Wszystkie posty

jeszcze więcej do czytania...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marc-Antoine Charpentier. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marc-Antoine Charpentier. Pokaż wszystkie posty

Madryt. Miasto sztuki.


To była daleka wyprawa. Daleka, ale piękna i pełna wielu wrażeń. Także tych kulturalnych.

Madryt to miasto sztuki. W trzech największych muzeach: Prado, Reina Sofia i Thyssen Bornemisza zgromadzone są kolekcje, które zapierają dech w piersiach. I wszystkie są na wyciągnięcie ręki. Bez szyb kuloodpornych, barierek i gablot. W Museo Nacional Thyssen-Bornemisza Raj Tintoretta wisi na ścianie hallu wejściowego. Przy rzeźbach Rodina. Jak gdyby nigdy nic. Na wizytę w Prado trzeba zarezerwować przynajmniej kilka godzin. A najlepiej wybrać kilka sal i po prostu w nich posiedzieć. Ja swój plan na następny raz już mam: Lot czarownic Francisco Goi, Ogród rozkoszy ziemskich Hieronima Boscha, Hippomenesa i Atalantę Guido Reniego oraz Grupę z San Ildefonso z Orestesem i Pyladesem, czy jak chcą inni Kastorem i Polluksem albo Hypnosem i Tanatosem. Nieistotne. Rzeźba jest nieziemska.

Jeśli ktoś woli sztukę bardziej odjechaną, powinien obrać kierunek na Museo Nacional Centro de Arte Reina Sofía z bogatą kolekcją dzieł Pabla Picassa, Salvadora Dalego i Joana Miró. Ostrzegam. Do Guerniki dopchać się nie sposób.
Oprócz wystaw stałych, na pewno znajdziecie też dla siebie coś interesującego na wystawach czasowych. Kiedy byliśmy w Madrycie kusili między innymi Andy Warhol i Alfons Mucha. Czasu starczyło jednak tylko na coś absolutnie wyjątkowego, wystawę Manolo Blahnik. The art of shoes zorganizowaną przez Vogue Spain i Manolo Blahnika osobiście w Museo Nacional de Artes Decorativas. Proszę sobie wyobrazić w jednym miejscu 212 par butów, z których każde jest dziełem sztuki. Plus 80 rysunków i kilka projekcji filmowych. Zawrót głowy.

Madryt to także miasto muzyki. Ma piękną operę i kilka dużych sal koncertowych. Zdołaliśmy odwiedzić tylko jedną z nich - Auditorio Nacional de Música. Za to aż na dwóch barokowych koncertach!



Pierwszym z nich była Pasja według św. Mateusza, BWV 244 Jana Sebastiana Bacha, którą wykonali Orquesta y Coro Nacionales de España (OCNE), chór chłopięcy Escolanía del Escorial oraz soliści: Sylvia Schwartz, Paula Murrihy, Michael Schade, Samuel Boden, Neal Davies i Christian Immler. Całością pokierował David Afkham.

Wstęp nie był dobry. Ze względów pozamuzycznych. Otóż wyraźnie pijany Don Miguel, który wpuszczał do budynku postawił sobie za cel z sobie tylko wiadomych powodów nie wpuścić nas na koncert. Było bardzo nieprzyjemnie.

A sam koncert? To jasne, że wziąłem poprawkę na to, że Pasja będzie wykonywana przez symfoników, ilość muzyków na estradzie była jednak nadspodziewanie duża. Coś około dwóch setek. Może nawet więcej. W takich warunkach Pasja była zbyt głośna i zbyt powolna. Monumentalna. Moje zdanie na temat substytuowania fletów barokowych i obojów da caccia przez współczesne instrumenty też jest znane. Bach to dla mnie jednak coś więcej niż zestawienie głosów, instrumentów, melodii. Dla niego choćby i na koniec świata.

David Afkham zdołał ujarzmić muzyczny pułk i obyło się bez chaosu, co nie zawsze się udaje. Bardzo dobrze spisał się duet Michael Schade (Ewangelista) i Christian Immler (Jezus). Było sugestywnie i zajmująco. Piękny obraz (wizualnie i wokalnie) stworzył chór chłopięcy z Eskurialu. Gwiazdą wieczoru był jednak dla mnie Fahmi Alqhai, gambista – wirtuoz. Solo w Komm, süßes Kreuz było doskonałe, także Aria Geduld! Wenn mich falsche Zungen stechen zabrzmiała znakomicie. Także dzięki Samuelowi Bodenowi, który zaśpiewał stylowo, precyzyjnie, bez zbędnych udziwnieni i emfazy.

Najlepsze na koniec.



