Wszystkie posty

jeszcze więcej do czytania...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kožena. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kožena. Pokaż wszystkie posty

B!LIVE, Barocktage 2018, cz. 1. O trzęsieniu ziemi i magii opery.


Być świadkiem narodzin Nowego to duża sprawa. Być świadkiem powstawania Czegoś Niezwykłego to sprawa wielka.

W dniach 26.11-2.12.2018 berlińska Staatsoper Unter den Linden zorganizowała pierwsze w swojej historii Barocktage, dziesięciodniowy cykl przedstawień operowych, koncertów i innych wydarzeń skupionych wokół muzyki barokowej. Głównymi bohaterami festiwalu zostali Claudio Monteverdi i Jean-Philippe Rameau - prekursor baroku w muzyce i ten, który wzniósł muzykę tej epoki pod koniec jej trwania na wyżyny.

Dzięki uprzejmości Staatsoper Unter den Linden mogłem uczestniczyć w wydarzeniach sześciu dni festiwalowych. Były to dni pełne emocji, wzruszeń, obserwacji i zadziwiających odkryć. Pierwszą część mojej relacji z festiwalu chcę poświęcić przedstawieniom operowym, które były centralnymi punktami Barocktage.

Zacznę jednak od końca. I nie od opery, a od trzęsienia ziemi, które przeżyłem na zakończenie mojej podróży do barokowego Berlina, gdy w gościnnych progach Pierre -Boulez-Saal wystąpili znakomici soliści:  Monica Piccinini, Maria Beate Kielland, Alessandro Giangrande, Cyril Auvity, Lluís Vilamajó, Furio Zanasi, Mauro Borgioni oraz Les Concert des Nations i La Capella Reial de Catalunya, którymi pokierował Jordi Savall.

Już sama sala wywołała duże wrażenie. Pierre-Boulez-Saal stanowi część kompleksu edukacyjnego, stworzonego przez Daniela Barenboima i Edwarda Saida dla młodych muzyków ze Środkowego Wschodu i Północnej Afryki. Powstała według projektu Franka Gehry’ego w budynku przy Französische Straße, w którym do 2010 roku mieściły się magazyny Staatsoper Unter den Linden.

"Pewnego dnia – zaraz po tym, jak mu go daliśmy - usiadł przed modelem i po prostu wpatrywał się w niego godzinami ..." opowiadał Frank Gehry o reakcji Pierre'a Bouleza na model architektoniczny sali. Bo sala jest fantastyczna. Dzięki nowatorskim i elastycznym rozwiązaniom technicznym oraz bliskości artystów i publiczności można wsłuchać się w swoje intymne emocje i zanurzyć w muzyce. Stać się na chwilę częścią muzyki.

W tych sprzyjających warunkach zespół kierowany przez Jordiego Savalla wykonał doskonale skomponowany program Madrigali Guerrieri et Amorosi, na który oprócz fragmentów instrumentalnych złożyły się kompozycje z VIII Księgi Madrygałów. Koncert trzymał w wielkim napięciu od początku do końca.

Twórczość Monteverdiego nie traci mocy rażenia mimo upływu czasu. Powodem jej uniwersalności, przynależności do kolejnych miejsc w czasoprzestrzeni jest między innymi waga, jaką Monteverdi przykładał do słowa. Jednym z najdoskonalszych przykładów tego przywiązania muzyki do tekstu i tekstu do muzyki jest  Il Combattimento di Tancredi e Clorinda (Walka Tankreda z Kloryndą). Berlińskie wykonanie tego madrygału było mistrzowskie i porywające, szczególnie ekspresyjna i dramatyczna (lecz nie przerysowana) narracja, którą prowadził Furio Zanasi.


