Wszystkie posty

jeszcze więcej do czytania...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą B!FEST. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą B!FEST. Pokaż wszystkie posty

Bachfest Leipzig. Podróż wymarzona | Eine Traumreise.



Bachfest Leipzig. Podróż wymarzona | Eine Traumreise.

(Deutsche Textfassung finden Sie nachfolgend)

Marzenia nie spełniają się same. Można ja zrealizować tylko wtedy, gdy zamienimy je w plan. Plan precyzyjny, jasny i konkretny. Sporo marzeń zdołałem już zrealizować. Sporo czeka w kolejce. Są też takie, które właśnie się spełniają…

O podróży do Lipska marzyłem od dawna. Bo Lipsk to miasto Johanna Sebastiana Bacha. Mojego przyjaciela i mojego Mistrza. Mawiam o nim czasem, że jest jedynym człowiekiem na świecie na którym nigdy się nie zawiodłem. Zawsze mogłem na niego liczyć. Kiedy było źle, wystarczyły pierwsze nuty III Koncertu brandenburskiego i zły nastrój mijał a problemy wydawały się znacznie mniejsze. Bach wypełniał moje życie już od dzieciństwa, kiedy nieśmiało grałem jego skrzypcowe partity a później - na fortepianie - proste preludia. Kiedy miałem okazję zadyrygować koncertem Bacha orkiestrą, moja pasja zmieniła się w bezgraniczną namiętność...

Muzyka Bacha zawsze dawała mi dużo pozytywnej, nieziemskiej energii. Działała na wszystkie moje zmysły, pozwalała odpłynąć w niezwykłe rejony świadomości. Szwajcarski teolog, Karl Barth powiedział, że "muzyką, która obowiązuje w niebie jest muzyka Bacha". I ja, kiedy jej słuchałem, czułem się jak w niebie.

Ale pewnego dnia Bach przestał grać. Przestałem odczuwać potrzebę wyłapywania wszystkich głosów zawiłej polifonicznej konstrukcji... Pustka, próżnia, beznadzieja. Może Bach postanowił nie uczestniczyć w festiwalu pomyłek, użalania się nad sobą, marnotrawienia czasu i energii na rzeczy zupełnie nieistotne...

Kiedy po latach znów byłem gotowy; kiedy ostatnie życiowe puzzle zaczęły trafiać we właściwe miejsca; kiedy hierarchia wartości przestała być w końcu antyhierarchią – Bach zapukał. Nieśmiało. Podsunął mi program koncertu z okazji swoich 330-tych urodzin. Program? Znałem niemal na pamięć każdą nutę z tego koncertu. Skorzystałem z zaproszenia i Bach wrócił. Z wielką mocą. I z siłą swojej polifonii.

Monofoniczny facet dążący do celu zawsze jedyną i zawsze słuszną drogą; facet, który dawał dojść do głosu tylko przyjemnym uczuciom; facet dla, którego wszystko inne i wszyscy inni byli tylko życiowym akompaniamentem odkrył moc tej barokowej polifonii. I odkrył, że on także jest polifoniczny. Że może mieć myśli, pragnienia, uczucia, marzenia; że fajnie jest nie być idealnym (!!!); że można być jednocześnie dumnym i pokornym; że można pomagać, ale i czerpać radość z przyjmowania pomocy; że można być jednocześnie dzieckiem cieszącym się z najmniejszego drobiazgu, jak i rozsądnym szefem; że zdrowy jest śmiech, ale ważne są też łzy; że te rozmaite myśli, uczucia, zachowania, postawy, doświadczenia są tak samo ważne.

I tak Bach trwa. Dzień za dniem, miesiąc za miesiącem, rok za rokiem. A ja stałem się gotowy do podróży marzeń.

Bachfest Leipzig 2019. Odliczam dni, godziny, minuty…

***

Träume werden nicht von sich selbst wahr. Die können erst dann verwirklicht werden, wenn man sie in einen Plan verwandelt: einen präzisen, klaren und spezifischen Plan. Es ist mir schon gelungen, viele von meinen Träumen zu verwirklichen. Mehrere warten immer noch, bis sie an ihre Reihe kommen. Es gibt auch solche, die gerade in diesem Moment in Erfüllung gehen...

Ich habe schon immer davon geträumt, nach Leipzig zu reisen. Denn Leipzig ist die Stadt von meinem Freund und meinem Meister: Johann Sebastian Bach. Ich sage manchmal, dass er der einzige Mensch auf der ganzen Welt ist, der mich noch nie enttäuscht hat. Ich konnte mich immer auf ihn verlassen. Wenn es schlecht war, reichten die ersten Töne des dritten Brandenburgischen Konzerts, und die schlechte Laune ging sofort vorbei, und all die Probleme schienen auf einmal viel kleiner zu sein. Bach beeinflusst mein Leben seit meiner Kindheit, als ich schüchtern seine Violinpartiten spielte und später einfache Präludien – auf dem Klavier. Als sich später für mich die Gelegenheit ergab, Bachs Orchesterkonzert zu dirigieren, wurde meine Leidenschaft zu einer grenzenlosen Passion.

Bachs Musik hat mir immer viel positive, wahnsinnige Energie gegeben. Sie wirkte auf alle meine Sinne und ließ außergewöhnliche Bewusstseinszustände zu erreichen. Man sagt nach dem Theologen Karl Barth, dass “wenn die Engel für Gott spielen, so spielen sie Bach”. Das gilt sicherlich für mich: jedes Mal, wenn ich seine Musik hörte, fühlte ich mich wie im Himmel.

Doch eines Tages hörte Bach auf für mich zu spielen. Auf einmal fühlte ichdas Bedürfnis nicht mehr, alle Stimmen aus den komplizierten polyfonen Strukturen zu verfolgen und zu erkennen. Sie sind von Leere, Vakuum, Hoffnungslosigkeit verdrängt worden. Vielleicht hat mein Bach beschlossen, er wolle an meinen Festspielen der Fehler und Selbstmitlastgefühle nicht teilnehmen, an meiner Zeit- und Energieverschwendung an völlig irrelevante Dinge?

Als ich nach vielen Jahren wieder fertig war; als die letzten Puzzleteile begannen die richtigen Stellen zu treffen; als sich meine Antihierarchie schließlich in richtige Wertehierarchie verwandelt hat, klopfte Bach wieder. Erst ganz schüchtern. Er hat mir nämlich Konzertprogramm zu seinem 330. Geburtstag zugeschoben. Das Programm, von dem ich fast jede Note auswendig wusste. Ich habe die Einladung angenommen und so kam Bach zurück in mein Leben. Mit großer Kraft. Und mit der Kraft seiner Polyfonie.