Narodowe Centrum Rozpowszechniania Muzyki, bo tak chyba należy przetłumaczyć nazwę Centro Nacional para la Difusión Musical (CNDM), jest częścią Narodowego Instytutu Sztuki i Muzyki (INAEM), a jego celem jest promowanie komponowania i rozpowszechniania współczesnej muzyki hiszpańskiej a także odzyskiwanie i upowszechnianie muzyki historycznej, w tym muzyki dawnej. Mimo, że siedzibą Centrum jest Madryt, działa na terenie całej Hiszpanii. Jednym z cykli koncertowych organizowanych przez CNDM jest Universo Barroco.

Zazdroszczę Madrytowi takiego cyklu, tylko w tym sezonie zorganizowano dobrze ponad 20 koncertów i zaproszono takie sławy jak William Christie, Diego Fasolis, Jordi Savall, Martin Haselböck, Rinaldo Alessandrini, Giovanni Antonini, Fabio Biondi, Thomas Hengelbrock, takie zespoły jak Les Arts Florissants, The King’s Consort, The English Concert, Hespèrion XXI, Concerto Italiano, Giardino Armonico, Europa Galante, Vox Luminis i wiele innych.

W niedzielę, dzięki zaproszeniu otrzymanemu od CNDM (Muchas gracias, Directora Gema Parra Píriz!) wziąłem udział w koncercie światoweł sławy czeskiej mezzosopranistki Magdaleny Koženy oraz zespołu Le Concert D’Astrée pod dyrekcją Emmanuelle Haïm, którzy wykonali program Heroínas (Bohaterki) z wyborem arii i części instrumentalnych z kompozycji Jean’a-Philippe’a Rameau (Hippolyte et Aricie, Dardanus, Castor et Pollux, Les Indes Galantes) i Marc-Antoine’a Charpentiera (Médée).

Było FANTASTYCZNIE!!! Już sam program został dobrany w sposób bardzo przemyślany i przez cały czas trzymający w napięciu. Nie było czasu nudę. Pozytywne emocje przepływały pomiędzy wykonawcami a publicznością od początku do końca. Wszystko zostało podane w odpowiednich tempach, żywo, energetycznie, tam gdzie trzeba radośnie, w innych miejscach dramatycznie. Charakternie było też dzięki użyciu wielkiej ilości instrumentów perkusyjnych, na których brawurowo poczynał sobie Sylvain Fabre. Pojawiły się blachy, wiatrownice, bębny wszelkich możliwych rozmiarów, talerze i talerzyki. I tamburyny.

Emmanuelle Haïm przedstawiać nie trzeba. Pojawia się także i na Baroque Goes Nuts przy wielu okazjach, np. w kontekście kantat Bacha, polecam  zresztą bardzo płytę Bach: Cantatas, jest świetna. W zapowiedziach przed koncertem w hiszpańskich mediach przedstawiano ją jako wielka damę muzyki barokowej. To złe określenie. Emmanuelle Haïm nie jest stateczną damą. Jest pełna energii, radości, emocji. Jej ruchy przy pulpicie też nie są stonowane. Pokazuje muzykę całą sobą. To taki specyficzny sposób dyrygowania, które maja tylko kobiety, które na te kilkadziesiąt minut koncertu stają się Muzyką. Po prostu. Mamy przykłady takich dyrygentek także w Polsce, choćby Agnieszkę Żarską, czy Martynę Pastuszkę. Zresztą w czasie madryckiego koncertu kilka razy przypominałem sobie bardzo podobny w charakterze koncert Barokowy Smak Orientu, który Martyna Pastuszka i {oh!} Orkiestra Historyczna wykonali jakiś czas temu w Bydgoszczy.

A Magdalena Kožena? To wielka mezzosopranistka. Pełna niewymuszonego wdzięku, ciepła, prostoty, którą przekuwa w swoją siłę. Najpiękniejsze były chyba aria Fedry Cruelle mère des amours z Hipolita i Arycji Rameau, Monolog Ma fureur, a tant de Rois z Medei Charpentiera i aria Télaïre Tristes apprêts, pâles flambeaux z Kastora i Polluksa, pełen głębokich, dramatycznych emocji lament... Ale największą radość, nie będę tego ukrywać, przyniosły mi bisy, szczególnie aria Dopo notte, atra e funesta z opery Ariodante, HWV 33 Georga Friedricha Händla i Sì dolce è il tormento Claudia Monteverdiego, przy którym wzruszyłem się do łez.

W obu programach koncertowych wypatrzyłem też polskie akcenty. W Orquesta y Coro Nacionales de España solistką w chórze jest Agnieszka Grzywacz a koncertmistrzynią drugich skrzypiec w Le Concert D’Astrée Agnieszka Rychlik. Jeśli ktoś zna którąś z pań Agnieszek, bardzo proszę im ode mnie pogratulować i je serdecznie pozdrowić!