Wręcz namacalny był olbrzymi szacunek, który artyści przykładali do treści i formy madrygału, którym obdarzali siebie nawzajem oraz publiczność. Uczestnicy – bo nie tylko słuchacze i nie tylko widzowie – zgromadzeni na sali podziękowali za Tankreda i Kolryndę wielką owacją. Równie silne emocje wzbudziły madrygały Altri canti d’amor, Lamento della ninfa czy Hor che ‘l ciel e la terra

W Berlinie miałem możliwość zobaczyć trzy pełne przedstawienia operowe: L'incoronazione di Poppea oraz L’Orfeo Claudia Monteverdiego oraz Hippolyte et Aricie Jean-Philippe’a Rameau. Trudno wskazać na faworyta. Każde przedstawienie było inne, każde wywołało inne emocje, każde dotykało innych warstw wrażliwości.

Po raz pierwszy w historii  można było zobaczyć w berlińskiej operze Hippolyte et Aricie Jean-Philippe’a Rameau. W czasie spektaklu zastanawiałem się, jak odebraliby spektakl widzowie w XVII wieku, jak zareagowałby na przedstawienie sam Jean-Philippe Rameau. Bo Hipolit i Arycja to inscenizacja wprost fantastyczna.

Oprócz muzyki i aktorów, główną rolę gra w nim światło: rzucane z reflektorów, odbijane w lustrach w rękach niewidocznych tancerzy, na czapkach chóru, strojach solistów, otoczonych dzięki temu świetlistymi aureolami… Zamysłem twórców spektaklu inscenizacja ma być dialogiem pomiędzy światłem, wykonawcami a muzyką. Poza poza prostymi płaszczyznami, światłami lub elementami scenicznymi, które nim kierują i "grają" nie ma praktycznie żadnych innych dekoracji. Tworzy to dynamiczną i otwartą przestrzeń dla prowadzenia narracji. 

Dym, dzięki któremu efekty świetlne są lepiej widoczne, nabierają konkretnego wymiaru, dociera także na widownię,  stanowi przez to łącznik między publicznością a sceną. Kiedy w III akcie mieszkańcy Troezenu świętują powrót Tezeusza do miasta, kiedy oświetlona mocno na potrzeby tej sceny widownia odbija się w wielkim lustrze ustawionym z tyłu sceny, i kiedy widzimy na scenie samych siebie, stajemy się bezpośrednimi uczestnikami przedstawienia. Wszystko i wszyscy stają się jednością.

Bardzo obrazowo opisał to w swojej wypowiedzi Ólafur Elíasson, twórca wizualnej strony przedstawienia: „Moją inspiracja dla tego projektu przyszła z czasów, kiedy bywałem w Berlinie w latach dziewięćdziesiątych XX wieku, z jego ówczesnej sceny kulturalnej i klubowej. Muzyka, taniec, światło, architektura, sytuacje, rozmowy, relacje a nawet kłótnie łączyły się bez przerwy tworząc byt potężny i zbliżony do snu.”

Jeśli do tego wszystkiego dodać znakomity występ wokalistów, w szczególności Anny Prohaski, Magdaleny Koženy, Reinouda van Mechelen i Gyuli Orendta oraz doskonałe brzmienie chóru Staatsoper Uner den Linden i Freiburger Barockorchester, którymi z pasją pokierował Simon Rattle, dostajemy w rezultacie przedstawienie, które trzeba zobaczyć. I które można zobaczyć bez problemu, ponieważ zostało zarejestrowane i jest udostępnione melomanom przez telewizję Arte.

(https://www.arte.tv/pl/videos/086297-001-A/hippolyte-et-aricie-jean-philippe-a-rameau/ - dostępne do 7.1.2019!)

Koronacja Poppei Monteverdiego w inscenizacji Diego Fasolisa i Andrei Marchiola oraz w reżyserii Evy Marii Höckmayr to kolejny majstersztyk zrealizowany w równie minimalistycznej, "statycznej" scenografii, która ożywała dzięki grze świateł, obrotowym elementom sceny oraz ciągłej obecności większości postaci, które - nawet gdy nie grały swoich partii - grą w tle odnosiły się do bieżących wydarzeń, były ich żywym komentarzem.