Der monofone Typ, der seine Ziele immer auf seine einzig richtige Weise erreichen wollte; der nur angenehme Gefühle in den Vordergrund zu treten ließ; der alles Andere und alle Anderen nur als eine Lebensbegleitung betrachtet hat; der Typ entdeckte endlich die Kraft dieser barocken Polyfonie. Und er lernte auch, er ist selber polyfonisch. Dass er Gedanken, Wünsche, Gefühle, Träume haben kann; dass es cool ist, nicht perfekt zu sein (!!!); dass man zugleich stolz und fügsam sein kann; dass man hilfsbereit bleiben kann, aber zugleich Freude finden darf, selbst geholfen zu werden. Ich wusste auf einmal ein Kind zu bleiben und Glück in kleinsten Kleinigkeiten des Lebens zu finden, ohne es zu vergessen, ein vernünftiger Chef zu bleiben. Dass Lachen gesund ist, aber Tränen ebenso wichtig sind; dass diese verschiedenen Gedanken, Gefühle, Verhaltensweisen, Einstellungen und Erfahrungen von genau derselben Geltung sind.

Und so bleibt Bach bei mir. Tag für Tag, Monat für Monat, Jahr für Jahr. Und ich bin auch genug gereift dazu, meine Traumreise endlich zu unternehmen: Bachfest Leipzig 2019. Ich zähle Tage, Stunden, Minuten…

B!LIVE, Actus Humanus Resurrectio 2019. Dzień 5, Radosne koncerty na czas Wialkanocy.

 
Ostatni dzień Actus Humanus Resurrectio 2019 rozpoczął w gdańskim Ratuszu Staromiejskim recital klawesynowy Marcina Świątkiewicza. Usłyszeliśmy piętnaście Inwencji dwugłosowych BWV 772–786 oraz Kontrapunkty I–IX oraz Canon alla Decima i Canon alla Duodecima z Die Kunst der Fuge BWV 1080 Johanna Sebastiana Bacha. Inwencje w wykonaniu Marcina Świątkiewicza były pomysłowe i wdzięczne. To dowód na to, że można z powodzeniem wykonywać na koncertach utwory, które sam Bach określił w tytule zbioru jako instruktażowe. Po krótkim wprowadzeniu, Marcin Świątkiewicz zabrał nas fugami i kanonami ze Sztuki Fugi w świat bardziej intymny. I w świat bardziej odległy.

Na finał festiwalu usłyszeliśmy Koncerty brandenburskie, BWV 1046-1051 Johanna Sebastiana Bacha w wykonaniu Akademie für Alte Musik Berlin. To były radosne koncerty na czas Wielkanocy. 

Zaczęło się fantastycznie. I Koncert brandenburski wprowadził słuchaczy w pogodny nastrój. Szczególnie wrażenie wywarły  Adagio z tęsknym solo skrzypiec, punktualne Allegro oraz ostatnia część z popisami poszczególnych sekcji instrumentów dętych - bogato zdobiona, żywiołowa, skontrastowana, a miejscami nawet żartobliwa. Koncert III był pięknie rozkołysany, spójny brzmieniowo i utrzymany w dobrym tempie. Przed przerwą usłyszeliśmy też Koncert IV, chyba najlepszy z całego zestawu, przede wszystkim dzięki brawurowemu trio solistów - Brenhard Forck - skrzypce, Saskia Fikentscher i Shai Kribus - flety proste.

Po przerwie Akademie für Alte Musik Berlin rozpoczęła od Koncertu VI - jedynego, który przyniósł rozczarowanie. Były fragmenty świetne - głębokie, ciemne, spójne barwą, we wszystkie części wdzierał się jednak chaos oraz liczne błędy techniczne, intonacyjne i tekstowe pierwszego altowiolisty.

Potem było już tylko dobrze. Najpierw Koncert V z brawurową partią klawesynu w części pierwszej (Raphael Alperman); pięknie falującym, prawdziwie czułym Affettuoso i zagranym w karkołomnym tempie finałowym Allegro. Publiczność była też wpatrzona i wsłuchana w grającą na traverso Natalię Herden, elegancją i doskonałą technicznie. A na zakończenie Koncert II - żywiołowy, pogodny, z dobrze współpracującą czwórką świetnych solistów (Bernhard Forck - skrzypce, Rupprecht Drees - trąbka, Saskia Fikentscher - obój, Shai Kribus - flet prosty). Uwagę - w czasie całego koncertu - zwracała też grupa basso continuo, a szczególnie grająca na wiolonczeli Katharina Litschig.

W Gdańsku zostałem jeszcze jedne dzień. Byliśmy między innymi w Centrum św. Jana. Z jednej strony było smutno. Bez tego festiwalowego gwaru, przyjaznych i uśmiechniętych twarzy ludzi, których spotykam dwa razy w roku na Actus Humanus, bez muzyki. Z drugiej strony mogliśmy przypatrzeć się zmianom, które zachodzą w Centrum. To bardzo optymistyczne. Turystów wita świeży zapach drewna. Prawie gotowa jest empora południowa (36-metrowy balkon bogato dekorowany rzeźbami i obrazami), bliskie zakończenia są prace konserwacyjne ołtarza głównego, zaczęto rekonstrukcję organów bocznych z lat 1760-1761. Jest coraz piękniej.

Cały Gdańsk się zmienia. Sporo jeżdżę, tylu nowych inwestycji nie widać nigdzie indziej. A to, co dzieje się na Wyspie Spichrzów i na Ołowiance jest wprost imponujące. I jak zawsze biją carillony, krzyczą mewy, dudnią syreny statków. Tak żyje miasto. Wrażliwe na kulturę, przywiązane do tradycji i otwarte na ludzi. Prężne, różnorodne i... wolne.


B!LIVE, Actus Humanus Resurrectio 2019. Dzień 3, Teraz ujrzycie tłuszczę, która mnie otoczy...