Madryt to miasto sztuki. Jej aktywnym odbiorcom daje możliwości naprawdę ogromne. Hiszpania, podobnie jak Polska, może nawet bardziej, jest w ruinie, więc możemy się szybko przedostać także do innych fascynujących miejsc, np. do oddalonych około 100 km Segovii, czy Toledo. Szybkim pociągiem w niewiele ponad 20 minut. Albo do Alcalá de Henares, gdzie wszędobylski Cervantes patrzy na nas wcale nie ukradkiem, gdzie Uniwersytet wrócił na właściwe sobie miejsce i gdzie przeniosły się polskie bociany. I nie tylko bociany.

Może i nam zdarzy się kiedyś tam wrócić. Oby.









Kraków: Opera Rara 2018, cz. 2



Do Krakowa jechałem na Charpentiera, nie będę tego ukrywać. Sobotni koncert Pieśń o nocy & Erwartung pojawił się w planie mojego wyjazdu trochę przy okazji. A okazał się być fascynujący. I wcale nie chodzi o czerwoną suknię, która nagle stała się czarna; o wielki pierścień, który zmieniał położenie i był dodatkową przestrzenią dla akcji scenicznej; o nowoczesną technologię, która współtworzyła obrazy towarzyszące artystom. To był koncert, po którym nie można było wyjść bez dużego ładunku emocji. 

Bardzo dobrze spisała się Orkiestra Festiwalowa, utworzona specjalnie na potrzeby Opera Rara z najlepszych instrumentalistów grających na co dzień w innych zespołach - bardzo spodobało mi się zaznaczenie w książce programowej przy nazwiskach muzyków nazw „macierzystych” orkiestr. Nie zawsze udaje się nadać tego typu zespołom spójne brzmienie, Michał Dworzyński poradził sobie z tym znakomicie. W jedności siła. 

Soliści, zarówno Evelina Dobračeva w Erwartung Arnolda Schönberga, jak i Andrzej Lampert w Pieśni o nocy Karola Szymanowskiego pokazali się z bardzo dobrej strony. Nie byli wyłącznymi gwiazdami koncertu - zachowywali dystans, dzięki czemu wszystkie elementy spektaklu: muzyka, tekst (choć trochę brakowało mi tłumaczenia Erwartung), światło, obraz rzucany na podwieszony nad sceną ekran stały się jego równoprawnymi bohaterami. Było też sporo odwagi. Część chórzystów Capelli Cracoviensis wykonywała w Erwartung układy choreograficzne, a fenomenalny Wojciech Marcinkowski zatańczył w Pieśni o nocy nago. Po spektaklu byłem świadkiem wyrażanego głośno oburzenia jednej z melomanek. Byłem nieco zdziwiony; nie dlatego, że w programie umieszczono przecież informację, że koncert nie jest odpowiedni dla dzieci, ale dlatego, że to właśnie ludzkie ciało, jego siła i jego ograniczenia, jego piękno i jego ułomności oddają najlepiej festiwalową ideę syntezy sztuk. Czy Schönberg i Szymanowski nie reprezentują tego, co było ważne dla nowych kierunków w sztuce XX wieku: obnażania fałszu i potrzeby oddania prawdy o człowieku, także jego fizjologii i cielesności.

Niedzielne przedpołudnie upłynęło na spacerze po zimowym Krakowie. Magnolie na Wzgórzu Wawelskim są piękne o każdej porze roku, a Apostołom przed kościołem św. Piotra i Pawła na Grodzkiej do twarzy w czapkach ze śniegu…

Głównym punktem programu był jednak koncert, w czasie którego w Teatrze im. J. Słowackiego usłyszeliśmy najsłynniejsze dzieła świeckie M.A. Charpentiera: Les arts florissants i La descente de l’Orphée aux Enfers w wykonaniu Le Concert de l’Hostel Dieu pod dyrekcją Francka Emmanuela Comte’a.

Idylla muzyczna Les arts florissants, która opiewa czasy Ludwika XIV, okres rozkwitu sztuki, nie była porywająca. Wszystko było poprawne, jednak zagrane i zaśpiewane bez szczególnych emocji. Zwróciłem uwagę jedynie na znakomite role Davida Witczaka i Kevina Skeltona. 

Druga część koncertu przyniosła zmianę o 180 stopni. W końcu zauważyłem i usłyszałem uczucia wokalistów i instrumentalistów zespołu Le Concert de l’Hostel Dieu. To element nieodzowny, by muzyka stała się autentyczna.