To jednocześnie przestawienie, które wzbudziło najwięcej kontrowersji - szczególnie zakończenie, które odbiega od historii opowiedzianej w libretcie przez Giovanniego Franscesco Busenello. Duet miłosny Nerona i Poppei Pur ti miro, pur ti godo zmienia się w berlińskiej inscenizacji w kwartet. Poppea śpiewa o swoich uczuciach do nienarodzonego dziecka, Neron wyznaje je swojemu kochankowi. Wzburzenie części widowni wywoływały także pokazane niemal naturalistycznie sceny miłości fizycznej bohaterów.

Moim zdaniem realizatorzy nie przekroczyli granicy dobrego smaku i nie zmienili sensu dzieła. Raczej odarli je z jednoznaczności i próbowali wciągnąć publiczność w dyskurs o kondycji świata. Nie świata z I wieku naszej ery, opisanego przez Tacyta w Rocznikach, a świata, w którym przyszło nam żyć. I w którym tworzone pozory i zakładane maski są czasem ważniejsze niż to, kim tak naprawdę jesteśmy i kim chcielibyśmy być, co lubimy, co jest dla nas istotne; w którym „poprawność polityczna” zastępuje jasne i precyzyjne komunikaty płynące z naszych uczuć i z naszych przekonań.

W L’Incoronazione di Poppea w nagłym zastępstwie zamiast Emannuela Cencica wystąpił w roli Nerona młody kontratenor koreańsko-amerykański, Kangmin Justin Kim. Zadanie miał tylko nieznacznie ułatwione dzięki temu, że śpiewał już tę partię u Johna Eliota Gardinera. W Berlinie ze swojego zadania – zarówno pod względem wokalnym, jak i aktorskim - wywiązał się znakomicie. Byłem pod urokiem jego jasnego, pełnego, czystego i pełnego blasku głosu. Duże wrażenie wywarli na mnie także Roberta Mameli w roli Poppei i Franz-Josef Selig jako Seneka.

Inscenizacja to prawdziwy, zbiorowy sukces twórców warstwy wizualnej: Jens Kilian (scenografia), Julia Rösler (kostiumy), Olaf Freese i Irene Selka (światło) a także instrumentalistów Akademie für Alte Musik Berlin, którymi pokierował Diego Fasolis.
Na koniec crème de la crème… L’Orfeo Claudio Monteverdiego.  W krótkim komentarzu zaraz po przedstawieniu napisałem, że publiczność zgotowała twórcom kilkuminutową, żywiołową owację. Podziękowania były także ode mnie. Za dwie i pół godziny wypieków, dreszczy, uśmiechu, łez wzruszenia i szeroko otwartych oczu. Orfeusza wyprodukowali Sasha Waltz & Guests, De Nationale Opera Amsterdam, Les Théâtres de la Ville de Luxembourg, Bergen International Festival i Opéra de Lille. Powstało przedstawienie plastyczne i wysmakowane; spektakl, w którym muzyka instrumentalna, taniec, śpiew, dekoracje, kostiumy i wszystkie inne elementy istnieją nie obok siebie, a ze sobą i dla siebie. Między którymi panuje głęboka symbioza.

Wielkie brawa należą się śpiewakom, którzy nie tylko doskonale spisali się pod względem wokalnym i aktorskim, ale też dołączali w dużej części scen do tancerzy. Najbardziej wszechstronnymi umiejętnościami popisali się Georg Nigl (Orfeo), Fabio Trümpy (Pasterz) i Konstantin Wolff (Pluton), którzy na scenie wykonywali prawdziwe akrobacje. Cudownie zabrzmiał Freiburger Barockconsort: instrumentaliści cały czas towarzyszyli aktorom i tancerzom na scenie, byli częścią spektaklu, czasem bardzo istotną – na przykład kiedy harfistka partnerowała Muzyce w Prologu, czy na końcu przedstawienia, gdy instrumentaliści dołączyli do pozostałych artystów w radosnym tańcu. Tańczyły nawet puzony!!!

