Wszystkie posty

jeszcze więcej do czytania...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opera Nova. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opera Nova. Pokaż wszystkie posty

B!LIVE, XXV Bydgoski Festiwal Operowy, cz. 2



Pierwsza część relacji z barokowego XXV Bydgoskiego Festiwalu Operowego była poświęcona przede wszystkim Herculesowi Georga Friedricha Händla, którego do Opery Nova w Bydgoszczy przywiózł Nationaltheater Mannheim Bydgoski Festiwal Operowy, cz. II

Dziś, ze sporym dystansem, z wielu powodów także i czasowym, o Il Trespolo Tutore Alessandra Stradelli, przedstawieniu Instytutu Opery, które mogliśmy zobaczyć w ramach  towarzyszącego festiwalowi 11. Operowego Forum Młodych oraz o największym festiwalowym rozczarowaniu - Naïs w wykonaniu Il Giardino d'Amore.

Instytut Opery, wspólny projekt warszawskich uczelni artystycznych: Akademii Teatralnej im. A. Zelwerowicza, Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina i Akademii Sztuk Pięknych wystawił w Bydgoszczy operę buffa Alessandra Stradelli Il Trespolo tutore w reżyserii Pawła Paszty. Przedstawienie wypadło bardzo zgrabnie, zarówno jeśli chodzi o warstwę muzyczną, jak i plastyczną inscenizacji. Skromna, ale dopracowana scenografia z ruchomymi elementami; pomysłowe i barwne kostiumy, zabawa rekwizytami i ich wykorzystanie jako dodatkowych nośników treści libretta oraz włączenie się aktorów w zmiany dekoracji nadało przedstawieniu plastyczności i dynamiki.

Bardzo dobrze spisali się soliści. Największe wrażenie wywarła na mnie zjawiskowa Anna Parysz jako Ciro. Jej rola była stylowa i dopracowana muzycznie w każdym szczególe, bardzo wiarygodnie przeprowadziła też zmianę wewnętrzną swojego bohatera. Ciekawą kreację stworzył także Paweł Kowalewski jako Simona. Było czysto, precyzyjnie, interesująco i... dowcipnie. 

Warstwę instrumentalną wykonała Orkiestra Instrumentów Historycznych Zakładu Muzyki Dawnej UMFC. I był to chyba największy zgrzyt studenckiego przedstawienia, bo poza instrumentami historycznymi okazały się melomanom instrumenty całkowicie wyjęte z kontekstu: zupełnie niebarokowa harfa i prawdziwe monstrum: keyboard z podłączonym głośnikiem. Ze współczuciem patrzyłem w czasie przedstawienia na organistkę, która pięknie wyrażała swoje emocje przy klawiaturze tego pseudopozytywu.

Na koniec o Naïs. Napisałem w jednym z poprzednich tekstów, że Naïs była dla mnie ogromnym rozczarowaniem. W dyskusji, która się rozwinęła obiecałem, że napiszę choć kilka słów o powodach tego rozczarowania. Jeden z czytelników napisał, że brzmienie orkiestry było wspaniałe. To prawda, orkiestra w uwerturze mnie oczarowała, potem nie było już tak dobrze. Brzmienie zespołu instrumentalnego było mało zróżnicowane, statyczne i ciężkie. Wielka szkoda, że instrumentaliści nie czerpali z pasji, elegancji, żywiołowości i lekkości dyrygującego całością Stefana Plewniaka. Dziwi to tym bardziej, że wielu z występujących w Bydgoszczy instrumentalistów znam ze znacznie lepszej strony z koncertów z innymi zespołami.

Zasiedziałą orkiestrę dałoby się jeszcze zaakceptować, co innego to, co pokazali wokaliści, a szczególnie para głównych bohaterów: Sean Clayton (Neptun) i Natalia Kawałek (Naïs). Sean Clayton to uznany tenor, występujący z najlepszymi zespołami na świecie, było więc bardziej niż zaskakujące, że nie wykonał czysto i precyzyjnie praktycznie żadnej ze swoich partii, a melizmaty brzmiały bardziej jak glissanda z nieokreślonym początkiem i końcem. 