Trzeci dzień wielkanocnej edycji festiwalu Actus Humanus 2019 rozpoczął się w Ratuszu Staromiejskim. Psalmy Mikołaja Gomółki ze zbioru Melodiæ ná psalterz polski wykonali Adam Strug z zespołem Monodia Polska i Marią Erdman, która zagrała na pozytywie także utwory z Gdańskiej tabulatury organowej i Tabulatury Jana z Lublina. To było bezpretensjonalne śpiewanie, może nawet muzyczne biesiadowanie. Właśnie tak o Psalmach pisał sam Mikołaj Gomółka: „Są łacniuchno uczynione, / Prostakom nie zatrudnione / Nie dla Włochów, dla Polaków / Dla naszych prostych domaków”. Na koniec koncertu Adam Strug zachęcił do wspólnego śpiewania także publiczność. Więc zaśpiewaliśmy. 

Jest drabina do nieba
każdemu nią iść trzeba. 
Przy drabinie stoi krzyż
każdy z nas go musi nieść (...)

A potem w swój poruszający świat przeniósł nas Carlo Gesualdo da Venosa. W Dworze Artusa zabrzmiały jego Responsoria et alia ad Officium Hebdomadae Sanctae spectantia w wykonaniu La Compagnia del Madrigale. Responsoria to opublikowany w 1611 roku zbiór 27 sześciogłosowych motetów, po dziewięć na Wielki Czwartek, Wielki Piątek i Wielką Sobotę. Są pełne ostrych dysonansów, zawiłej polifonii, zaskakujących przebiegów chromatycznych. 

La Compagnia del Madrigale dokonała wielkiego wyczynu. Usłyszeliśmy cały zbiór Responsoriów. Ponad trzy godziny (z dwoma dłuższymi przerwami) natchnionego, żarliwego i hipnotyzującego muzycznego misterium, którego dramaturgię wzmagały też stopniowo wygaszane na sali światła. Jak w dawnych wiekach, kiedy w czasie Ciemnych Jutrzni gaszono po kolei piętnaście stojących przy ołtarzu świec.

I niemal prorocze okazały się słowa pierwszego motetu Responsoriów: "Wytrwajcie i czuwajcie ze mną; teraz ujrzycie tłuszczę, która mnie otoczy". Z Długiego Targu i przyległych uliczek zaczęły docierać do wnętrza Dworu Artusa coraz silniejsze odgłosy grupowej, weekendowej balangi. Noc dzika. Głośnanoc. Świat się zmienia.

B!LIVE, Actus Humanus Resurrectio 2019. Dzień 2, Tajemnica traverso, tajemnice Ciemnych Jutrzni



Drugi dzień Actus Humanus Resurrectio 2019 rozpoczął recital Agnieszki Gorajskiej. W Ratuszu Głównego Miasta usłyszeliśmy wszystkie fantazje ze zbioru XII Fantasien für Querflöte solo TWV 40:2–13 Georga Philippa Telemanna. Koncert domknął festiwalowy cykl. W czasie poprzednich edycji festiwalu mogliśmy już posłuchać innych zbiorów solowych fantazji Telemanna - skrzypcowych w wykonaniu Stefana Plewniaka i gambowych w interpretacji Krzysztofa Firlusa.

Agnieszka Gorajska zagrała wszystkie fantazje bez przerwy. To spore wyzwanie, ale dzięki temu te miniaturowe opowieści ułożyły się w zwartą historię. Historię spójną, choć bardzo zróżnicowaną. Doświadczyliśmy bogactwa barw i ich odcieni, wysmakowanej zabawy tempem, artykulacją i intonacją. I możecie mi wierzyć lub nie, ale na flecie traverso można zagrać dwudźwięki. Albo zagrać na flecie tak, że melomani takie akordy usłyszą.

Publiczność, która do ostatniego miejsca wypełniła Wielką Salę Wety przyjęła recital Agnieszki Gorajskiej żywiołowo. Dzięki temu usłyszeliśmy na bis piękną arię Je suis aime de celle que j'adore Michela Lamberta a właściwie jej transkrypcję na flet, której autorem jest Jacques-Martin Hotteterre.

Wieczorem przenieśliśmy się w tajemniczy świat Ciemnych Jutrzni, nabożeństw wielkotygodniowych, którym towarzyszyły specjalne, niemal teatralne rytuały związane między innymi z zapalaniem a potem gaszeniem piętnastu świec symbolizujących towarzyszących Jezusowi w czasie męki Apostołów i trzy Marie. Ostatnią świecę przenoszono ze świecznika za ołtarz, co symbolizowało samotność Jezusa w ostatnich chwilach życia. 

Muzykę do Ciemnych Jutrzni pisało wielu kompozytorów, szczególnie popularna stała się w barokowej Francji, gdzie Leçons de ténèbres tworzyli między innymi Lambert, Charpentier, Couperin i de Lalande. Zachowane fragmenty Ciemnych Jutrzni tego ostatniego mieliśmy okazję wysłuchać wczoraj w Dworze Artusa w wykonaniu Sophie Karthäuser i Ensemble Correspondances, którymi pokierował Sébastien Daucé. W programie znalazły się także anonimowe jednogłosowe chorały oraz antyfona Salve Regina Charpentiera i Cantique quatrième, Sur le Bonheur des Justes de Lalande'a - pieśń o szczęściu sprawiedliwych i nędzy potępionych.

Bardzo skromny skład: solistka, dziewięcioosobowy chór, dwie gamby, teorba, klawesyn i pozytyw, od którego dyrygował Sébastien Daucé stworzył w Dworze Artusa nastrój nasycony skrajnymi emocjami. W pięknie wydanym programie festiwalu czytamy, że "Na przekór liczbie wykonawców, dramaturgiczna siła i ekspresja tej muzyki jest porażająca". Właśnie taki efekt osiągnięto w Dworze Artusa. I wynikało to nie tylko z charakteru utworów, ale przede wszystkim z postawy artystów. Z jednej strony pełnej skupienia i wzajemnego szacunku, z drugiej całkowitego oddania się silnym emocjom. Także publiczność poddała się temu nastrojowi, by i przed przerwą, i na koniec koncertu zgotować wykonawcom entuzjastyczny aplauz. Szczególne wrażenie wywarła Sophie Karthäuser - belgijska sopranistka obdarzona wielką charyzmą oraz pięknym, mocnym, ekspresyjnym, pełnym pasji i żaru głosem oraz zespół instrumentalny, który poruszającym, głębokim dźwiękiem uzupełniał wokalne partie Sophie Karthäuser i chóru.

