Wszystkie posty

jeszcze więcej do czytania...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zamek Królewski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zamek Królewski. Pokaż wszystkie posty

B!LIVE: L'Orfeo w Mantui, Orfeusz w Warszawie



Wystawienie L'Orfeo Claudia Monteverdiego jest wyzwaniem śmiały i trudnym, dlatego nieczęsto możemy go oglądać na scenach polskich teatrów operowych. Zadania tego podjęła się Polska Opera Królewska, która wystawiła Orfeusza na Zamku Królewskim w Warszawie. Premiera tej inscenizacji odbyła się 24 lutego 2019 roku, dokładnie w 412 rocznicę prawykonania w Mantui.

L’Orfeo, pierwsza opera Claudia Monteverdiego, którą sam autor nazwał baśnią muzyczną ("favola in musica"), została wystawiona po raz pierwszy 24 lutego 1607 roku ku karnawałowej rozrywce członków Accademia degli Invaghiti, Akademii Zaślepionych, wąskiej grupy szlachetnie urodzonych mantuańczyków, którzy czerpiąc radość i inspirację z muzyki, poezji i retoryki, nadawali ton życiu intelektualnemu Mantui tamtych czasów. Co ciekawe, autor libretta Orfeusza Alessandro Striggio był jako arystokrata członkiem Akademii, sam Claudio Monteverdi już nie. Był szanowanym obywatelem i pierwszym wśród mantuańskich muzyków, ale jego urodzenie nie pozwalało na członkostwo w elitarnym klubie…

Orfeusz nie miał tyle szczęścia co Eurdice Periego, czy druga opera Monteverdiego Arianna, które zostały wystawione z okazji wielkich książęcych uroczystości weselnych i zostały szczegółowo opisane w tomach upamiętniających te wydarzenia. O pierwszym wykonaniu L’Orfeo wiadomo niewiele. Tradycyjnie uważa się, że przedstawienie odbyło się w pałacu książęcym w Mantui w Galleria degli Specchi (Sala Luster) albo w Galleria dei Fiumi (Sala Rzek). Zachowane źródła pozwalają zidentyfikować jedynie trzech wokalistów, którzy brali udział w prawykonaniu. Z pewnością byli to śpiewak i kompozytor Francesco Rassi, prawdopodobny odtwórca roli tytułowej oraz kastrat Giovanni Gualberto Magli, który wykonał między innymi partie Muzyki i Proserpiny. Przypuszcza się, że w rolę Eurydyki wcielił się kastrat i kompozytor Girolamo Bacchini, z racji przynależności do zakonu karmelitów nazywany też Fra Teodoro del Carmine.

Do naszych czasów przetrwało kilka kopii libretta wydrukowanego dla osób zasiadających na widowni. Dzięki temu wiemy, że zakończenie pierwszej wersji Orfeusza było inne niż lieto fine (happy end) z partytur wydrukowanych w Wenecji za życia Monteverdiego (1609 i 1615). W pierwotnej wersji – bliższej opisowi mitologicznemu – w piątym akcie pojawia się chór Bachantek, które grożą Orfeuszowi śmiercią. Los bohatera jest niepewny, opuszcza on scenę a menady śpiewają na cześć Bachusa. W wersji drukowanej, według której zrealizowano warszawskie przedstawienie, następuje interwencja deus ex machina – na ziemię zstępuje Apollo, żeby wybawić Orfeusza. Obaj wznoszą się do nieba, gdzie bohater będzie mógł w słońcu i w gwiazdach podziwiać piękne oblicze Eurydyki. „Taka nagroda spotyka tego, kto się nie lęka prosić Boga; tak łaskę w niebie wybłaga, kto zaznał piekła na ziemi; a kto wśród bólu sieje, ten łaski owoc zbierze” komentuje kończąc operę Chór.

