Sporo pracy miała w niedzielę Monica Piccini, ale bardzo dobrze rozłożyła siły i brzmiała równo i doskonale od początku do końca oratorium. Do niej właśnie, we wzruszającej arii Tu del Ciel ministro eletto, należały ostatnie dźwięki Il Trionfo del Tempo e Desinganno. Był to jednocześnie ostatni akcent wielkanocnej edycji festiwalu Actus Humanus.

Będę z niecierpliwością czekać na następną odsłonę Actus Humanus. Będę też trochę tęsknić za jego niepowtarzalną atmosferą; rozmowami z ludźmi, którzy tę wyjątkową atmosferę współtworzą; za niespodziewanymi spotkaniami; interakcjami z czytelnikami na bieżąco komentującymi festiwalowe relacje; za wymienianiem uśmiechów z innymi melomanami; za magicznymi wnętrzami gdańskich zabytków; za podążaniem za głosem carillonów; za tym bezcennym dla mnie poczuciem przynależności do czasu i do miejsca.

Do zobaczenia!

Madryt. Miasto sztuki.


To była daleka wyprawa. Daleka, ale piękna i pełna wielu wrażeń. Także tych kulturalnych.

Madryt to miasto sztuki. W trzech największych muzeach: Prado, Reina Sofia i Thyssen Bornemisza zgromadzone są kolekcje, które zapierają dech w piersiach. I wszystkie są na wyciągnięcie ręki. Bez szyb kuloodpornych, barierek i gablot. W Museo Nacional Thyssen-Bornemisza Raj Tintoretta wisi na ścianie hallu wejściowego. Przy rzeźbach Rodina. Jak gdyby nigdy nic. Na wizytę w Prado trzeba zarezerwować przynajmniej kilka godzin. A najlepiej wybrać kilka sal i po prostu w nich posiedzieć. Ja swój plan na następny raz już mam: Lot czarownic Francisco Goi, Ogród rozkoszy ziemskich Hieronima Boscha, Hippomenesa i Atalantę Guido Reniego oraz Grupę z San Ildefonso z Orestesem i Pyladesem, czy jak chcą inni Kastorem i Polluksem albo Hypnosem i Tanatosem. Nieistotne. Rzeźba jest nieziemska.

Jeśli ktoś woli sztukę bardziej odjechaną, powinien obrać kierunek na Museo Nacional Centro de Arte Reina Sofía z bogatą kolekcją dzieł Pabla Picassa, Salvadora Dalego i Joana Miró. Ostrzegam. Do Guerniki dopchać się nie sposób.
Oprócz wystaw stałych, na pewno znajdziecie też dla siebie coś interesującego na wystawach czasowych. Kiedy byliśmy w Madrycie kusili między innymi Andy Warhol i Alfons Mucha. Czasu starczyło jednak tylko na coś absolutnie wyjątkowego, wystawę Manolo Blahnik. The art of shoes zorganizowaną przez Vogue Spain i Manolo Blahnika osobiście w Museo Nacional de Artes Decorativas. Proszę sobie wyobrazić w jednym miejscu 212 par butów, z których każde jest dziełem sztuki. Plus 80 rysunków i kilka projekcji filmowych. Zawrót głowy.

Madryt to także miasto muzyki. Ma piękną operę i kilka dużych sal koncertowych. Zdołaliśmy odwiedzić tylko jedną z nich - Auditorio Nacional de Música. Za to aż na dwóch barokowych koncertach!



Pierwszym z nich była Pasja według św. Mateusza, BWV 244 Jana Sebastiana Bacha, którą wykonali Orquesta y Coro Nacionales de España (OCNE), chór chłopięcy Escolanía del Escorial oraz soliści: Sylvia Schwartz, Paula Murrihy, Michael Schade, Samuel Boden, Neal Davies i Christian Immler. Całością pokierował David Afkham.

Wstęp nie był dobry. Ze względów pozamuzycznych. Otóż wyraźnie pijany Don Miguel, który wpuszczał do budynku postawił sobie za cel z sobie tylko wiadomych powodów nie wpuścić nas na koncert. Było bardzo nieprzyjemnie.

A sam koncert? To jasne, że wziąłem poprawkę na to, że Pasja będzie wykonywana przez symfoników, ilość muzyków na estradzie była jednak nadspodziewanie duża. Coś około dwóch setek. Może nawet więcej. W takich warunkach Pasja była zbyt głośna i zbyt powolna. Monumentalna. Moje zdanie na temat substytuowania fletów barokowych i obojów da caccia przez współczesne instrumenty też jest znane. Bach to dla mnie jednak coś więcej niż zestawienie głosów, instrumentów, melodii. Dla niego choćby i na koniec świata.

David Afkham zdołał ujarzmić muzyczny pułk i obyło się bez chaosu, co nie zawsze się udaje. Bardzo dobrze spisał się duet Michael Schade (Ewangelista) i Christian Immler (Jezus). Było sugestywnie i zajmująco. Piękny obraz (wizualnie i wokalnie) stworzył chór chłopięcy z Eskurialu. Gwiazdą wieczoru był jednak dla mnie Fahmi Alqhai, gambista – wirtuoz. Solo w Komm, süßes Kreuz było doskonałe, także Aria Geduld! Wenn mich falsche Zungen stechen zabrzmiała znakomicie. Także dzięki Samuelowi Bodenowi, który zaśpiewał stylowo, precyzyjnie, bez zbędnych udziwnieni i emfazy.

Najlepsze na koniec.