Natalia Kawałek dysponuje mocnym i czystym głosem, to rzecz pewna. Niestety postawiła za bardzo na tę moc - w Bydgoszczy nie brzmiała, ale raczej grzmiała od początku do końca przedstawienia, niezależnie od tego, czy śpiewała o ptaszkach, czy o mękach. Była więc raczej jak bogini mądrości i wojny Minerwa albo królowa bogów Junona a nie nimfa Naïs. Z pastorale héroïque Rameau zostało tylko héroïque.

Bardzo dobre wrażenie wywarli na mnie jedynie Cécile Achille - sopran i Etienne Bazola – baryton. Oboje osadzili swoje role w charakterystycznym dla Rameau stylu, śpiewali  precyzyjnie, czysto, byli też wiarygodni, może także i dlatego, że jako jedyni z solistów spróbowali wprowadzić do swoich ról bardziej urozmaicony ruch sceniczny. Szczególne brawa należą się Cécile Achille, która w czasie wykonywania swoich partii dołączała do tancerzy i bezbłędnie wykonywała razem z nimi układy choreograficzne. Jakże to było różne od pary głównych bohaterów, których repertuar ruchów scenicznych ograniczył się do powolnych i majestatycznych ruchów rękoma.

W dużej kontrze do całości stał też chór – lekki, wielobarwny, interesujący i chyba najbardziej „francuski” ze wszystkich elementów przedstawienia.

Piękno muzyki tkwi między innymi w tym, że każdy odbiera ją inaczej, że w każdym z nas budzi inne emocje. Siłą muzyki jest też jej różnorodność. Bydgoski Festiwal Operowy to święto, w czasie którego melomani mogą wziąć udział w wydarzeniach naprawdę niezwykłych. Tym większe podziękowanie należy się organizatorom festiwalu za to, że zdecydowali się zaprosić do tego świętowania, także i muzykę dawną.


***
11. Operowe Forum Młodych
wydarzenie towarzyszące XXV Bydgoskiego Festiwalu Operowego

28.04.2018

Alessandro Stradella (1639-1682)
Il Trespolo tutore

Trespolo - Andrzej Lenart
Artemisia - Milena Lange
Ciro - Anna Parysz
Nino - Weronika Rabek
Simona - Paweł Kowalewski
Despina - Agnieszka Grala

dyrygent - Andrea de Carlo
reżyseria - Paweł Paszta
scenografia - Maciej Krajewski (ASP)
oprawa graficzna - Maja Żurawiecka (ASP)
kostiumy - Marta Kodeniec
charakteryzacja - Anna Sawicka

***

XXV Bydgoski Festiwal Operowy

30.04.2018

Jean-Philippe Rameau
NAÏS opéra-ballet / pastorale héroïque 

Il Giardino d’Amore

Stefan Plewniak - dyrygent 

Naïs - Natalia Kawałek
Neptun - Sean Clayton
Asterion - Erwin Aros Aravenna
Flore, Première & Deuxième Bergère - Cécile Achille
Jupiter, Telenus - David Witczak
Pluton, Tiresie, Palemon - Etienne Bazola

Reżyseria: Olivier Lexa 
Projekcje: Adam Nys
Choreografia: Iwona Runowska 
Reżyseria świateł: Maciej Igielski





B!LIVE, XXV Bydgoski Festiwal Operowy, cz. 1



Bydgoszczanie mają bardzo mało okazji do posłuchania dużych form barokowych, a jeśli chodzi o muzykę wykonywaną na instrumentach historycznych - prawie żadnych. Na całym świecie, także w Polsce, obowiązującą praktyką jest wykonawstwo świadome historycznie (z ang. historically informed performance), w Bydgoszczy takie koncerty organizują Katedra Klawesynu, Organów i Muzyki Dawnej bydgoskiej Akademii Muzycznej i muzycy stowarzyszenia Akademia Muzyki Dawnej, do głównych bydgoskich instytucji kulturalnych zespołów historycznych się jednak nie zaprasza. Wielkie podziękowania za oddanie miejsca muzyce dawnej należą się więc organizatorom zakończonego w niedzielę XXV Bydgoskiego Festiwalu Operowego.