Odbiór Orfeusza Monteverdiego był bardzo przychylny. Następca tronu Mantui, Francesco Gonzaga napisał w liście z 1 marca 1607 roku do swojego brata Ferdynanda: „Sztuka była wystawiona ku wielkiej satysfakcji wszystkich, którzy ją słyszeli. Książę Pan, którego nie zaspokoiła obecność na przedstawieniu, ani to, że słyszał je wiele razy w czasie prób, nakazał wystawić przedstawienie ponownie. Stanie się to dzisiaj w obecności wszystkich dam, które przebywają teraz w mieście.” Poeta i teolog Cherubino Ferrari był w swojej opinii wręcz entuzjastyczny: „[Monteverdi] pokazał mi wersety oraz pozwolił posłuchać muzyki do sztuki, którą wystawił Wasza Wysokość. Doprawdy zarówno poeta, jak i muzyk doskonale wyrazili uczucia duszy. Jak nikt inny. Poezja jest piękna w zamyśle, jeszcze piękniejsza w formie a najpiękniejsza w wymowie; mówiąc krótko - nie mogliśmy oczekiwać niczego innego od takiego geniusza jak Pan Striggio. Także muzyka jest stosowna w stylu i służy poezji tak dobrze, że nigdzie nie można by usłyszeć piękniejszej…”

Orfeusz Claudia Monteverdiego był ostatnią premierą przygotowywaną przez zmarłego w styczniu tego roku dyrektora Polskiej Opery Królewskiej Ryszarda Peryta. Jego pracę kontynuował Sławomir Jurczak, który zagrał także rolę Charona. Dużą wagę przyłożono w warszawskiej inscenizacji do gestów i ruchu scenicznego (Romana Agnel). Przydało to – szczególnie pierwszej części przedstawienia (Prolog i dwa pierwsze akty) właściwej dynamiki. Tempo i energia spadły wyraźnie w drugiej części spektaklu i to chyba jedyny słabszy punkt warszawskiej inscenizacji.

Podobieństwo Sali Wielkiej Zamku Królewskiego w Warszawie do sal, w których mogło się odbyć prawykonianie L’Orfeo, szczególnie do Galleria degli Specchi, jest uderzające. Warunki, w których Polska Opera Królewska mogła zrealizować swojego Orfeusza nie odbiegały więc bardzo od tych, które Monteverdi miał 412 lat temu. Umiejętnie tę przestrzeń wykorzystano. Orkiestra zajęła miejsce z przodu po lewej stronie, chórowi i solistom oddano do dyspozycji środek i prawą część sali. Scenografia była skromna, tworzyły ją jedynie podesty i wyłożona złotymi płytami podłoga, ważne były symboliczne rekwizyty i stylowe kostiumy (Marlena Skoneczko), magiczną atmosferę tworzyły też rzucane na ściany i sufit światła oraz wizualizacje, które w przebiegu akcji scenicznej zmieniały kształty i kolory. Szczególne wrażenie wywarły w scenie z Plutonem i Prozerpiną, kiedy ogień i czerwone światła podsycały płomienny wystrój Sali Wielkiej – złocone dekoracje i żółtawe stiukowe kolumny. 

Dużą siłą warszawskiego Orfeusza był zespół instrumentalny. Capella Regia Polona sporo koncertuje, jej trzon rozwija się pod kierunkiem Krzysztofa Garstki szybko i w bardzo dobrym kierunku: czuć coraz większą więź między muzykami a brzmienie orkiestry staje się spójne. Dzięki temu – mimo bogatego, dodatkowego instrumentarium koniecznego do wykonania kompozycji Monteverdiego – udało się wykreować zrozumiałą, ciekawą i zrównoważoną interpretację. Interpretację, w której ważne były nie tylko dźwięki, ale też wykorzystywana bez obaw cisza. Na gorąco wyraziłem opinię, że nie słyszałem orkiestry. To spory komplement. Bo mimo tych wszystkich puzonów, cynków, trąbek, niezwyczajnego dźwięku regału czy arpa doppia – orkiestra nie dominowała, nie przypuszczała ofensywy na pierwszy plan. Była po prostu częścią przedstawienia i – od początku do końca – budziła zaufanie.

Wielkie brawa należą się Zespołowi Wokalnemu Polskiej Opery Królewskiej przygotowanemu przez Liliannę Krych. Usłyszeliśmy czyste i świeże współbrzmienie a techniczna biegłość zespołu pozwoliła na właściwe i naturalne akcentowanie związków między muzyką a słowem oraz operowanie w dużym interwale środków dynamicznych, artykulacyjnych i kolorystycznych – od brzmień mocnych i głębokich, przez motywy bardzo precyzyjnie i ostro akcentowane, szczególnie udane w powracającym "Ahi caso acerbo" (Ach, okropne nieszczęście) do fraz niemal wyszeptanych.  