Narodowe Centrum Rozpowszechniania Muzyki, bo tak chyba należy przetłumaczyć nazwę Centro Nacional para la Difusión Musical (CNDM), jest częścią Narodowego Instytutu Sztuki i Muzyki (INAEM), a jego celem jest promowanie komponowania i rozpowszechniania współczesnej muzyki hiszpańskiej a także odzyskiwanie i upowszechnianie muzyki historycznej, w tym muzyki dawnej. Mimo, że siedzibą Centrum jest Madryt, działa na terenie całej Hiszpanii. Jednym z cykli koncertowych organizowanych przez CNDM jest Universo Barroco.

Zazdroszczę Madrytowi takiego cyklu, tylko w tym sezonie zorganizowano dobrze ponad 20 koncertów i zaproszono takie sławy jak William Christie, Diego Fasolis, Jordi Savall, Martin Haselböck, Rinaldo Alessandrini, Giovanni Antonini, Fabio Biondi, Thomas Hengelbrock, takie zespoły jak Les Arts Florissants, The King’s Consort, The English Concert, Hespèrion XXI, Concerto Italiano, Giardino Armonico, Europa Galante, Vox Luminis i wiele innych.

W niedzielę, dzięki zaproszeniu otrzymanemu od CNDM (Muchas gracias, Directora Gema Parra Píriz!) wziąłem udział w koncercie światoweł sławy czeskiej mezzosopranistki Magdaleny Koženy oraz zespołu Le Concert D’Astrée pod dyrekcją Emmanuelle Haïm, którzy wykonali program Heroínas (Bohaterki) z wyborem arii i części instrumentalnych z kompozycji Jean’a-Philippe’a Rameau (Hippolyte et Aricie, Dardanus, Castor et Pollux, Les Indes Galantes) i Marc-Antoine’a Charpentiera (Médée).

Było FANTASTYCZNIE!!! Już sam program został dobrany w sposób bardzo przemyślany i przez cały czas trzymający w napięciu. Nie było czasu nudę. Pozytywne emocje przepływały pomiędzy wykonawcami a publicznością od początku do końca. Wszystko zostało podane w odpowiednich tempach, żywo, energetycznie, tam gdzie trzeba radośnie, w innych miejscach dramatycznie. Charakternie było też dzięki użyciu wielkiej ilości instrumentów perkusyjnych, na których brawurowo poczynał sobie Sylvain Fabre. Pojawiły się blachy, wiatrownice, bębny wszelkich możliwych rozmiarów, talerze i talerzyki. I tamburyny.

Emmanuelle Haïm przedstawiać nie trzeba. Pojawia się także i na Baroque Goes Nuts przy wielu okazjach, np. w kontekście kantat Bacha, polecam  zresztą bardzo płytę Bach: Cantatas, jest świetna. W zapowiedziach przed koncertem w hiszpańskich mediach przedstawiano ją jako wielka damę muzyki barokowej. To złe określenie. Emmanuelle Haïm nie jest stateczną damą. Jest pełna energii, radości, emocji. Jej ruchy przy pulpicie też nie są stonowane. Pokazuje muzykę całą sobą. To taki specyficzny sposób dyrygowania, które maja tylko kobiety, które na te kilkadziesiąt minut koncertu stają się Muzyką. Po prostu. Mamy przykłady takich dyrygentek także w Polsce, choćby Agnieszkę Żarską, czy Martynę Pastuszkę. Zresztą w czasie madryckiego koncertu kilka razy przypominałem sobie bardzo podobny w charakterze koncert Barokowy Smak Orientu, który Martyna Pastuszka i {oh!} Orkiestra Historyczna wykonali jakiś czas temu w Bydgoszczy.

A Magdalena Kožena? To wielka mezzosopranistka. Pełna niewymuszonego wdzięku, ciepła, prostoty, którą przekuwa w swoją siłę. Najpiękniejsze były chyba aria Fedry Cruelle mère des amours z Hipolita i Arycji Rameau, Monolog Ma fureur, a tant de Rois z Medei Charpentiera i aria Télaïre Tristes apprêts, pâles flambeaux z Kastora i Polluksa, pełen głębokich, dramatycznych emocji lament... Ale największą radość, nie będę tego ukrywać, przyniosły mi bisy, szczególnie aria Dopo notte, atra e funesta z opery Ariodante, HWV 33 Georga Friedricha Händla i Sì dolce è il tormento Claudia Monteverdiego, przy którym wzruszyłem się do łez.

W obu programach koncertowych wypatrzyłem też polskie akcenty. W Orquesta y Coro Nacionales de España solistką w chórze jest Agnieszka Grzywacz a koncertmistrzynią drugich skrzypiec w Le Concert D’Astrée Agnieszka Rychlik. Jeśli ktoś zna którąś z pań Agnieszek, bardzo proszę im ode mnie pogratulować i je serdecznie pozdrowić!

Madryt to miasto sztuki. Jej aktywnym odbiorcom daje możliwości naprawdę ogromne. Hiszpania, podobnie jak Polska, może nawet bardziej, jest w ruinie, więc możemy się szybko przedostać także do innych fascynujących miejsc, np. do oddalonych około 100 km Segovii, czy Toledo. Szybkim pociągiem w niewiele ponad 20 minut. Albo do Alcalá de Henares, gdzie wszędobylski Cervantes patrzy na nas wcale nie ukradkiem, gdzie Uniwersytet wrócił na właściwe sobie miejsce i gdzie przeniosły się polskie bociany. I nie tylko bociany.

Może i nam zdarzy się kiedyś tam wrócić. Oby.