Już pierwsza aria Samanthy Louis Jean w roli Euridice, Compagnes fidèles, była pełna ekspresji, zróżnicowana dynamicznie i artykulacyjnie. Także pozostali soliści nadali swoim postaciom wyrazisty charakter. Szczególne wrażenie wywarł na mnie Étienne Bazola w wykonanej z pamięci roli Plutona oraz po raz kolejny David Witczak jako Apollo. Wokaliści brzmieli też znakomicie w chórach, których w Zejściu Orfeusza do Podziemia jest naprawdę dużo, i to w różnych konfiguracjach. Cudownie, niczym pełen tęsknoty chorał, zabrzmiało między innymi Juste sujet de pleurs. Ale to brzmienie innego „chóru” zostało w pamięci najdłużej. Viole da gamba. Kiedy dźwięk trzech viol unosił się w przestrzeni Teatru im. J. Słowackiego było magicznie, a w kończącej operę Sarabande légère – wzruszająco. 

W La descente de l’Orphée aux Enfers zagrała też kurtyna namalowana w 1894 roku przez Henryka Siemiradzkiego. W pierwszym akcie, rozgrywającym się na ziemi, delikatnie podświetlona była prawa strona obrazu Siemiradzkiego – korowód Tańca, Muzyki i Śpiewu. Wraz z przeniesieniem akcji do Hadesu weszliśmy w lewy, namalowany w ciemnych barwach plan kurtyny: Tragedię rozpościerającą swoje ramiona nad Mordercą, Miłością i Widmami. Niepodświetlony pozostał środkowy plan, na którym widać Komedię z Trefnisiem, a za nimi Geniusz Sztuki, Dobro i Piękno. Być może była to sugestia, że w operze Charpentiera brakuje trzeciego aktu, zakończenia historii opisanej przez Owidiusza w Metamorfozach. Niektórzy badacze uważają, że Charpentier miał trzeci akt w planie, a nawet, że go skomponował. Przetrwał jednak rękopis z Sarabande légère jako zakończeniem. I niech tak pozostanie.

***
Opera Rara 2018
Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie

20 stycznia 2018
Program:
Arnold Schönberg - „Erwartung” op. 17
Karol Szymanowski - III Symfonia “Pieśń o nocy” na tenor, chór mieszany i wielką orkiestrę op. 27
Wykonawcy:
Evelina Dobračeva – sopran
Andrzej Lampert – tenor
Paweł Świątek – reżyser
Barbara Olech – choreografia
Wojciech Marcinkowski – taniec
Capella Cracoviensis – chór
Orkiestra Festiwalowa Kraków – zespół
Michał Dworzyński – dyrygent

21 stycznia 2018
Program:
Marc-Antoine Charpentier
Les arts florissants, H. 487
La descente de l’Orphée aux Enfers, H. 488
Wykonawcy:
Samantha Louis Jean - sopran
Heather Newhouse - sopran
Majdouline Zerari - mezzo-sopran
Kevin Skelton - tenor
Etienne Bazola - baryton
David Witczak - baryton
François-Nicolas Geslot - tenor
Cyril Auvity - tenor

Le Concert de l’Hostel Dieu
Franck-Emmanuel Comte - dyrygent 







Kraków. Opera Rara 2018, cz. 1



Powodem istnienia nauk ekonomicznych jest występowanie dóbr rzadkich. Dobra rzadkie to takie, na które popyt jest przy założeniu zerowej ceny większy niż podaż; których jest znacznie mniej niż wynikałoby to z naszych potrzeb. Istnienie dóbr rzadkich implikuje konieczność dokonywania wyborów, przede wszystkim jak takie zasoby zagospodarować. Podręcznikowym przykładem dobra rzadkiego jest czas. Mamy go zawsze za mało, dlatego musimy z uwagą wybierać, na co go przeznaczamy.

Staje się to coraz trudniejsze, bo w wielu sferach życia zalewa nas fala bylejakości. W kulturze także. W ofercie zaczyna przeważać nie to, co warto pokazywać, co niesie za sobą wartość dodaną, ale to, czego oczekują statystyki i wykresy. Jeśli nie przefiltrujemy odpowiednio oferty telewizji, radia, Internetu, ba! nawet propozycji wielu instytucji kulturalnych, trafiamy na rzeczy łatwe, proste, ładne, niekontrowersyjne, popularne i chwytliwe. Nie twierdzę, że takich propozycji nie powinniśmy dostawać; sam chcę być czasami odbiorcą popkultury. Chcę jednak także mieć możliwość świadomego wyboru. Kiedy znajdzie się więc wydarzenie, które przyciąga nie tylko obecnością gwiazd i przebojowością programu, jestem gotowy pognać setki kilometrów, żeby wziąć w nim udział. Z pasją i dla pasji.

Na szczęście w różnych częściach Polski są ludzie i instytucje, dla których motorem działania są wartości większe od wskaźników, wykresów i pochlebstw.