Na bis usłyszeliśmy Stabat Mater Marca-Antoine'a Charpentiera. Kompozycja była przeznaczona do śpiewania w żeńskim klasztorze stąd pełny tytuł utworu: Stabat Mater pour des religieuses (Stabat Mater dla zakonnic). Następujące po sobie zwrotki (a jest ich aż 20) były wykonywane po kolei przez poszczególne zakonnice - solo i w ansamblach, w tej formie usłyszeliśmy też Stabat Mater w Gdańsku. Mogliśmy dzięki temu wsłuchać się w brzmienie głosów wszystkich wokalistek Ensemble Correspondances. I trzeba to przyznać, wszystkie były znakomite.

Dziś na Actus Humanus Resurrectio usłyszymy: o 17:30 -  Adama Struga, Marię Erdman i Monodię Polską w repertuarze złożnoym między innymi z Psalmów Mikołaja Gomółki oraz utworów z polskich tabulatur (Ratusz Staromiejski) a o 20:00 - Responsoria Carla Gesualda da Venosy w wykonaniu La Compagnia del Madrigale (Dwór Artusa).

B!LIVE, Actus Humanus Resurrectio 2019. Dzień 1, czyli Wspólnota ludzi wolnych



Gdańsk. Wolne Miasto.

Gdańsk wyraża swoją wolność nie dzięki politycznej autonomii, choć to pewnie też. Ważniejsze jest jednak tworzenie warunków dla swobodnego wyrażania uczuć i odważnego głoszenia idei. I otwartość na ludzi. Kimkolwiek są i skądkolwiek przyjechali. Dlatego tak lubię przyjeżdzać na Actus Humanus. Lubię choć na te kilka dni w roku stać się członkiem wspólnoty ludzi wolnych. Nic się nie zmieniło, choć w Gdańsku zmieniło się tak wiele. Śmierć Pawła Adamowicza - dobrego ducha festiwalu Actus Humanus - wywołała zmiany, które widać i których można doświadczać. Na pewno napiszę o tym więcej w relacji podsumowującej festiwal.

Pierwszy dzień Actus Humanus Resurrectio 2019 rozpoczął recital Zbigniew Pilcha. W ratuszu Głównego Miasta usłyszeliśmy w wykonaniu koncertmistrza Wrocławskiej Orkiestry Barokowej trzy sonaty na skrzypce solo BWV 1001, 1003 i 1005 Johanna Sebastiana Bacha. Choć sonaty powstały w okresie żałoby po pierwszej żonie kompozytora - Marii Barbarze, do czasu wczorajszego recitalu nie myślałem o sonatach skrzypcowych Bacha jak o muzycznych opowieściach. W Ratuszu Głównego Miasta miałem jednak mocne przeświadczenie, że Zbigniew Pilch opowiada nam sonatami swoje historie. Że dźwięki i ich współbrzmienia są w piękny sposób utkane nie tylko z nut, ale też z historii, doświadczeń, warunków miejsca i obecności słuchaczy.

Wyśmienicie zabrzmiała II Sonata a-moll, BWV 1003 i Presto z I Sonaty g-moll, BWV 1001, pełne żaru i pozytywnej muzycznej nonszalancji.  Na bis usłyszeliśmy Lascia ch'io pianga Georga Friderica Handla w transkrypcji Zbigniewa Pilcha na skrzypce solo.

Recital Zbigniewa Pilcha był dobrym wprowadzeniem do muzycznego widowiska, które odbyło się chwilę później w Centrum św. Jana.

Przed objęciem przez Bacha stanowiska kantora, lipszczanie słuchali w Wielki Piątek bardzo prostego zestawienia Męki Pańskiej, napisanego około roku 1530 przez Johanna Waltera. Jedyną zmianę zaproponował poprzednik Bacha, Johann Kuhnau, który w latach 1721 i 1722 poprowadził skromną, pełną pokory wokalno-instrumentalną Pasję według św. Marka. Pasja Janowa, którą Jan Sebastian Bach wykonał 7 kwietnia 1724 w lipskim kościele św. Mikołaja podczas nieszporów wielkopiątkowych – jej rozmiar, skład wykonawczy, dramatyzm i teatralność - musiała wywołać szok.

Po koncertach takich jak wczorajszy nie mam najmniejszych wątpliwości, że szok musiał być ogromny. William Christie poprowadził akcję Pasji według św. Jana bardzo dynamicznie. Niewiele jest chyba na świecie zespołów, które sprostałyby tempu narzuconemu przez Chrisitiego. Muzycy Les Arts Florissants poddali się interpretacji swojego Mistrza bez reszty. I stworzyli widowisko wartkie, koronkowe, pełne żaru i mocy, ale też dające miejsce na chwile zadumy i wyciszenia. Kiedy moje ciało reaguje na muzykę łzami, drżeniem, gęsią skórką i motylami w brzuchu wiem, że na estradzie dzieje się coś ważnego. Coś co jeszcze długo po koncercie będzie mi tkwiło w muzycznej pamięci.Tak będzie z Pasją według św. Jana Williamia Christie.

Na koniec chciałbym jeszcze wspomnieć o kilku bohaterach wczorajszego koncertu. Są nimi: Reinoud Van Mechelen - Ewangelista, który przykładał wagę do każdego słowa, każdej sylaby i każdej pauzy; Renato Dolicini, który nadal niezwykle ludzki wyraz złożonej postaci Piłata; Lucile Richardot, która mocnym i bardzo głębokim kontraltem wykonała arię Es ist vollbracht oraz przejmujący i wiarygodny Alex Rosen jako Jezus.

Znakomita była też cała grupa basso continuo. William Chrisitie miał w niej znakomitego partnera w osobie Thomasa Dunforda. Ten młody lutnista był przez cały koncert żywiołem samym w sobie. A kiedy na koniec odśpiewał przy lutni razem z chórem chorał Ach Herr, laß dein lieb Engelein nie miałem wątpliwości, że widzę przed sobą nie tylko wybitnego lutnistę-wirtuoza, ale przede wszystkim człowieka, który muzykę rozumie i czuje. Więcej: który na te kilkadziesiąt minut koncertu staje się częścią Muzyki. Piękne.

Dziś po południu Agnieszka Gorajska zagra w Ratuszu Głównego Miasta 12 Fantazji na flet solo Georga Philipa Telemanna, a na koncercie wieczornym - w gdańskm Dworze Artusa - Leçons de ténèbres Michela de Lalande'a i Salve Regina Marc-Antoine'a Charpentiera wykonają Sophie Karthäuser - sopran oraz Ensemble Correspondances z Sébastienem Daucé.

B!LIVE, Muzyka w Raju 2018



Paradisus Sanctae Mariae. Paradyż. Raj, który wcale nie jest daleko.