Na koniec kilka słów o solistach. Największe wrażenie wywarli na mnie Zbigniew Malak (Pastore) – znakomity wokalnie, wyrazisty i zdecydowany; Anna Radziejewska (Messeggiera) – dramatyczna, wiarygodna i przejmująca oraz Olga Pasiecznik (Prozerpina) i Marcin Pawelec (Pluton), o których od chwili wejścia na scenę i od pierwszych zaśpiewanych nut było wiadomo, że mamy do czynienia z boginią i z bogiem, którzy kierują losami śmiertelników.

Karol Kozłowski (Orfeo) wykonał swoją rolę - szczególnie w pierwszym i drugim akcie - swobodnie, elegancko i stylowo; były momenty naprawdę piękne – ten uśmiech i błysk w oku, kiedy Orfeusz patrzył na Eurydykę; oszczędny, ale bardzo elegancki i płynny taniec-nie-taniec przy „Vi ricorda, o boschi ombrosi” (Pamiętacie, cieniste lasy), przeszywające "Ohimè che odo" (Nieszczęsny, co ja słyszę) czy rozedrgane arioso-lament „Tu se morta, mia vita” (Umarłaś, życie moje). 

Marta Boberska była nie tylko subtelną Euridice, ale też - w Prologu - poruszającą Muzyką. Wpatrzoną w dal i jakby nieobecną ciałem; Muzyką, która jest poza czasem i poza miejscem; Muzyką, która jest egalitarna, dla której nie jest ważne kim są jej słuchacze, bo w swoim trwaniu nawet śmiertelnych potrafi zamienić w bogów.

Świetnie spisali się także pozostali soliści: Aneta Łukaszewicz (Speranza),Marcin Gadaliński i Mikołaj Zgódka (Pastori),  Julita Mirosławska (Ninfa), Sławomir Jurczak (Caronte) oraz Sylwester Smulczyński (Apollo, Eco)

Orfeusz był głównym, ale nie jedynym punktem programu naszej wizyty na Zamku Królewskim w Warszawie. Tego dnia w muzeum zorganizowano dzień atrakcji towarzyszących wystawie „Król się żeni! »Rolka sztokholmska« – skarb Zamku Królewskiego w Warszawie”.

„Rolka sztokholmska” to jedna z pereł zamkowej kolekcji - unikatowy fryz anonimowego artysty, na którym pokazano uroczysty wjazd do Krakowa orszaku ślubnego króla Zygmunta III i arcyksiężniczki Konstancji Austriaczki  4 grudnia 1605 roku. Widzimy na niej ponad sześciuset uczestników pochodu. Oprócz narzeczonych w paradzie biorą udział także królewicz Władysław, poselstwa europejskich potęg, magnaci, delegacje rad miejskich. Są też postaci niezwykłe: błazny, karły, kobieta z brodą, Turek w turbanie ozdobionym palmą z piór, husarze okryci lamparcimi skórami, malowane konie… Są też trębacze i dobosze bijący w bębny i w kotły. 

Z rzadkiej okazji obejrzenia „Rolki sztokholmskiej” skorzystały w niedzielę tłumy turystów. To duży sukces Zamku Królewskiego w Warszawie. Sukces, który miał w niedzielę przynajmniej dwie miary. Pierwsza jest wymierna. W muzealnym sklepie zabrakło okolicznościowych katalogów.  Druga jest piękna. Wystawa budzi tak przyjemne emocje, że mimo dużej kolejki i tłoku, wszyscy się do siebie uśmiechali. 

W tę szczególną niedzielę na zamku odbył się jeszcze jeden koncert. Psalmy Mikołaja Gomółki, pieśni i tańce z rękopisu połockiego, utwory Wojciecha Długoraja, Johna Dowlanda i Tobiasa Huma oraz pieśni Krzysztofa Klabona zaprezentowali Ewelina Siedlecka-Kosińska (sopran) oraz zespół muzyki dawnej Canor Anticus w składzie: Marcin Zalewski – lutnia, Piotr Zalewski – viola da gamba. To był kameralny, bezpretensjonalny koncert, który wprawił wszystkich słuchaczy w pozytywny nastrój. Być może tak właśnie wyglądało wspólne, codzienne muzykowanie za czasów Zygmunta III…

Ewelina Siedlecka-Kosińska zaśpiewała też Prolog z Orfeusza Monteverdiego. Był inny niż ten, który usłyszeliśmy później w wykonaniu Marty Boberskiej. Skromniejszy. A przy tym promienny, jasny i ożywczy. Przecież muzyka dociera do nas różnymi drogami i na wiele sposobów.