Opera Rara. Opera Rzadka. Rzadka nie tylko dlatego, że w programie znajdują się utwory wykonywane rzadko. To uproszczenie. Chciałem być na krakowskim festiwalu, kiedy poczułem, że już jego cel jest unikalny; że najważniejsze nie jest schlebianie gustom; że jak w rzadko którym przedsięwzięciu w centrum postawiony jest człowiek – jego potrzeby, zmysły, uczucia, pragnienia. Także te niewypowiedziane. Że jedną z idei jest tworzenie wspólnoty, budowanie relacji między ludźmi, dla których wspólnym mianownikiem jest kultura, ale w której szanuje się inność i różnorodność. Coraz mniej popularne, a tak mi bliskie idee humanizmu.

Byłem w Krakowie tylko dwa dni, ale to wystarczyło, żeby zderzyć oczekiwania z rzeczywistością. Nie pomyliłem się. Festiwal Opera Rara to nie festiwal rzadziej grywanych oper. Utwory są raczej pretekstem do stawiania pytań, do prowokowania do dyskusji, do odkrywania swoich przekonań, do konfrontowania się ze swoimi ograniczeniami. Z żadnego wydarzenia festiwalowego nie wyszedłem obojętnie. Pewnie dlatego, że żaden koncert nie był tylko i wyłącznie przekazem sekwencji dźwięków. Grały także obrazy, przestrzeń, rekwizyty, kostiumy, ciała, technologia zaangażowana w tworzenie dzieła sztuki. Festiwal stwarza także warunki do poczucia jedności. Proste sprawy: Orkiestra Festiwalowa, która towarzyszyła solistom w Erwartung Arnolda Schönberga i Pieśni o nocy Karola Szymanowskiego i która skupiła muzyków grających na co dzień w innych zespołach i w innych miastach; artyści, którzy w czasie przerwy wychodzili do foyer Teatru im. J. Słowackiego i wchodzili w interakcje z publicznością; spotkania przed i po koncertach. Bliskość, dobro nadzwyczaj rzadkie.

Trochę mi się ten wstęp rozwinął…

Wkrótce druga część relacji z Opera Rara. Będzie o zmieniającym położenie okręgu, nagości, boskim chórze viol da gamba, związku kurtyny Siemiradzkiego z Charpentierem, sukni zmieniającej kolor, wpływie emocji artystów na uczucia publiczności i o wszystkim innym, co poruszyło mnie na koncertach festiwalowych. O kilku sprawach pisać nie będę na pewno. Nie tylko dlatego, że obiecałem to fantastycznej artystce i przesympatycznej dziewczynie, którą w końcu poznałem osobiście - nie będzie ani o kiksach waltorni, ani o nadużywaniu piana. Na szczegóły musicie jednak poczekać.



B!LIVE, Actus Humanus Nativitas | Dzień 4



Carillony współtworzą klimat Gdańska. Nie można przejść się uliczkami Głównego Miasta i nie usłyszeć ich dźwięku. W Gdańsku znajdują się jedyne w Polsce carillony koncertowe. I to aż trzy: W Ratuszu Głównomiejskim, kościele św. Katarzyny oraz zainstalowany na przyczepie samochodowej instrument mobilny.

Wczoraj na dzwonach zawieszonych w wieży kościoła św. Katarzyny utwory Dietricha Buxtehudego zagrała Monika Kaźmierczak, miejska carillonistka, organizatorka Letnich Koncertów Carillonowych czy Gdańskiego Festiwalu Carillonowego. W ogrodzie przykościelnym został umieszczony telebim, mogliśmy więc obserwować grę Moniki Kaźmierczak. A nie wydaje się to łatwym zadaniem. 50 różnej wielkości dzwonów jest wprawianych w ruch za pomocą uderzeń pięścią lub stopą w specjalną klawiaturę (manuał i pedał) o układzie zbliżonym do klawiatury organów.

Koncert był magiczny i poruszający, a atmosfera - mimo temperatury bliskiej zeru - gorąca. Publiczność w zamkniętym na co dzień ogrodzie przykościelnym, ale też pewnie i gdańszczanie oraz turyści, którzy znaleźli się przez przypadek w okolicach kościoła św. Katarzyny mieli okazję poznać wirtuozerię Moniki Kaźmierczak, która na tak trudnym instrumencie, jakim jest carillion, znakomicie oddała kunsztowną polifonię Buxtehudego.

Wydarzenie plenerowe w grudniu nie mogłoby się odbyć bez dodatkowych zabiegów i udogodnień: publiczność miała do dyspozycji gazowe grzejniki, koce, ogrzewacze do rąk i gorącą herbatą z rumem. Nie lada wyzwaniem technicznym była też rejestracja tego koncertu na potrzeby radiowej Dwójki - pierwsza tego typu w Polsce. Słuchacze będą mieli okazję posłuchać tego nagrania na antenie radia po Nowym Roku.