L’Orfeo napełnił mnie radością. Muzyka Monteverdiego została zestawiona z niepretensjonalnymi kostiumami i prostymi elementami scenografii związanymi ściśle z naturą. Była prawdziwa woda, surowe drewno, zieleń. Ale grali przede wszystkim ludzie. Ich mimika, gesty, ciała, głos, ruchy, emocje. Były bardzo blisko. A dzięki temu wszystkiemu było też - mimo chłodnej aury na zewnątrz - bardzo ciepło…

Prawdziwa sztuka nie lubi szufladkowania, bez ustanku podąża za nowymi ideami, także za rozwojem technologicznym i cywilizacyjnym. Wszystkie przedstawienia operowe, które znalazły się w programie Barocktage 2018 w berlińskiej Staatsoper Unter den Linden, wymykają się myśleniu o operze jako o tworze starodawnym i skostniałym. Wprost przeciwnie, wykorzystywały najnowsze zdobycze techniki i zmuszały widzów do nowego spojrzenia na dawne kompozycje, do skonfrontowania się ze swoimi przekonaniami i wyobrażeniami, do aktywności, do bezgranicznego zanurzenia się w ich magicznym świecie. Być może nawet do stania się częścią tego magicznego świata…

***

Na koniec niespodzianka. Mam dla Was w prezencie dwupłytowy album z Vespro della beata vergine, SV 206, który nagrali Jordi Savall, La Capella Reial, Coro del Centro Musica Antica di Padova oraz soliści: Montserrat Figueras, María Cristina Kiehr, Guy de Mey, Gian Paolo Fagotto, Gerd Turk, Daniele Carnovich, Pietro Sagnoli i Roberto Abondanza. Na płycie podpisał się dla Was sam Jordi Savall!!! Żeby ją dostać wystarczy polubić i skomentować na Facebooku tę lub kolejną relację z Berlina. Płytę rozlosuję jeszcze przed Świętami.









Madryt. Miasto sztuki.


To była daleka wyprawa. Daleka, ale piękna i pełna wielu wrażeń. Także tych kulturalnych.

Madryt to miasto sztuki. W trzech największych muzeach: Prado, Reina Sofia i Thyssen Bornemisza zgromadzone są kolekcje, które zapierają dech w piersiach. I wszystkie są na wyciągnięcie ręki. Bez szyb kuloodpornych, barierek i gablot. W Museo Nacional Thyssen-Bornemisza Raj Tintoretta wisi na ścianie hallu wejściowego. Przy rzeźbach Rodina. Jak gdyby nigdy nic. Na wizytę w Prado trzeba zarezerwować przynajmniej kilka godzin. A najlepiej wybrać kilka sal i po prostu w nich posiedzieć. Ja swój plan na następny raz już mam: Lot czarownic Francisco Goi, Ogród rozkoszy ziemskich Hieronima Boscha, Hippomenesa i Atalantę Guido Reniego oraz Grupę z San Ildefonso z Orestesem i Pyladesem, czy jak chcą inni Kastorem i Polluksem albo Hypnosem i Tanatosem. Nieistotne. Rzeźba jest nieziemska.

Jeśli ktoś woli sztukę bardziej odjechaną, powinien obrać kierunek na Museo Nacional Centro de Arte Reina Sofía z bogatą kolekcją dzieł Pabla Picassa, Salvadora Dalego i Joana Miró. Ostrzegam. Do Guerniki dopchać się nie sposób.
Oprócz wystaw stałych, na pewno znajdziecie też dla siebie coś interesującego na wystawach czasowych. Kiedy byliśmy w Madrycie kusili między innymi Andy Warhol i Alfons Mucha. Czasu starczyło jednak tylko na coś absolutnie wyjątkowego, wystawę Manolo Blahnik. The art of shoes zorganizowaną przez Vogue Spain i Manolo Blahnika osobiście w Museo Nacional de Artes Decorativas. Proszę sobie wyobrazić w jednym miejscu 212 par butów, z których każde jest dziełem sztuki. Plus 80 rysunków i kilka projekcji filmowych. Zawrót głowy.