W tym roku w gmachu Opery Nova mieliśmy okazję zobaczyć i posłuchać Naïs Jeana-Philippa Rameau w wykonaniu Il Giardino d’Amore, Herculesa Georga Friedricha Händla przywiezionego do Bydgoszczy przez Nationaltheater Mannheim oraz – w ramach towarzyszącego festiwalowi 11. Operowego Forum Młodych – Il Trespolo Tutore Alessandra Stradelli.

W pierwszej części relacji z festiwalu o tym, co wywołało we mnie najlepsze wrażenie. O Herculesie.

Angielskie libretto Herculesa, które opowiada o ostatnich dniach życia herosa, zostało napisane przez Thomasa Broughtona na podstawie dziewiątej księgi Metamorfoz Owidiusza oraz Trachinek Sofoklesa. Händel nazwał swoją kompozycję „dramatem muzycznym” (ang. musical drama), choć teoretycy muzyki próbują dostosować do niej także inne określenia: oratorium mitologiczne, oratorium świeckie czy opera chóralna. Rzeczywiście nawet za życia kompozytora Hercules był prezentowany publiczności zarówno w wersji koncertowej, jak i scenicznej. W Bydgoszczy mieliśmy okazję zobaczyć pełną wersję operową. 

Reżyser (Nigel Lowery) wyeksponował w swojej interpretacji mitu o Herkulesie ponadczasowe wartości, których dotyczy libretto: miłość, wierność, zazdrość, lojalność. W tym kontekście umieszczenie akcji nie w starożytności, tylko w średniowiecznym mieście i uniesienie duszy Herkulesa między gwiazdy przez rakietę kosmiczną nie raziło. Jedna z czytelniczek zapytała mnie, czy znalazłem sens w takim umiejscowieniu akcji. Szczerze mówiąc, nie zwracałem na to uwagi. Zostałem bez reszty wciągnięty w tę konwencję, od początku do końca czułem się częścią tego wszystkiego, co działo się na scenie - muzyki, słowa, obrazu, atmosfery.

Orkiestrą Nationaltheater Mannheim pokierował Bernhard Forck, koncertmistrz Akademie für Alte Musik Berlin, o którymi pisałem nie tak dawno po koncercie AKAMUS na tegorocznym festiwalu Actus Humanus Resurrectio (http://baroque-goes-nuts.blogspot.com/2018/03/blive-actus-humanus-resurrectio-2018.html). Doświadczenie genialnego skrzypka w pracy z zespołami historycznymi przełożyło się na doskonałe brzmienie orkiestry; to, że mieliśmy do czynienia z połączeniem instrumentarium współczesnego z kopiami instrumentów barokowych nie miało dla mnie tego wieczoru żadnego znaczenia. Było pięknie i szlachetnie. 

Bardzo pozytywne wrażenie wywarli soliści. Największe chyba Anna Hybiner, która jako herold Lichas subtelnie, a mimo to bardzo wyraziście wprowadzała akcję, komentowała, łączyła wątki i postaci. To także ona, przez wyczuwalny dystans do pozostałych bohaterów, do akcji scenicznej w ogóle, była dla mnie nośnikiem ponadczasowych wartości. Nie wiem, czy taki był zamysł reżysera, ale herold Anny Hybiner był dla mnie przybyszem z Niebios. Bardzo podobną rolę – jak w tragedii greckiej – pełnił też chór – punktualny, plastyczny, bardzo wyrównany i świetnie współpracujący z orkiestrą i solistami.

Na wielkie brawa zasłużyli też Mary-Ellen Nesi (Dejanira) - zjawiskowa i operująca w bardzo dużym interwale środków wykonawczych i jeszcze większym – emocji; Reuben Willcox – bardzo ludzki i dramatyczny Herkules; Cornelia Zink (Jole) – precyzyjny i wielobarwny sopran oraz David Lee (Hyllus) i Philipp Alexander Mehr (Kapłan).