Wieczorny koncert odbył się w Centrum św. Jana. Na estradzie pojawił się - po raz pierwszy w Polsce - zespół Ensemble Correspondances. Zespół instrumetalno-wokalny, który założył klawesynista i organista Sébastien Daucé przywraca pamieć o kompozytorach mniej znanych, ale też sięga po twórczość takich francuskich mistrzów jak Marc-Antoine Charpentier. I własnie twórczość Charpentiera związana z okresem Adwentu i Bożego Narodzenia młodzi artyści zaprezentowali w Gdańsku.

Młodzi. To właśnie słowo jest kluczem do wczorajszego koncertu. Dzięki Ensemble Correspondance do kościoła św. Jana wlała się radość, młodzieńcza energia i optymizm.  Ensemble Corresponance nie jest grupą indywidualistów, tylko zespołem. było to na koncercie widać i słychać. Nie ma mowy o współzawodniczeniu. Są silne interakcje, podkreślanie wzajemnych zależności, wsłuchiwanie się w głos grupy jako całości. I najważniejsze. Zaufanie. Trzeba do tego dodać, że wszyscy artyści bez wyjątku dysponują doskonałym warsztatem. 

Kilka elementów wczorajszego koncertu urzekło mnie szczególnie. Flety proste, które zdawały się tańczyć w powietrzu, magnetyzująca Lucile Richardot (mezzosopran), głęboki i precyzyjny bas Nicolasa Brooymansa. I melodie, które czasem przypominały mi polskie kolędy i pastorałki. Była Moc.

Na bis zespół wykonał Salus infirmorum z Litanies de la Vierge, H. 83, czyli Litanii Loretańskiej Charpentiera. Cały koncert był rejestrowany przez TVP Kultura i będzie transmitowany w Boże Narodzenie. Nie znam jeszcze dokładnej daty transmisji, ale jeśli zdobędę tę informację opublikuję ją na blogu, bo tego koncertu naprawdę warto posłuchać.


Charles Baudelaire, Correspondances 
Oddźwięki
tłum. Antoni Lange


Natura jest świątynią, kędy słupy żywe
Niepojęte nam słowa wymawiają czasem.
Człowiek śród nich przechodzi, jak symbolów lasem,
One zaś mu spojrzenia rzucają życzliwe.

Jak oddalone echa, wiążące się w chóry,
Tak sobie w tajemniczej, głębokiej jedności,
Wielkiej — jako otchłanie nocy i światłości —
Odpowiadają dźwięki, wonie i kolory.

Są aromaty świeże, jak ciała dziecinne,
Dźwięczne i niby łąki — zielone; są inne
Bogate i zepsute — silne, tryumfalne,

Które się rozlewają w światy idealne,
Jak ambra, benzoina, jako piżma wonie,
Gdzie duch przenika zmysły i wzajem w nich tonie.

.



Actus Humanus: Radosne pieśni na czas Wielkanocy




Wielka Sobota to dzień Paschy – duchowe przejście między przeżywaniem żałoby i opłakiwaniem śmierci a radością i wszystkimi nadziejami związanymi ze Zmartwychwstaniem i życiem. W ten właśnie szczególny dzień dzień uczestniczyłem na festiwalu Actus Humanus w wyjątkowym koncercie. William Christie i Les Arts Florissants zaprezentowali program skonstruowany specjalnie na ten festiwalowy wieczór i zatytułowany „Chants joyeux du temps de Pâques” (Radosne pieśni na czas Wielkanocy), złożony w całości z utworów Marca-Antoine'a Charpentiera.

Koncert w Gdańsku był wyjątkowy z wielu powodów...

Wyjątkowe było miejsce. Delikatnie oświetlone, nieco mroczne, ale piękne wnętrze Dworu Artusa nadawało koncertowi już od samego wejścia właściwą atmosferę skupienia.

Wyjątkowi byli wykonawcy. Utwory Charpentiera zagrał i wyśpiewał zespół, który nie ma sobie na świecie równych, jeśli chodzi właśnie o wykonania Charpentiera, i który kojarzony jest z Charpentierem od początku swojego istnienia także ze względu na nazwę. Opera "Les Arts Florissants" (Sztuki kwitnące), bo od niej właśnie wziął nazwę zespół, powstała w 1685 roku i opowiada o sporze toczonym pomiędzy Pokojem (La paix) i Niezgodą (La discorde); sporze, do którego wciągnięte są wszystkie sztuki kwitnące za panowania Ludwika XIV: La Musique (Muzyka), La Poésie (Poezja), La Peinture (Malarstwo) i L'Architecture (Architektura), zresztą partię haute-contre tej ostatniej wykonał na premierze sam Marc-Antoine Charpentier... W sobotę La Musique rozkwitła ponownie.