Madryt to także miasto muzyki. Ma piękną operę i kilka dużych sal koncertowych. Zdołaliśmy odwiedzić tylko jedną z nich - Auditorio Nacional de Música. Za to aż na dwóch barokowych koncertach!



Pierwszym z nich była Pasja według św. Mateusza, BWV 244 Jana Sebastiana Bacha, którą wykonali Orquesta y Coro Nacionales de España (OCNE), chór chłopięcy Escolanía del Escorial oraz soliści: Sylvia Schwartz, Paula Murrihy, Michael Schade, Samuel Boden, Neal Davies i Christian Immler. Całością pokierował David Afkham.

Wstęp nie był dobry. Ze względów pozamuzycznych. Otóż wyraźnie pijany Don Miguel, który wpuszczał do budynku postawił sobie za cel z sobie tylko wiadomych powodów nie wpuścić nas na koncert. Było bardzo nieprzyjemnie.

A sam koncert? To jasne, że wziąłem poprawkę na to, że Pasja będzie wykonywana przez symfoników, ilość muzyków na estradzie była jednak nadspodziewanie duża. Coś około dwóch setek. Może nawet więcej. W takich warunkach Pasja była zbyt głośna i zbyt powolna. Monumentalna. Moje zdanie na temat substytuowania fletów barokowych i obojów da caccia przez współczesne instrumenty też jest znane. Bach to dla mnie jednak coś więcej niż zestawienie głosów, instrumentów, melodii. Dla niego choćby i na koniec świata.

David Afkham zdołał ujarzmić muzyczny pułk i obyło się bez chaosu, co nie zawsze się udaje. Bardzo dobrze spisał się duet Michael Schade (Ewangelista) i Christian Immler (Jezus). Było sugestywnie i zajmująco. Piękny obraz (wizualnie i wokalnie) stworzył chór chłopięcy z Eskurialu. Gwiazdą wieczoru był jednak dla mnie Fahmi Alqhai, gambista – wirtuoz. Solo w Komm, süßes Kreuz było doskonałe, także Aria Geduld! Wenn mich falsche Zungen stechen zabrzmiała znakomicie. Także dzięki Samuelowi Bodenowi, który zaśpiewał stylowo, precyzyjnie, bez zbędnych udziwnieni i emfazy.

Najlepsze na koniec.



Narodowe Centrum Rozpowszechniania Muzyki, bo tak chyba należy przetłumaczyć nazwę Centro Nacional para la Difusión Musical (CNDM), jest częścią Narodowego Instytutu Sztuki i Muzyki (INAEM), a jego celem jest promowanie komponowania i rozpowszechniania współczesnej muzyki hiszpańskiej a także odzyskiwanie i upowszechnianie muzyki historycznej, w tym muzyki dawnej. Mimo, że siedzibą Centrum jest Madryt, działa na terenie całej Hiszpanii. Jednym z cykli koncertowych organizowanych przez CNDM jest Universo Barroco.

Zazdroszczę Madrytowi takiego cyklu, tylko w tym sezonie zorganizowano dobrze ponad 20 koncertów i zaproszono takie sławy jak William Christie, Diego Fasolis, Jordi Savall, Martin Haselböck, Rinaldo Alessandrini, Giovanni Antonini, Fabio Biondi, Thomas Hengelbrock, takie zespoły jak Les Arts Florissants, The King’s Consort, The English Concert, Hespèrion XXI, Concerto Italiano, Giardino Armonico, Europa Galante, Vox Luminis i wiele innych.