Nationaltheater Mannheim przywiózł ze sobą do Bydgoszczy także imponującą scenografię razem ze wszystkimi datalami, między innymi wstawionym do gotyckiego okna ekranem, na którym mogliśmy oglądać gwiazdy, fruwające ptaki a nawet języki ognia ze stosu pogrzebowego Herculesa. Były też stylowe kostiumy. A zamiast rydwanu, start rakiety kosmicznej, która wyniosła Herculesa ku gwiazdom.

Tak Alcyd, gdy śmiertelną powłokę zostawił,
Lepszą częścią świetniejszym i większym się zjawił,
Wziął powagę dostojną i blask jaśniejący.
Wtem na lekkich obłokach władca wszechmogący,
Z nieba wóz czterokonny zesławszy na ziemię,
Wniósł go pomiędzy gwiazdy: Atlas uczuł brzemię.

(Owidiusz, Metamorfozy. XXXVIII Szata Dejaniry w przekładzie Brunona Kicińskiego)

W drugiej części relacji z XXV Bydgoskiego Festiwalu Operowego opowiem o powodach ogromnego rozczarowania po Naïs w wykonaniu Il Giardino d’Amore oraz o studenckim przedstawieniu Il Trespolo Tutore Stradelli.

***

5 maja 2018, godz. 19.00
Opera Nova w Bydgoszczy
XXV Bydgoski Festiwal Operowy

Georg Friedrich Händel
Hercules, HWV 60

Herkules: Reuben Willcox
Dejanira, jego żona: Mary-Ellen Nesi
Jole, córka króla Ochalii: Cornelia Zink 
Hyllus, syn Herkulesa: David Lee
Lichas, sługa Dejaniry: Anna Hybiner
Kapłan: Philipp Alexander Mehr
Orkiestra, Chór i Aktorzy Nationaltheater Mannheim
Kierownictwo muzyczne: Bernhard Forck
Reżyseria, scenografia, kostiumy: Nigel Lowery
Światła: Lothar Baumgarte
Przygotowanie chóru: Dani Juris


B!LIVE, Brawurowy Falstaff w Operze Nova



Zaraz po premierze Falstaffa w Operze Nova nazwałem bydgoską inscenizację brawurową. Nie było przepychu, ekstrawagancji, awangardy. Była za to wciągająca zabawa symbolem, bryłą, światłem, barwą, przestrzenią, słowem, dźwiękiem, głosem. Zabawa bardzo interesująca i poprowadzona – bez żadnej szkody dla akcji – w żywiołowym tempie. Quickly, Quickly – szybko, szybko. 

Falstaff rozgrywa się na dwóch płaszczyznach. A właściwie na dwóch platformach, z których jedna jest wnętrzem Zajazdu pod Podwiązką, a kiedy przesuwa się w dół, jej dach staje się częścią drugiej – trawnika parku w Windsorze. Scenografia, której autorką jest Jagna Janicka nie jest wystawna. Mamy do czynienia z pojedynczymi rekwizytami, które pobudzają wyobraźnię, stają się też niemymi świadkami akcji. Ważnym elementem dramaturgii przedstawienia staje się kanał orkiestry, do którego w finale drugiego aktu kumoszki z Windsoru (tutaj raczej niecne, niż wesołe) wrzucają wielki kosz na bieliznę, w którym schował się Falstaff. To kolejny element brawury inscenizacyjnej. Podczas antraktu wielu widzów podchodziło zresztą do kanału, żeby sprawdzić, jak została przeprowadzona cała akcja ze zrzuceniem kosza z Łukaszem Golińskim w środku trzy metry w dół. Piękne były kostiumy zaprojektowane przez Hannę Wójcikowską-Szymczak. Szczególnie spodobały mi się suknie uszyte z aksamitu dla Pani Quickly i Alicji Ford oraz stroje kilkudziesięcioosobowego chóru. „Ninfe! Elfi! Silfi! Sirene!” 