Pora roku sprawiła, że Paradyż przywitał nas jabłkami. Wprost nimi kusił. Jak to w raju. Wokół opactwa i w obrębie jego murów rosną dziesiątki jabłoni. A na nich niezliczone wprost ilości dorodnych i smacznych jabłek. Imponujący pocysterski zespół klasztorny jest siedzibą Wyższego Seminarium Duchownego Diecezji Zielonogórsko-Gorzowskiej. To dobry gospodarz. Cały teren opactwa jest bardzo zadbany a zieleń starannie wypielęgnowana i zachęcająca do długich spacerów. Od 2003 roku w drugiej połowie sierpnia w tym pięknym miejscu odbywa się festiwal Muzyka w Raju.

Muzyce dawnej można nadać wielką moc przyciągania. Paradyskie opactwo leży na uboczu, a mimo to już na półtorej godziny przed pierwszym koncertem zaczęli gromadzić się ludzie. Pół godziny przed rozpoczęciem wieczoru festiwalowego plac przed wejściem do kościoła pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny i św. Marcina był już nimi szczelnie wypełniony. Zawsze w takiej sytuacji przypomina mi się opinia mojej bydgoskiej znajomej, która uważa, że „muzyka dawna się nie sprzeda”. Pewnie, że się nie sprzeda. Muzyka to nie FMCG, szybko rotujące dobro konsumpcyjne. Można jednak muzyką dawną zainteresować. Jest jednak warunek. Trzeba ją podawać ze smakiem.

Tak właśnie jest na festiwalu Muzyka w Raju. Niezwykłe otoczenie, piękne wnętrza, doskonali artyści, przemyślany program sprawiają, że festiwal już od kilkunastu lat gromadzi wokół siebie rzesze melomanów. Wyjątkowa jest formuła wieczorów festiwalowych. Pewna jest jedynie godzina rozpoczęcia pierwszego koncertu. Pozostałe są już „około”. Dzięki temu bez pośpiechu spędza się czas z muzyką i z innymi słuchaczami. W czasie przerw między koncertami dla gości festiwalu otwierają się sale, korytarze i dziedzińce seminarium. To czas na spacery, rozmowy, uśmiechanie się jeden do drugiego. To czas na budowanie poczucia wspólnoty.

Główną bohaterką jest jednak muzyka. Na sobotni wieczór organizatorzy zaplanowali trzy koncerty. Na pierwszym z nich zaprezentował się zespół Le Consort w składzie Théotime Langlois de Swarte i Sophie de Bardonnèche – skrzypce, Louise Pierrard – viola da gamba i Justin Taylor – klawesyn. To, co zachwyca mnie w koncertach młodych zespołów to pasja, żywioł i radość z muzykowania. Tego wszystkiego na koncercie Le Consort nie zabrakło. Ale młodzi artyści pokazali coś więcej – nadspodziewaną dojrzałość, szacunek do wykonywanej muzyki, precyzję. Corelli, Purcell, Eccles, Händel, Hume, Matteis i Matteis junior zostali ułożeni przez Le Consort w bardzo spójną całość, trzymającą w przyjemnym napięciu od początku do końca koncertu. Duża w tym zasługa znakomitego klawesynisty Justina Taylora, który w bardzo elegancki sposób kontrolował puls koncertu.

Najbardziej oczarował mnie jednak skrzypek Théotime Langlois de Swarte. I to wcale nie z powodu brawurowo wykonywanych szybkich części utworów z programu koncertu, a ze względu na klasę, którą pokazał w częściach wolnych, jak w w Grave z Sonaty D-dur op. 5 nr 1 Arcangelo Corellego, czy Largo z Sonaty triowej h-moll op. 2 nr 2, HWV 386b Georga Friedricha Händla. Przyznam szczerze, że dawno już nie słyszałem tak aksamitnego, ciepłego, miękkiego brzmienia skrzypiec i tak eleganckich, naturalnych, koronkowych i wysmakowanych zdobień.

Drugi z sobotnich koncertów wypełniły motety Marc-Antoine’a Charpentiera w wykonaniu zespołu Les Polysolistes w składzie Perrine Devillers – sopran, Aline Quentin – alt, Stephen Collardelle – tenor, Marc Mauillon – baryton i Pablo Acosta Martinez – bas. Wokalistom towarzyszyli Elena Andreyev – wiolonczela, Marianna Henriksson – klawesyn, organy oraz Jesenka Balic Zunic i Alicja Sierpińska – skrzypce. Zespół Les Polysolistes miał w Paradyżu swoją światową premierę. Artyści przygotowywali się do koncertu przez długi czas, jednak wszyscy razem spotkali się ze sobą dopiero w Paradyżu. Mimo to zespół zabrzmiał naprawdę dobrze. Przede wszystkim dzięki jego założycielowi Marc'owi Mauillon i fenomenalnej francuskiej sopranistce Perrine Devillers. Największe wrażenie wywarł na mnie przeszywający motet Sub Tuum praesidium, H. 28 oraz utwór, od którego zaczęła się moja fascynacja Charpentierem – Tristis est anima mea, H. 112.

Bardzo dobre wrażenie wywarli też instrumentaliści, szczególnie Elena Andreyev, która zdecydowanie i z uczuciem poprowadziła basso continuo i Marianna Henriksson, która porwała publiczność passacaglią d’Angleberta.

Na koniec w podróż po włoskim trecento zabrali nas Clara Brunet Vila – śpiew, Sophia Danilevskaia – fidel i Roger Helou – organetto, czyli również debiutujący tego dnia na estradzie zespół Le Souvenir. Muzyka włoskiego średniowiecza okazała się idealna na zakończenie wieczoru. Było intymnie i tajemniczo. Wyciszeni i naładowani pozytywną energią mogliśmy spokojnie wrócić do rzeczywistości.

Letni koncertowo-festiwalowy kalendarz jest zwariowany. W tym roku poukładał się tak, że w Paradyżu mogliśmy spędzić tylko jeden wieczór. Trochę szkoda, bo to naprawdę raj. Bardzo chcę do tego Raju wrócić.














B!LIVE | Świdnica, Festiwal Bachowski 2018



Chwilę przed wyjazdem powiedziałem Annie Rudnickiej, dyrektor Świdnickiego Ośrodka Kultury, że w Świdnicy czuję się jak w domu. I to wcale nie były słowa na wyrost.