Io la Musica son…

Ja jestem Muzyką,
która swym słodkim brzmieniem
umie ukoić każde wzburzone serce,
i raz szlachetnym gniewem,
raz miłością,
potrafi rozpalić najbardziej chłodny umysł…



 




 








 








B!LIVE, Inauguracja Roku Wazowskiego 2019


„Władca skrzydła zamku królewskiego, oczyściwszy z drewnianych statków, z fundamentów wyniósł, bok z strony kościoła przekształcił i trzecie piętro dodał, przyczynił gmach do przystojnego pomieszczenia senatu i izby poselskiej, piękną wyniósł nad nim wieżę” – taką adnotacją kończył się sporządzony na pergaminie opis dzieł i czynów Zygmunta III Wazy, który został umieszczony w spiżowej gałce wieży Zamku Królewskiego w Warszawie 4 lutego 1619 roku. Wydarzenie to zakończyło okres wielkiej przebudowy zamku związanej z przeniesieniem do Warszawy siedziby króla i centralnych urzędów; przebudowy, która ukształtowała znaną nam obecnie, charakterystyczną sylwetkę zamku.

W tym roku mija 400 lat od zakończenia budowy nowej siedziby królów Polski. Z tej okazji Zamek Królewski w Warszawie organizuje w 2019 roku koncerty, wystawy, przedstawienia, sesje naukowe, wykłady i warsztaty pod wspólnym hasłem Rok Wazowski 2019.

W przeddzień rocznicy, w niedzielę 3 lutego 2019 roku odbył się w Sali Wielkiej koncert inaugurujący Rok Wazowski 2019. Program złożony w całości z utworów Marcina Mielczewskiego wykonali: Aldona Bartnik, Aleksandra Turalska, Matthew Venner, Piotr Łykowski, Maciej Gocman, Benjamin Glaubitz, Tomáš Král i Jaromír Nosek oraz Wrocław Baroque Ensemble pod dyrekcją Andrzeja Kosendiaka.

Wybór Marcina Mielczewskiego jako bohatera koncertu inaugurującego Rok Wazowski nie był przypadkowy. Mielczewski był związany z kapelą królewską najpewniej już za czasów Zygmunta III Wazy, a później z zespołami dworskimi jego synów – Władysława IV, króla Polski oraz Karola Ferdynanda, biskupa wrocławskiego i płockiego. Zespoły te miały międzynarodowy skład, Mielczewski podróżował też dużo też ze swoimi chlebodawcami, mógł więc nie tylko obserwować życie muzyczne ówczesnej Europy, ale też prezentować wszędzie swoje kompozycje, stał się więc najbardziej rozpoznawalnym polskim kompozytorem poza granicami Rzeczypospolitej.

Wrocław Baroque Ensemble i Andrzej Kosendiak to specjaliści od polskiej muzyki dawnej. Oprócz działalności koncertowej zespół działający przy Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu prowadzi też ważny projekt wydawniczy, który przybliża odbiorcom muzykę polskich mistrzów. Wydano już po dwa albumy z kompozycjami Grzegorza Gerwazego Gorczyckiego, Bartłomieja Pękiela i Marcina Mielczewskiego, wkrótce planowane jest wydanie albumu z muzyką Stanisława Sylwestra Szarzyńskiego. Ostatnia płyta Wrocław Baroque Ensemble - Marcin Mielczewski II została nominowana do nagrody Fryderyk 2019 w kategorii Album Roku Muzyka Dawna.