Utrwalony w świadomości wizerunek Fastaffa jako podstarzałego, grubego i raczej obleśnego lowelasa Maciej Prus, reżyser przedstawienia, zastąpił obrazem pełnego wewnętrznych rozterek, dojrzałego mężczyzny, który jest gotowy do skonfrontowania swoich słabostek ze słabościami świata – świata, który cały jest przecież farsą i sceną dla komedii życia. Jak w szekspirowskim „Jak wam się podoba” – „All the world’s a stage…” 

Bardzo dobrze wpisał się w tę konwencję Łukasz Goliński. Nie będę pisać o jego umiejętnościach wokalnych, te są na najwyższym poziomie. Najistotniejsze było to, że potrafił nakreślić rys psychologiczny Fastaffa i stopniową metamorfozę bohatera, której kulminacją było przejmujące „Una, due, tre, quattro… L’amore metamorfosa un uom in una bestia” (Raz, dwa, trzy , cztery… Miłość zmienia człowieka w bestię). To zresztą chyba najpiękniejszy fragment opery Verdiego, we wszystkich warstwach pełen kontrastów, które oddają wieczny konflikt pomiędzy sacrum a profanum, oczekiwaniami a rzeczywistością, uczuciami pięknymi i niskimi. I tym, że ten konflikt nigdy się nie kończy, bo „mezzanotte” – północ, o której śpiewa Falstaff jest nie tylko końcem jednego etapu, ale i początkiem następnego, niekoniecznie przecież lepszego. 

Także pozostali członkowie obsady sobotniej premiery spisali się doskonale. W scenach zbiorowych zdecydowanie najlepsze były panie, które w trzecim akcie doprowadziły je do perfekcji. I to zarówno we fragmentach komicznych (świetne, punktualne „Pizzica, pizzica!”), jak i frazach bardziej podniosłych, quasi-chorałowych („Domine fallo guasto!”). 

Z wokalistów szczególnie spodobali mi się przykuwający uwagę Szymon Rona w roli Bardolfa; dysponująca ciepłym, pełnym i czystym głosem Aleksandra Wiwała (Nannetta) oraz Małgorzata Ratajczak jako Pani Quickly. Rola była dopracowana w każdym szczególe, a Małgorzata Ratajczak była nie tylko świetna wokalnie, ale też zabawna i wiarygodna. Bardzo zgrabnie bawiła się też motywami, jeden z nich – „reverenza” – był zresztą tym, który najdłużej siedział w głowie i przypominał o sobie jeszcze wiele godzin po przedstawieniu. Uszanowanie. 

Uszanowanie także dla orkiestry poprowadzonej przez Piotra Wajraka i wszystkich realizatorów bydgoskiego Falstaffa. Wziąłem w sobotę udział w wydarzeniu, o którym będzie się mówić jeszcze bardzo długo, bo było naprawdę niezwykłe.

XXIV Bygoski Festiwal Operowy: Dokręcanie śruby




Śrubę dokręcałem sobie przez dwa dni...  Najpierw naprawiłem oczywiste niedopatrzenie i przeczytałem opowieść Henry'ego Jamesa The turn of the screw (W kleszczach lęku). Bardzo lubię, jeśli sztuka (nie tylko literatura - każdy gatunek sztuki) nie odpowiada, tylko stawia pytania; jeśli prowokuje do myślenia i zostawia otwarte furtki; jeśli daje miejsce na własne interpretacje; i wreszcie - jeśli jest umieszczona w szerszym niż ona sama kontekście.

Wszystkie te warunki spełnia opowieść Jamesa. Znajdą się pewnie odbiorcy, dla których będzie to po prostu nowela o duchach nawiedzających starą angielską posiadłość. Dla mnie to historia o tym, że uświęcone przez tradycję i kulturę osoby, sytuacje, miejsca nie są sacrum samym w sobie, że niewinność i czystość bywają czasem zasłoną dla spraw, o których zapominamy - albo więcej: które chcemy z naszej pamięci wyprzeć; o których lepiej jest czasem nie wiedzieć. Bo i po co? Czy nie wygodniej jest stwarzać pozory? Czy nie jest dla wszystkich bezpieczniej i łatwiej, jeśli wbudowane w naszą kulturę obrzędy niewinności przetrwają sobie spokojnie?