W niedzielę, dzięki zaproszeniu otrzymanemu od CNDM (Muchas gracias, Directora Gema Parra Píriz!) wziąłem udział w koncercie światoweł sławy czeskiej mezzosopranistki Magdaleny Koženy oraz zespołu Le Concert D’Astrée pod dyrekcją Emmanuelle Haïm, którzy wykonali program Heroínas (Bohaterki) z wyborem arii i części instrumentalnych z kompozycji Jean’a-Philippe’a Rameau (Hippolyte et Aricie, Dardanus, Castor et Pollux, Les Indes Galantes) i Marc-Antoine’a Charpentiera (Médée).

Było FANTASTYCZNIE!!! Już sam program został dobrany w sposób bardzo przemyślany i przez cały czas trzymający w napięciu. Nie było czasu nudę. Pozytywne emocje przepływały pomiędzy wykonawcami a publicznością od początku do końca. Wszystko zostało podane w odpowiednich tempach, żywo, energetycznie, tam gdzie trzeba radośnie, w innych miejscach dramatycznie. Charakternie było też dzięki użyciu wielkiej ilości instrumentów perkusyjnych, na których brawurowo poczynał sobie Sylvain Fabre. Pojawiły się blachy, wiatrownice, bębny wszelkich możliwych rozmiarów, talerze i talerzyki. I tamburyny.

Emmanuelle Haïm przedstawiać nie trzeba. Pojawia się także i na Baroque Goes Nuts przy wielu okazjach, np. w kontekście kantat Bacha, polecam  zresztą bardzo płytę Bach: Cantatas, jest świetna. W zapowiedziach przed koncertem w hiszpańskich mediach przedstawiano ją jako wielka damę muzyki barokowej. To złe określenie. Emmanuelle Haïm nie jest stateczną damą. Jest pełna energii, radości, emocji. Jej ruchy przy pulpicie też nie są stonowane. Pokazuje muzykę całą sobą. To taki specyficzny sposób dyrygowania, które maja tylko kobiety, które na te kilkadziesiąt minut koncertu stają się Muzyką. Po prostu. Mamy przykłady takich dyrygentek także w Polsce, choćby Agnieszkę Żarską, czy Martynę Pastuszkę. Zresztą w czasie madryckiego koncertu kilka razy przypominałem sobie bardzo podobny w charakterze koncert Barokowy Smak Orientu, który Martyna Pastuszka i {oh!} Orkiestra Historyczna wykonali jakiś czas temu w Bydgoszczy.

A Magdalena Kožena? To wielka mezzosopranistka. Pełna niewymuszonego wdzięku, ciepła, prostoty, którą przekuwa w swoją siłę. Najpiękniejsze były chyba aria Fedry Cruelle mère des amours z Hipolita i Arycji Rameau, Monolog Ma fureur, a tant de Rois z Medei Charpentiera i aria Télaïre Tristes apprêts, pâles flambeaux z Kastora i Polluksa, pełen głębokich, dramatycznych emocji lament... Ale największą radość, nie będę tego ukrywać, przyniosły mi bisy, szczególnie aria Dopo notte, atra e funesta z opery Ariodante, HWV 33 Georga Friedricha Händla i Sì dolce è il tormento Claudia Monteverdiego, przy którym wzruszyłem się do łez.

W obu programach koncertowych wypatrzyłem też polskie akcenty. W Orquesta y Coro Nacionales de España solistką w chórze jest Agnieszka Grzywacz a koncertmistrzynią drugich skrzypiec w Le Concert D’Astrée Agnieszka Rychlik. Jeśli ktoś zna którąś z pań Agnieszek, bardzo proszę im ode mnie pogratulować i je serdecznie pozdrowić!

Madryt to miasto sztuki. Jej aktywnym odbiorcom daje możliwości naprawdę ogromne. Hiszpania, podobnie jak Polska, może nawet bardziej, jest w ruinie, więc możemy się szybko przedostać także do innych fascynujących miejsc, np. do oddalonych około 100 km Segovii, czy Toledo. Szybkim pociągiem w niewiele ponad 20 minut. Albo do Alcalá de Henares, gdzie wszędobylski Cervantes patrzy na nas wcale nie ukradkiem, gdzie Uniwersytet wrócił na właściwe sobie miejsce i gdzie przeniosły się polskie bociany. I nie tylko bociany.