W czasie Festiwalu Bachowskiego muzyką żyje całe miasto a Bacha widać dosłownie wszędzie. Na plakatach, banerach, słupach, w witrynach sklepów, na lodach, etykietach wina. No i na festiwalowym muralu. Bacha wytatuował sobie na ramieniu jeden z aniołów. Bacha też słychać. Z Wieży Ratuszowej co dwie godziny zamiast miejskiego hejnału płyną frazy Wariacji Goldbergowskich, a przez cały dzień z otwartych okien i drzwi rozrzuconych po całym mieście budynków dobiegają dźwięki prób. Najpiękniejsze są próby młodzieży z Akademii Bachowskiej. Bardzo znajome, choć zasnute nieco mgłą czasu, który upłynął od mojego własnego próbowania...

Najważniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że muzyką, Bachem, Festiwalem żyją ludzie. Mieszkańcy Świdnicy i przyjezdni. Bo to przecież ludzie tworzą rodzinną atmosferę. To oni przeoblekają rzeczywistość w kształt poetycki. To oni czynią miasto otwartym, życzliwym, uśmiechniętym, radosnym.

Radosnym. Przyjrzyjcie się proszę na filmie twarzom dziewczyn ze społecznego chóru festiwalowego. Sama radość!!!

Do zobaczenia za rok!


B!LIVE, Kromer Biecz Festival, cz. IV

Słów było już sporo. Czas na fotografie...

Kromer Biecz Festival 2018 w obiektywie Baroque Goes Nuts!




B!LIVE, Kromer Biecz Festival 2018, cz. III



W Bieczu czas płynie wolniej, spokojniej, szumy codzienności docierają w dużo mniejszym natężeniu. Festiwalowe koncerty zaczynają się po południu, jest więc czas, żeby skupić się na sobie. Swoich emocjach, myślach, potrzebach. Miałem sporo czasu na prawdziwe odpoczywanie. Bez gonitwy i zwyczajowego łatania dziur czasoprzestrzennych. W Bieczu nic nie musiałem.

Niedziela koncertowa zaczęła się w Binarowej, w drewnianym kościele p.w. św. Michała Archanioła wpisanym na listę kulturalnego dziedzictwa ludzkości UNESCO. To o nim swoją Starą pieśń na Binnarową napisał Miron Białoszewski. Z zewnątrz kościół specjalnie się nie wyróżnia, ale kiedy wejdzie się do środka, wywołuje zdumienie. Barokowe ołtarze; rzeźbione ławy; stropy, belki, arkady i ściany pokryte przedziwnymi, kolorowymi malowidłami; niezliczone rzeźby; tęcza, która dźwiga Pasję. I anioły. Nieprzebrane rzesze aniołów. Samych Michałów naliczyłem z pomocą proboszcza miejscowej parafii aż czterech; w tym tego, który spogląda na wszystko z samego szczytu głównego ołtarza.

[…]
Gdy prowadzili ołtarz,
święty Michał stał na szczycie,
trzymał miecz zapylony
i wagę z przydrożnym kurzem.
Ale pułap kwiecisty
kościoła
był za niski
dla archanioła,
więc przefrunął ponad chór,
wziął miecz, wagę,
na niej kurz
i tak czuwa.
[…]

Miron Białoszewski, "Stara pieśń na Binnarową"

W kościele pw. Św. Michała Archanioła zagrał w sobotę zespół Musica Graciana (Aleksandra Lesner, Marta Michalak – skrzypce barokowe; Radosław Dembiński – viola da gamba; Marcin Bajon – violone; Kamil Lis – pozytyw szkatulny), którym od klawesynu dyrygował Maksymilian Święch. Usłyszeliśmy program Pubblicato in Venezia, na który złożyły się utwory wydane w XVII wieku w Wenecji przez takich kompozytorów jak Biagio Marini, Giovanni Picchi, Salomone Rossi, Giovanni Battista Buonamente czy Marcin Mielczewski.

Słuchałem tego programu wcześniej już dwa razy, na koncercie w toruńskich Jordankach i w czasie transmisji internetowej z Forum Synagoga w Ostrowie Wielkopolskim. Za każdym razem, także w Binarowej, podziwiam pasję z jaką młodzi ludzie podchodzą do muzyki, świeżość, pozytywną energię, istną burzę uczuć. W Binarowej swoje dodała też natura. Na koniec koncertu zesłała burzę z piorunami. Była Moc!!!

W Binarowej usłyszeliśmy Wenecję wieku XVII, koncert finałowy Kromer Biecz Festival 2018 przeniósł nas do Wenecji osiemnastowiecznej. Program oparty na wokalno-instrumentalnych i instrumentalnych utworach Antonio Vivaldiego zaprezentowali w Kolegiacie pw. Bożego Ciała: Anna Radziejewska – mezzosopran oraz Royal Baroque Ensemble w składzie Grzegorz Lalek, Alicja Sierpińska – skrzypce barokowe; Małgorzata Feldgebel – altówka barokowa; Jakub Kościkiewicz – wiolonczela barokowa; Grzegorz Zimak – kontrabas barokowy i Henryk Kasperczak – teorba. Całością pokierowała od klawesynu Lilianna Stawarz.

Koncerty (i spektakle operowe) z udziałem tych artystów to zawsze gwarancja pięknych muzycznych wrażeń. Nie inaczej było w Bieczu.

Anna Radziejewska to mezzosopranistka światowego formatu, w niedzielę zawładnęła więc sercami i wyobraźnią słuchaczy. Każdą arią, każdym recytatywem malowała inne obrazy: raz wzruszające, intymne i subtelne; raz intensywne, dramatyczne i pełne żaru. Motyle w brzuchu wyczyniały niecodzienne harce.

Wyśmienicie zabrzmiał pod dyrekcją Lilianny Stawarz zespół instrumentalny. Po wykonanym porywająco Koncercie e-moll na smyczki i basso continuo, RV 134 Antonio Vivaldiego rozległy się gromkie oklaski, a siedzący przede mną Bruno Cocset zakrzyknął głośno: bravo! Rekomendacja to nie byle jaka. Bruno Cocset jest zdobywcą prestiżowej Premio Internazionale Antonio Vivaldi, nagrody przyznawanej za wybitne nagrania włoskiej muzyki dawnej przez Istituto Italiano Antonio Vivaldi.

W czasie koncertu zespół wykonał też Musette i Menueta z opery Georga Friedricha Händla Alcina, HWV 34. Cała opera będzie miała swoją premierę już we wrześniu na IV Festiwalu Oper Barokowych Dramma per Musica w Warszawie (Festiwal Oper Barokowych Dramma per Musica). Apetyt został zaostrzony.