A sam koncert inaugurujący Rok Wazowski 2019? Był porywający od początku do końca. Andrzejowi Kosendiakowi udało się zgromadzić wyborny skład wokalistów i instrumentalistów. Usłyszeliśmy dwa czteroosobowe chóry, pozytyw, smyczki, dwie teorby, dwa cynki i cztery puzony. Już przy otwierającym koncert motecie Triumphalis Dies można było poczuć wielką moc muzyki Mielczewskiego, wszystko i wszyscy zostali wprawieni w silny, przyjemny rezonans. Natężenie pięknego brzmienia i pozytywnych emocji osiągnęło kulminację w Laetatus sum, po którym wśród oklasków dało się usłyszeć także głośne i spontaniczne „brawo! brawo!”.

Przez cały koncert – przy wymieniających się składach zespołu instrumentalnego i wokalnego – czuć było nie tylko wielkie zrozumienie muzyki Mielczewskiego, ale też intencje dyrygenta oraz wszystkich członków zespołu razem i z osobna. Bo Wrocław Baroque Ensemble to nie po prostu grupa znakomitych muzyków, a sprawnie funkcjonujący i wyrażający zbiorowe emocje zespół. Byt zestrojony, zgodny i spójny.

Pięknie zabrzmiały nie tylko utwory wokalno-instrumentalne ale też utwory instrumentalne - Canzona seconda a due wykonana swobodnie i ze swadą przez Zbigniewa Pilcha i Mikołaja Zgółkę i Cancona seconda a tre, w której partię puzonu brawurowo zagrał Masafumi Sakamoto.

Na bis zabrzmiał fragment wykonanego na finał pierwszej części religijnego koncertu rondowego Currite populi. Kuplety były subtelne i pełne intymnych emocji, refreny zostały zagrane i zaśpiewane żywiołowo. Tak samo żywiołowo przyjęła wykonanie utworu Mielczewskiego warszawska publiczność. Trudno się dziwić, bo to kompozycja, która na długo zapada w muzyczną pamięć. Pokazuje też, jak wielkie skarby polskiej muzyki mogą kryć jeszcze archiwa.

Śpieszcie ludy,
uderzajcie w bębenki,
wysławiajcie słowami:
Alleluja!

Currite populi pochodzi z kolekcji XVII- i XVIII-wiecznych rękopisów muzycznych, skatalogowanych w XIX wieku przez Emila Bohna – wrocławskiego dyrygenta, kompozytora i organistę. Ten tzw. zbiór Bohna, zawierający ponad 30 kompozycji sygnowanych monogramem „M.M.”, należał przed II wojną światową do Biblioteki Miejskiej we Wrocławiu a potem przez kilkadziesiąt lat był uważany za zaginiony.  Obecna na koncercie prof. Barbara Przybyszewska-Jarmińska, która kompozycje ze zbioru Bohna odnalazła, przypisała Mielczewskiemu i opracowała oraz dyrekotor NFM Andrzej Kosendiak obiecali kolejne koncerty z muzyką Mielczewskiego – w tym wykonywaną niegdyś we Wrocławiu w języku niemieckim. Trzymamy za słowo!!!

Na szczęście doskonała muzyka skutecznie wyprowadziła mnie i moich towarzyszy z przedkoncertowego napięcia. Eufemizmem byłoby nazwanie nieeleganckim przestawiania oczekujących na koncert melomanów z miejsca na miejsce, czy krzyczenia (dosłownie) przez obsługę na starsze panie, które wchodziły (dodam: zimą) do wnętrza Zamku Królewskiego wcześniej niż zarządzone „przez górę” magiczne 20 minut przed koncertem. To już kolejny raz, kiedy na warszawskim zamku czułem się nie gościem a intruzem. Mam nadzieję, że kiedyś się to zmieni. A okazji będzie sporo.

Już 17 lutego 2019 roku odbędzie się koncert towarzyszący wystawie „Król się żeni! »Rolka sztokholmska« – skarb Zamku Królewskiego w Warszawie” a w niedzielę 24 lutego 2019 roku wielka gratka – premiera „L’Orfeo” Claudia Monteverdiego. W Sali Wielkiej wystąpią Zespół  Wokalny Polskiej Opery Królewskiej, Capella Regia Polona oraz soliści, między innymi Marta Boberska, Anna Radziejewska, Olga Pasiecznik, Aneta Łukaszewicz i Karol Kozłowski. Całością pokieruje Krzysztof Garstka. Orfeusza będzie można zobaczyć na Zamku Królewskim w Warszawie  także 26 i 27 lutego.