Może i nam zdarzy się kiedyś tam wrócić. Oby.









Madrid. The City of Art. (English version)


It was a long journey. Far but beautiful and full of many good impressions. Also cultural ones.

Madrid is a city of art. The three largest museums: Prado, Reina Sofia and Thyssen Bornemisza host breathtaking collections. And they are all at your fingertips. Without bulletproof glass, railings and showcases. In the Thyssen-Bornemisza National Museum, Tintoretto’s Paradise hangs on the wall of the main entrance hall. Alongside Rodin's sculptures. Just like that. You have to book at least a few hours to visit the Prado. And it's best to choose only a few rooms and just sit in them for a while. I have my plan for the next visit: Witches' Fligh by Francisco Goya, The Garden of Earthly Delights by Hieronymus Bosch, Hippomenes and Atalanta by Guido Reni and the San Ildefonso Group with Castor and Pollux , or Orestses and Pylades or Hypnos and Thanatos as others call them. Naming aside- the sculpture is heavenly.

If someone prefers art that is more “cool”, one should direct his/her steps to the Museo Nacional Centro de Arte Reina Sofía which hosts a rich collection of works by Pablo Picasso, Salvador Dalí and Joan Miró. Be warned -  getting near Picasso’s Guernica is impossible.

In addition to permanent exhibitions, you will certainly find something interesting on temporary ones. We were strongly tempted by Andy Warhol and Alfons Mucha. However, we only had enough time for something absolutely unique - Manolo Blahnik. The Art of Shoes, exhibition organized by Vogue Spain and Manolo Blahnik himself at Museo Nacional de Artes Decorativas. Imagine 212 pairs of shoes in one place, each of them a work of art. Plus 80 drawings and several films. It made us dizzy!


Madrid is also a city of music. It has a beautiful opera and several large concert halls. We managed to visit only one of them - Auditorio Nacional de Música. But for two baroque concerts! The first of them was St. Matthew Passion, BWV 244 by Johann Sebastian Bach, performed by Orquesta y Coro Nacionales de España (OCNE), boys' choir Escolanía del Escorial and soloists: Sylvia Schwartz, Paul Murrihy, Michael Schade, Samuel Boden, Neal Davies and Christian Immler. Whole directed by David Afkham.

The prologue was not fine. Not because of the music. A clearly drunk Don Miguel, who was letting people into the building, set himself a goal, for reasons known only to him, not to let us go to the concert. It was really unpleasant. And the concert itself? I’ve obviously anticipated that the stage will be crowded as it was the symphony orchestra performing the Passion, however the number of musicians on the stage was unexpectedly large. Around two hundred. Maybe even more. This made the Passion too loud and too slow. Monumental. My opinion on substituting baroque flutes and oboe da caccia by modern instruments is also well known. But... To me Bach is something more than a combination of voices, instruments and melodies. For him, I would travel even to the end of the world.

David Afkham managed to subdue the musical regiment and it went all without chaos, which doesn't always work out. The duet of Michael Schade (Evangelist) and Christian Immler (Jesus) did very well. It was suggestive and interesting. A beautiful image (visually and vocally) was created by El Escorial boys' choir. But the star of the evening was Fahmi Alqhai, gambist - virtuoso. Solo in Komm, süßes Kreuz was excellent, also aria Geduld! Wenn mich falsche Zungen stechen sounded great. Also thanks to Samuel Boden, who sang precisely, in style, without unnecessary wonder and emphasis.

The best for last.