Na bis usłyszeliśmy przepiękne, senne arioso Manlio Sonno, se pur sei sonno z trzeciego aktu opery Tito Manlio Antonio Vivaldiego oraz pieśń Do Ludmiły Karola Kurpińskiego, po której przez publiczność przebiegł szmer: za krótko, za krótko…

Wszystko co, dobre kiedyś się jednak kończy. Kiedy w poniedziałek rano patrzyłem z okna pociągu na znikające powoli średniowieczne miasto na zielonym wzgórzu, zrobiło mi się najzwyczajniej w świecie smutno. Żal się było żegnać…

cdn...

B!FEST, Barok na Spiszu 2018

Dokładnie za tydzień, 15 sierpnia we Frydmanie swoje biblijne opowieści zaczyna snuć festiwal Barok na Spiszu. Na początek Adam i Ewa. Program Spod rajskiej jabłoni do arkadyjskich gajów wykonają Katarzyna Wiwer, Joanna Solecka i Tomasz Ślusarczyk.

18 sierpnia w Łapszach Wyżnych - Florilegium musicum, czyli utwory na obój i organy skrzyniowe w wykonaniu Rafaela Gabriela Przybyły i Dariusza Hajdukiewicza a następnego dnia w Jurgowie - Sonaty Misteryjne Heinricha Ignaza Franza von Bibera (wybór) i Zbigniew Pilch z towarzyszeniem Marty Niedźwieckiej na pozytywie.

Następny koncert - z którego obiecuję relację - odbędzie się 23 sierpnia w Krempachach. Utwory inspirowane Pieśnią nad Pieśniami usłyszymy w interpretacji Hildy Gulyas - sopran, Scepus Baroque (Spisz) i La Nuove Musiche (Słowacja).

Prawdziwa gratka czeka melomanów na zakończenie Festiwalu. 26 sierpnia w Niedzicy w świat Psalmów Dawidowych Salomone Rossiego, włoskiego skrzypka i kompozytora pochodzenia żydowskiego, skomponowanych do oryginalnych tekstów hebrajskich wprowadzi nas Sceptus Baroque w składzie:

Katarzyna Wiwer – sopran
Liliana Pociecha - sopran
Marcin Liweń – alt
Łukasz Wilda – tenor
Andrzej Zawisza – bas
Teresa Piech – skrzypce barokowe
Judyta Tupczyńska – skrzypce barokowe
Marcin Szelest – pozytyw, kierownictwo artystyczne.

Szczegóły wszystkich koncertów oraz wydarzeń towarzyszących można znaleźć na załączonym plakacie oraz na stronie:
http://baroknaspiszu.pl/barok-na-spiszu-2018.html

Zajrzyjcie także do Barokowego Rozkładu Jazdy:
https://tockify.com/barokowyrozkladjazdy/pinboard?search=spisz

B!LIVE, Kromer Biecz Festival 2018




W zielonym wzgórzu
utkali gotykiem
gród
złotników
pasamoników
białoskórników
[…]
Tkali gród na wzgórzu,
tkali gród średniowieczny…


(Miron Białoszewski, "Średniowieczny gobelin o Bieczu")

Dawno, dawno temu bywałem w Bieczu często. Nawet bardzo. Zajmowałem się przemysłem naftowym i obowiązki wzywały mnie regularnie do Rafinerii w Jaśle i Rafinerii Nafty Glimar w Gorlicach. A że Biecz jest mniej więcej w połowie drogi, był zwykle moją bazą. Wstyd przyznać, ale nie miałem wtedy ani czasu, ani szczególnej potrzeby poznawania miasta. Wspomnienia z tamtych czasów jednak pozostały. Różne. I takie mrożące krew w żyłach, jak palenie papierosów z panią Halinką przy działającej instalacji do przerobu ropy w Gorlicach, i przemiłe, jak słoiki z marynowanymi rydzami, które dostawałem w Jaśle od pana Stasia…

Czasoprzestrzeń wykręciła niezłego pirueta i teraz jadę do Biecza zupełnie po coś innego. Bardzo miłym pretekstem do tego wyjazdu stało się zaproszenie od organizatorów Kromer Biecz Festival. W końcu zobaczę od właściwej strony miasto, które jest nazywane małym Krakowem lub polskim Carcassonne; posłucham muzyki we wnętrzach zabytkowych bieckich kościołów; zanurzę się w atmosferę miasteczka; poznam ludzi, którzy tam mieszkają. Po prostu.

W tym roku Kromer Biecz Festiwal odbędzie się od 1 do 5 sierpnia. Będziemy mogli usłuszeć na nim: mocne brzmienie historycznych instrumentów dętych w wykonaniu zespołu Oltremontano z Antwerpii; zespół wokalny Triplum; słynny ze swoich interpretacji polifonii renesansowej Huelgas Ensemble; Chór Polskiego Radia i zespół viol renesansowych kierowany przez Agnieszkę Budzińską-Bennet, którzy wykonają Psalmy Mikołaja Gomółki, a także Annę Radziejewską i Royal Baroque Ensemble pod dyrekcją Lilianny Stawarz w przebojowym programie Barocco Amato. Wystąpią też znakomici soliści. Bruno Cocset wykona na dwóch koncertach Suity wiolonczelowe, BWV 1007-1012, Johanna Sebastiana Bacha; Léon Berben zagra na klawesynie i organach kompozycje Jana Pieterszoona Sweelincka, a także utwory pochodzące z Tabulatury Jana z Lublina i Tabulatury Gdańskiej; Anna Zawisza i Anna Wiktoria Swoboda zaprezentują program Miłość niebiańska i Miłość ziemska a Sławomir Zubrzycki zagra na violi organista, instrumencie zrekonstruowanym na podstawie Codice Atlantico Leonarda da Vinci.

Dzięki festiwalowi będzie można też poznać okolice Biecza. W Binarowej,  we wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO drewnianym kościele św. Michała Archanioła zagra zespół Musica Graciana, którym od klawesynu zadyryguje Maksymilian Święch. Kościół w Binarowej od zawsze inspiruje artystów. W 1889 roku Stanisław Wyspiański i Józef Mehoffer wykonali wiele szkiców kościoła w czasie wycieczki naukowej ze Szkołą Sztuk Pięknych, a przywołany na początku Miron Białoszewski napisał po spotkaniu z kościółkiem Starą pieśń na Binnarową, przez wielu uważaną za jeden z najpiękniejszych polskich wierszy XX wieku. Coś w tym jest…

[...]
O Anioły-Stróże,
o deski w różnym kolorze
od kaplicy swojej wyjdźcie,
tęczę z drewna nam pokażcie,
w skrzyp cichuśki i lekkuśki
odemknijcie drzwi kościoła.