XXIV MLAMD: MONTEVERDI I WŁOSCY MISTRZOWIE NA ZAMKU WARSZAWSKIM





W miniony piątek miałem przyjemność uczestniczyć w Warszawie w koncercie Monteverdi i włoscy mistrzowie na Zamku Warszawskim zorganizowanym w ramach XXIV Międzynarodowej Akademii Muzyki Dawnej. 

Królowie z dynastii Wazów mieli ambicje dorównania najznaczniejszym dworom Europy, także w dziedzinie muzyki, i dlatego Zamek Warszawski stał się na długie lata ważnym centrum życia kulturalnego. Powstał nawet wyposażony w bogate instrumentarium zespół sal z głęboką sceną i widownią, który pozwalał organizować koncerty oraz spektakle operowe i teatralne w pięknej barokowej scenografii. Na dworze działał też stały zespół muzyków, śpiewaków i tancerzy. 

Dzięki piątkowemu koncertowi mogliśmy przenieść się do tamtych czasów i usłyszeć utwory kompozytorów wczesnego baroku, którzy tworzyli na przełomie XVI i XVII wieku, także tych, którzy byli muzykami na warszawskim dworze królów z dynastii Wazów: Adama Jarzębskiego - członka warszawskiej kapeli królewskiej od około 1617 roku do śmierci pod koniec 1648 lub na początku 1649 roku; Kaspar Förstera młodszego - w latach 1637-1651 dyrygenta chóru i śpiewaka kapeli królewskiej w Warszawie; Giovanniego Francesco Anerio - kapelmistrza Zygmunta III Wazy w latach 1624-1625 i Aldebrando Subissatiego - skrzypka i nauczyciela muzyki na dworze Jana Kazimierza w latach 1645 -1654. Bohaterem tytułowym koncertu był jednak Claudio Monteverdi. Mało brakowało, a on także tworzyłby w Warszawie. W czasie swojej podróży po Europie, jeszcze przed objęciem polskiego tronu, Władysław IV zaproponował bowiem Monteverdiemu pozycję kapelmistrza dworu polskiego. Niestety nie udało się sprowadzić Il Divino Claudio do Warszawy.

Koncert zaczął się magicznym spektaklem światła i dźwięku. W wyłożonej lustrami Sali Wielkiej Zamku Królewskiego w Warszawie, zabrzmiała Sonata in Ecco con tre Violini Biagio Mariniego. Niekończące się lustrzane odbicia potęgowały wrażenie zaskoczenia, tak naprawdę nie było wiadomo skąd dobiega echo skrzypiec - spoza sali, czy może z któregoś z niezliczonych luster.

Skład zespołu instrumentalnego był dwupokoleniowy, dzięki czemu połączyły się doświadczenie i dojrzałość z młodzieńczą pasją i wigorem. Czuć było ducha zespołu. I to nie tylko w czasie wspólnego muzykowania, ale i wtedy, gdy trzeba było błyskawicznie podzielić się swoimi skrzypcami, gdy w instrumencie koleżanki pękła struna; albo w przerwach w graniu, gdy muzycy przysłuchiwali się popisom swoich kolegów i głęboko przeżywali wykonywaną przez nich muzykę. To doświadczenie bezcenne.

Na szczególne brawa zasłużył Nicholas Parle, który po mistrzowsku poprowadził na klawesynie bardzo dobrą grupę basso continuo. Trochę tylko szkoda, że Marcin Zalewski i Jan Čižmář nie pokazali wszystkich swoich możliwości w utworach, w którch nie stanowili już jednego z elementów basso continuo, tylko grali partie solowe. 

Teraz o Muzyce...

Io la Musica son, ch'ai dolci accenti
So far tranquillo ogni turbato core...

Jestem Muzyką, która słodkimi akcentami
Może ukoić każde wzburzone serce...

(Claudio Monteverdi, L'Orfeo - Prolog, Ritornello)

Widziałem w piątek uosobienie tej Muzyki. To Ewelina Siedlecka-Kosińska, dzięki której koncert nabrał szczególnie pięknych barwi; sopranistka o niezwykłym wdzięku, promieniejąca radością i wysyłająca do publiczności i do artystów, z którymi występowała pozytywne wibracje. A głos? Czysty, pełny, otwarty, bez niepotrzebnych w muzyce Monteverdiego fajerwerków. Kiedy po każdym instrumentalnym ritornelu w Prologu do L'Orfeo zaczynała śpiewać, pojawiały się ciarki i wzruszenie. Albo bardzo szeroki uśmiech. Muzyka w czystej postaci.