Centro Nacional para la Difusión Musical (CNDM, The National Center of Musical Diffusion), is part of the National Institute of Arts and Music (INAEM), and aims to promote composing and contemporary Spanish music as well as the revival and dissemination of historical, including early music. Although the Centre is headquartered in Madrid, it operates throughout Spain. One of the concert series organized by the CNDM is Universo Barroco.

I envy Madrid such a series. Only this season it encompassed over 20 concerts. CNDM invited such celebrities as William Christie, Diego Fasolis, Jordi Savall, Martin Haselböck, Rinaldo Alessandrini, Giovanni Antonini, Fabio Biondi, Thomas Hengelbrock, and enesembles such as Les Arts Florissants, The King's Consort, The English Concert, Hespèrion XXI, Concerto Italiano, Giardino Armonico, Europa Galante, Vox Luminis and many more.

On Sunday, thanks to the invitation received from the CNDM (Muchas gracias, Directora Gema Parra Píriz!) I took part in a concert of the world famous Czech mezzo-soprano Magdalena Kožena and Le Concert D'Astrée ensemble conducted by Emmanuelle Haïm. They presented Heroínas program with a selection of arias and instrumental parts from compositions by Jean-Philippe Rameau (Hippolyte et Aricie, Dardanus, Castor et Pollux, Les Indes Galantes) and Marc-Antoine Charpentier (Médée).

It was FANTASTIC!!! The program was put together in a very thoughtful way and kept the audience in the edge of their seats  all the way through. There was no time for boredom. Positive emotions flowed between the performers and the audience from the beginning to the end. Everything has been given at an appropriate pace, lively, energetically, where it needs to be joyful, in other places dramatically. It also had character due to the use of a large number of percussion instruments, on which Sylvain Fabre spectacularly performed. There were tin sheet, wind machine, drums and cymbals of all sizes. And tambourines.

Emmanuelle Haïm does't needs no introduction. He appears on Baroque Goes Nuts! frequently, for example in the context of Bach's cantatas (Listen to the album Bach: Cantatas, it's really great). Previews in the Spanish media portrayed her as "a great dame of Baroque music". This term is incorrect. Emmanuelle Haïm is not a stable lady. She is full of energy, joy and emotions. Her movements are also not toned down. She shows the music with all of herself. This is a specific way of conducting, which only women have. This turns them into the embodiments of Music for a few dozen minutes of the concert. No more and no less. We also have examples of women directors in Poland, for example Agnieszka Żarska and Martyna Pastuszka. Besides, during the Madrid concert I have often remembered the Baroque Taste of the Orient concert, which Martyna Pastuszka and {oh!} Orkiestra Historyczna performed some time ago in Bydgoszcz. It had the same style and character.

And Magdalena Kožena? She is a great mezzo-soprano. Full of natural grace, warmth, simplicity, which she transforms into her strength. The most beautiful were: aria of Phaedra Cruelle mère des amours from Hippolytus and Aricia by Rameau, Monologue Ma fureur, tant de Rois from Médée by Charpentier and aria Télaïre Tristes apprêts, pâles flambeaux from Castor and Pollux, deep lamentation full of dramatic emotions... But, I enjoyed encores mostly, I will not hide it, especially aria Dopo notte, atra e funesta from Ariodante, HWV 33 by Georg Frideric Handel and Sì dolce è il tormento by Claudio Monteverdi, which moved me to tears.

In both concert programs I also spotted Polish accents. Agnieszka Grzywacz is a soloist of the Orquesta y Coro Nacionales de España choir and Agnieszka Rychlik plays as concertmaster of the second violins in Le Concert D'Astrée. If anyone knows one of the ladies, please congratulate them and greet them warmly!

Madrid is a city of art. It gives its active recipients really huge possibilities. Fast trains can get you to other fascinating places such as Segovia or Toledo in just over 20 minutes. Or to Alcalá de Henares, where the ubiquitous Cervantes looks at us not at all surreptitiously, where the University has returned to its proper place and where Polish storks have moved. Actually, not only storks. 

Maybe we will come back there someday. Hopefully.