Podsumowaniem lektury było natomiast Dokręcanie śruby Banjamina Brittena, które w ramach organizowanego przez Operę Nova XXIV Bydgoskiego Festiwalu Operowego przedstawiła szczecińska Opera na Zamku. To spektakl, który zasłużenie został uznany przez krytyków za najważniejsze wydarzenie sezonu 2015/16 w Polsce. Przedstawienie bardzo dobrze zagrane, zaśpiewane i perfekcyjnie dopracowane technicznie; pełne subtelnych i niejednoznacznych gestów i symboli; przedstawienie bardzo dynamiczne (ale nie nerwowe), w którym dodatkową rolę główną gra nieustannie obracająca się scenografia, co jeszcze wzmaga efekt podkręcania napięcia.  Inne zabiegi scenograficzne też są warte podkreślenia - szkieletowe konstrukcje rekwizytów i ich multimedialne odwzorowania rzucane na ściany jeszcze bardziej odrealniają sytuację, a półprzezroczyste okna pozwalają na pokazanie akcji opery na wielu planach. To wszystko jest ważne, ale nie najważniejsze.

Dla mnie najważniejsze jest to, że twórcy przedstawienia nie zdecydowali się narzucić swojej własnej i jedynie słusznej interpretacji prozy Henry'ego Jamesa i libretta Myfanwy Piper. Więcej - Dokręcanie śruby zadaje dodatkowe pytania o kondycję świata i każe się zastanowić, czy kierunek, w którym idziemy jest słuszny. O to przecież chodziło Brittenowi, który również wzmocnił wydźwięk opowieści Jamesa, odbierając widzom dobre samopoczucie wynikające z akceptacji zastanego stanu rzeczy, obdzierając utrwalone symbole z szaty świętości i burząc wygodne dla ogółu status quo. Jak w wierszu Williama Butlera Yaetsa, którego fragment Britten uczynił osią swojej opery:

Kręcąc i kręcąc coraz większe kręgi,
Sokół nie może słyszeć sokolnika;
Walą się rzeczy; środek nie stanowi podparcia;
Po świecie rozlewa się anarchia;
Uwolniona, zamroczona krwią fala

Zatapia wszędzie obrzędy niewinności (...)

Bo czy święte jest zawsze święte, a niewinne - niewinne? Czy matka nie może być nadopiekuńcza do tego stopnia, że sama powołuje do życia wyimaginowane potwory świata, przed którymi później "musi" bronić dzieci? Czy nauczyciel nie może stawiać się w roli boga, który wie z zasady więcej (i lepiej) od rodziców i który sam siebie czyni zdolnym do podejmowania najważniejszych decyzji wychowawczych? Czy ojciec nie może na zewnątrz okazywać zobojętnienia a w środku tak kipieć od emocji, że te, kiedy już wybuchną prowadzą do molestowania albo przemocy? Czy drewniany konik,  lalka Barbie albo najnowsza wersja konsoli nie zastępują miłości?  Czy do kościoła nie chodzimy przez przypadek z przyzwyczajenia i czy nie słyszymy tam wygodnych słów, które nieco uspokajają sytuację? Czy dotyk to zawsze znak bliskości? Czy...

To właśnie największa siła realizacji Dokręcania śruby Opery na Zamku. Pytania. To, że nie wychodzimy z opery obojętni, że powoli sobie na nie odpowiadamy. I że te odpowiedzi powodują zadawanie kolejnych pytań. Bez końca.

___________________________

XXIV Bydgoski Festiwal Operowy

4 maja 2017, Opera Nova w Bydgoszczy

Benjamin Britten (1913-1976)

The Turn of the Screw (Dokręcanie śruby), op. 54
Opera w 2 aktach z prologiem

Libretto Myfanwy Piper na podstawie opowieści Henry’ego Jamesa

Guwernantka - Ewa Olszewska
Miles - Mateusz Dąbrowski
Flora - Agata Wasik
Mrs Grose - Gosha Kowalinska
Peter Quint - Pavlo Tolstoy
Miss Jessel - Bożena Bujnicka

Orkiestra Opery na Zamku w Szczecinie
Dyrygent - Jerzy Wołosiuk

Reżyseria - Natalia Babińska
Scenografia i kostiumy - Martyna Kander
Reżyseria świateł - Maciej Igielski
Projekcje multimedialne - Ewa Krasucka
Ruch sceniczny - Karol Urbański