Po koncercie jedna z melomanek podeszła do nas i zapytała, z jakiego kraju przyjechał występujący na koncercie kontratenor. Jej zdziwienie było spore, kiedy dowiedziała się, że jest Polakiem. Tak. Mamy w Polsce naprawdę niezłych kontratenorów. Jan Jakub Monowid, bo on był w piątek solistą, to w pełni już ukształtowany wokalista o mocnym, ciepłym głosie, który dzięki dużej biegłości technicznej tworzy bardzo przekonujące interpretacje.

Szczególnie udany był duet Pur ti miro z opery L'Orfeo Monteverdiego w wykonaniu Eweliny Siedleckiej-Kosińskiej i Jana Jakuba Monowida. Po koncercie to właśnie ten utwór wracał najczęściej do Różowego Głośnika Baroque Goes Nuts!.

Bardzo dobrze poradziła sobie też druga sopranistka, Katarzyna Bienias, choć być może z racji bardzo wyrazistych kreacji Eweliny Siedleckiej-Kosińskiej i Jana Jakuba Monowida, pozostawała tego wieczoru nieco w cieniu.

Do Sali Wielkiej Zamku Królewskiego w Warszawie nie przyszlo w piątek zbyt wielu melomanów, prawdopodobnie z racji niezbyt aktywnej promocji koncertu. Szkoda, bo z wydarzeniem tej rangi warto było dotrzeć do znacznie większego grona odbiorców. W przyszłym roku odbędzie się jubileuszowa, XXV edycja Miedzynarodowej Letniej Akademii Muzki Dawnej. Organizatorzy mogliby by przy tokazji tego jubileuszu pomyśleć o rozpropagowaniu, szczególnie wśród młodszej części miłośników muzyki dawnej, tego godnego uwagi wydarzenia.

_________________


Zamek Królewski w Warszawie, Sala Wielka
14 lipca 2017 roku

Monteverdi i włoscy mistrzowie na Zamku Warszawskim

Program:

Biagio Marini (ca 1597-1665), Sonata in Ecco con tre Violini op. 8 nr 19
Adam Jarzębski (1590-1648/49), Sentinella - concerto a 3 violini e basso 
Claudio Monteverdi (1567-1643), L'Orfeo - Prolog: Ritornello Dal mio Permesso amato
Biagio Marini, Sonata per il Violino per sonar con due corde op. 8 nr 4
Claudio Monteverdi, L'incoronazione di Poppea - finałowy duet Nerona i Poppei Pur ti miro
Giovanni Battista Buonamente (zm. 1643), Sonata a tre Violini
Claudio Monteverdi, Il lamento di Arianna
Kaspar Förster Młodszy (1616-1673), Sonata ex G à 3 na dwoje skrzypiec, violę da gamba i basso continuo (KPB J 38)
Orietur sicut sol (In Adventu Domini):
   Giovanni Francesco Anerio (1567-1630), Antyfona na dwa soprany i bc
   Aldebrando Subissati (1606-1677) Sonata XVII ze zbioru Sonate per violino solo e basso continuo
Claudio Monteverdi
   Partenza Amorosa: Se pur destina z VII Księgi Madrygałów
  Chiome d'oro - Canzonetta a due voci Concertata da duoi Violini Chitarone o Spinetta e avanti s'incomincia a cantare si suona li presenti Ritornelli quali vanno sonati tre volte avanti il cominciar delli Soprani


Wykonawcy:

Ewelina Siedlecka-Kosińska - soppran
Katarzyna Bienias - sopran
Jan Jakub Monowid - alt (kontratenor)

Zespół IL Tempo i Goście XXIV MLAMD

Simon Standage, Agata Sapiecha, Judyta Tupczyńska - skrzypce 
Marcin Zalewski - viola da gamba
Jan Čižmář - lutnia, teorba
Nicholas Parle - klawesyn 
kierownictwo artystyczne - Agata Sapiecha