Wyjątkowi byli też poszczególni aktorzy sobotniego muzyczne przedstawienia. William Christie, który wrócił do Polski po długich latach, poprowadził zespół z wielką pasją. Siedziałem całkiem blisko, widziałem więc, jak głębokie były emocje, które targały nim w czasie całego koncertu, i które za pomocą gestów, grymasów, uśmiechu, ruchu i postawy wysyłał do  zespołu.

Siłą koncertu byli wokaliści o głosach, które w partiach solowych były wyraziste i pełne a połączone w chórze stanowiły o doskonałej jedności jego brzmienia. Towarzyszący im mały zespół instrumentalny był doskonałym uzupełnieniem całości. Instrumentaliści aż kipieli od emocji, i to nie tylko wtedy, kiedy grali, ale i wtedy, kiedy przysłuchiwali się śpiewakom (widok przeżywajacego muzykę flecisty Sebastiena Marq - bezcenny). Bardzo szczególną rolę pełniło na koncercie basso continuo ze swadą poprowadzone na pozytywie przez Marie Van Rhijn. Nie zawiodła też moja muzyczna znajoma, która była główną bohaterką Historii pewnej czapeczki - Myriam Rignol. Czapeczki tym razem nie widziałem, ale uśmiechnięta gambistka i tym razem nie zawiodła.

I wyjątkowa była główna bohaterka sobotniego wieczoru. Muzyka.

We francuskim baroku zakochałem się w zeszłym roku, właśnie w okresie Wielkiego Postu, kiedy muzyczne poszukiwania zaprowadziły mnie do takich mniej popularnych, a zasługujących na dużą uwagę twórców, jak Michel Delalande, Michel Corrette i André Campra. Wróciłem też do słuchania muzyki kompozytorów, których nagrania są bardziej dostępne. Szczególne miejsce zajmuje wśród nich w Różowym Głośniku Marc-Antoine Charpentier.

Ktoś, kto spodziewał się po sobotnim koncercie fajerwerków, mógł się zawieść. Jasne, jest i Te Deum, i Liga Mistrzów, ale dla mnie muzyka Charpentiera jest subtelna i intymna, sprzyja raczej koncentracji i wyciszeniu niż gwałtownemu okazywaniu uczuć. I tak właśnie było na koncercie Les Arts Florissants. Nie sposób napisać o wszystkich utworach, które usłyszałem w sobotę. Skupię się na trzech, które poruszyły mnie najbardziej...

Tristis est anima mea usque ad mortem.
Sustinete hic at vigilitate mecum

„Smutna jest moja dusza aż do śmierci, 
Zaczekajcie tu i czuwajcie ze mną”

Te słowa drugiego reponsorium wielkoczwartkowych Ciemnych Jutrzni był opracowywany przez wielu kompozytorów. Bardzo lubię słuchać tego tekstu w muzycznym opracowaniu Johanna Kuhnaua, ale kompozycja Charpentiera płynie z Różowego Głośnika chyba jeszcze częściej. Sobotnie wykonanie, w dużej mierze za sprawą doskonałych męskich głosów,  było nie-sa-mo-wi-te! Przejmujące, przeszywające, ciarki przechodziły po całym ciele... 

Stabat Mater zajmuje dużo miejsca i na moim blogu, i w życiu. Kompozycja Charpentiera, którą usłyszeliśmy w sobotę jest zupełnie inna od tych muzycznych zestawień tekstu Jacopone da Todi, które często słyszymy na koncertach. Stabat Mater Charpentiera przeznaczone tylko na głos solowy i basso continuo jest niezwykle proste. Pozbawienie utworu jakichkolwiek figur i ozdobników służy skupieniu i kontemplacji. Tak było w sobotę. Dzięki Stabat Mater w wykonaniu Les Arts Florissants odciąłem się od wszystkich szumów rzeczywistości, od smutków i problemów, ale także od nadmiernych ekscytacji i oczekiwań...

Właśnie w Stabat Mater mogłem się przysłuchać dokładnie poszczególnym żeńskim głosom. Było to możliwe dzięki temu, że Willliam Christie zastosował ciekawe rozwiązanie, przekazując ze zwrotki na zwrotkę możliwość dokonania własnej interpretacji tekstu Stabat Mater kolejno niemalże wszystkim śpiewaczkom. Jest to prawdopodobnie bardzo zbliżone do idei utworu, który był przeznaczony do śpiewania w żeńskim klasztorze, i w którym poszczególne zwrotki (a jest ich aż 20) mogły być wykonywane po kolei przez wszystkie zakonnice. Stąd też pełny tytuł utworu Charpentiera: Stabat Mater pour des religieuses (Stabat Mater dla zakonnic). Moją szczególną uwagę zwróciły w Stabat Mater dwie panie. Julia Wischniewski dysponująca pięknym, mocnym, bardzo otwartym sopranem (na zupełnym marginesie – ciekawe jakie związki łączą panią Julię z Polską) i Alice Habellion – ciemny, głęboki, nieco nosowy, ale przez to niezywkle tajemniczy kontralt.

I na koniec "Le Reniement de Saint Pierre" (Zaparcie się św. Piotra). Niektóre źródła nazywają ten utwór oratorium religijnym, inne motetem. Prawda leży pewnie gdzieś pośrodku. Takie było też sobotnie wykonanie. Jego dramatyzm nie był podparty patosem i nieznośnym czasem w dostępnych nagraniach zadęciem, ale skupiony na wyraźnym oddaniu emocji bohaterów tragedii i nadanie im właściwego znaczenia przez narracyjny chór. Ten pięknie współbrzmiący chór skojarzył mi się bardzo z chórem w tragedii greckiej i jego rolą, która polegała na pewnej generalizacji opowiadanej historii i oddaniu związku pomiędzy sytuacją i uczuciami postaci dramatu a położeniem publiczności. Kiedy na sobotnim koncercie chór brzmiał, czułem związek z tym, co dzieje się na scenie Dworu Artusa.

W książce programowej Festiwalu przeczytałem o tym właśnie utworze, że jego ostania scena została przedstawiona jak "zatrzymany filmowy kadr, którego obraz zostaje jeszcze z nami po zakończeniu utworu..." Przypadek-albo-nie-przypadek sprawił, że jako bis usłyszeliśmy w sobotę właśnie chóralny fragment  Le Reniement de Saint Pierre. Myślę, że właśnie dzięki temu brzmieniu, idealnie spójnemu i dzięki akustyce sali rezonującemu nie tylko w powietrzu, ale i w ciałach słuchaczy, wyniosłem emocje koncertu ze sobą...

____________

Actus Humanus Resurrectio
Wielka Sobota, 15 kwietnia 2017
Gdańsk, Dwór Artusa

Marc-Antoine Charpentier (1643-1704)

Nuptiae Sacrae H.412
Tristis est anima mea H.126
Transfige dulcissime Jesu H.251
Victimae paschali laudes H.13
Le Reniement de Saint Pierre H.424
Prière à la Vierge du Pere Bernard H.367
Stabat Mater pour les religieuses H.15
Prélude H.510
O crux spes unica H.349
Dialogus inter Magdalenam et Jesum H.423
Salve regina H.47
Chants joyeux du temps de Pâques H.339

Les Arts Florissants
William Christie



Przeczytaj także reclację z koncertu niedzielnego, Actus Humanus: La Resurrezione.



24.02.2017, Marc-Antoine Charpentier


313 lat temu umarł Marc-Antoine Charpentier (1643-1704). Niepotwierdzona historia głosi, że kiedy zaledwie po jednym semestrze studiów rzucił prawo, wyjechał do Rzymu, by studiować malarstwo. Na żadnej z jego partytur nie ma ani jednego rysunku, więc pewnie historia nie jest prawdziwa. Prawdą jest już jednak na pewno to, że w Rzymie muzyczny talent Charpentiera dostrzegł słynny Giacomo Carissimi, który został nauczycielem i mentorem młodego Francuza.

Po powrocie do Paryża Charpentier był wiele lat muzykiem na dworze księżnej Marii de Guise, potem służył u Jezuitów, by na koniec życia zostać "maître de musique" w Sainte-Chapelle (Święta Kaplica), centrum życia religijnego Paryża. 

Charpentier komponował przede wszystkim muzykę religijną: motety, msze, hymny (fragment jego Te Deum funkcjonuje w popkulturze jako sygnał Eurowizji), ale pisał też utwory świeckie: muzykę do spektakli teatralnych realizowanych przez Moliera i opery.

Właśnie od tytułu jednej z oper Charpentiera wziął swoją nazwę jeden z najlepszych na świecie zespołów wykonujących muzykę barokową, Les Arts Florissants (Les Arts Florissants | Page officielle), którego posłucham na Actus Humanus. Będą to właśnie utwory Marca-Antoine'a Charpentiera nawiązujące do tematyki Wielkiego Postu i Wielkanocy...

Jeśli macie ochotę, posłuchajcie jednego z nich.

Marc-Antoine Charpentier: Stabat Mater pour des religieuses

Le Concert des Nations i Jordi Savall 
nagranje Telewizji MEZZO z La Chapelle Royale w Wersalu.