Otworzyły!
[...]


B!FEST, Barokowe Eksploracje w Szczawnicy


Pierwszy raz w Szczawnicy byłem w maju tego roku. Pojechałem wtedy odwiedzić Agnieszkę Żarską i Baroque Collegium 1685 w czasie prób do koncertu Wielkanoc Jana Sabastiana Bacha.

Szczawnicę znałem już jednak całkiem dobrze. Kiedy byłem dzieckiem babcia opowiadała mi o swoich rodzinnych wakacjach. O Grajcarku, Wąwozie Homole, spływie Dunajcem i sztuczkach flisackich, o Pieninach, Czorsztynie i Niedzicy. Mama dopowiadała całkiem pikantną historię o tym, jak mój tata - wtedy jeszcze narzeczony mamy - wynajął sobie potajemnie kwaterę w Szczawnicy, a kiedy babcia się o tym dowiedziała, kategorycznie kazała z tego zrezygnować i wprowadzić się tacie do nich. Taka z niej była postępowa socjalistka. Lewica z ideałami.

O tym wszystkim przypomniałem sobie, kiedy przejechałem w maju most na Dunajcu. Zakochałem się w Szczawnicy i w Pieninach od pierwszego wejrzenia. Obiecałem też sobie, że kiedyś spędzę tam więcej nic kilka godzin.

Okazja nadarzy się już w sierpniu, kiedy w Szczawnicy odbędą się w ramach Barokowych Eksploracji dwa koncerty:

22 sierpnia - Muzio Scevola, barokowa opera-pasticcio, której autorami są Filippo Amadei, Giovanni Battista Bononcini i Georg Friedrich Händel. Będzie to polska premiera zrekonstruowanej opery, która swoją premierę światową miała w czerwcu w ramach  jednego z najważniejszych festiwali muzyki Händla na świecie - Händel-Festspiele w Halle. Muzio Scevola będzie wystawiony w Dworku Gościnnym w Szczawnicy z udziałem ponad 50 artystów z Czech  i Francji w tym solistów, orkiestry barokowej Musica Florea i zespołu Hartig Ensemble, specjalizującego się w rekonstrukcji dawnego baletu i tańca. Reżyserem przedstawienia jest Lorenzo Charoy a całością zadyryguje Marek Štryncl.

24 sierpnia - kantaty: Ich habe genug, BWV 82; Ach Gott, wie manches Herzeleid, BWV 58 i Meine Seel erhebt den Herren, BWV 10 Johanna Sebastiana Bacha wykonają Ewa Leszczyńska - sopran, Helena Poczykowska - alt, Davide Fior - tenor oraz Baroque Collegium 1685 pod dyrekcją Agnieszki Żarskiej. W roli gwiazdy wystąpi holenderski bas Peter Kooij, który należy do grona najlepszych interpretatorów muzyki J.S.Bacha na świecie.

Jeśli nie macie jeszcze sprecyzowanych planów urlopowych, warto pomyśleć o sierpniowym wypadzie do Szczawnicy. Tym bardziej, że całkiem blisko, tuż po drugiej stronie Dunajca będzie się odbywał w tym samym czasie (na szczęście w inne dni... uff...) inny barokowy festiwal - Barok na Spiszu.

Baroque Goes Nuts ma zaszczyt być partnerem medialnym zarówno Barokowych Eksploracji, jak i Baroku na Spiszu, możecie więc być pewni dalszych zapowiedzi, a potem szczegółowych relacji z koncertów.




B!FEST, Kolbudy: Młoda Muzyka Dawna



Dzieje się na Kaszubach!!!

Dwa następne weekendy będą należały na Kaszubach - a konkretnie w gminie Kolbudy niedaleko Gdańska - do muzyki dawnej i związanych z nią ARTrakcji. Wszystko za sprawą minifestiwalu Młoda Muzyka Dawna.

"Młoda jest określeniem nawiązującym nie tyle do wieku artysty, lecz jego podejścia do sztuki" – piszą organizatorzy festiwalu. "Jakiego podejścia do muzyki szukamy? Szukamy interpretacji, które poruszają. Oddania, naiwnej wiary i kreatywności – cech często charakterystycznych dla młodości. Dalecy od rutyny w odpowiedzialny sposób staramy się przekraczać nasze bariery. Bariery techniczne, emocjonalne czy interpretacyjne. Przy czym używając naszej muzycznej wrażliwości staramy się nie nadużywać przysługującej nam swobody interpretacyjnej…"

Młoda Muzyka Dawna to koncerty, warsztaty dla dzieci, potańcówka, śniadanie z muzykami, spacer po lesie. Prawdziwe świętowanie!

Szczegółów wszystkich wydarzeń szukajcie na stronie organizatorów - Młoda Muzyka Dawna a koncertów także w Barokowym Rozkładzie Jazdy: BRJ: Młoda Muzyka Dawna


Niedługo na Baroque Goes Nuts! relacja z Kaszub. Wybieram się tam w przyszłym tygodniu na potańcówkę i koncert, na którym koreańska sopranistka Eunsoo Jang oraz zespół instrumentów historycznych Modus Consor wykonają Il delirio amoroso, HWV 99 Georga Friedricha Händla oraz jedną z moich ulubionych kantat Bacha - Weichet nur, betrübte Schatten, BWV 202, z której pochodzi cudowna aria-gawot, do której posłuchania Was zapraszam.

Sehet in Zufriedenheit
Tausend helle Wohlfahrtstage,
Dass bald bei der FolgCezeit
Eure Liebe Blumen trage!

(Wyglądajcie w zadowoleniu tysięcy jasnych dni pomyślności,
które wkrótce przyniosą waszej miłości kwiaty)

Troszkę więcej o Weichet nur, betrübte Schatten, najbardziej chyba rozerotyzowanej kantacie Bacha znajdziecie także tutaj: Laetare, Weichet nur 

B!FEST, Barok w Radości



Już w najbliższą niedzielę (17.06) odbędzie się pierwszy koncert tegorocznej edycji festiwalu Barok w Radości, recital mistrzowski Jeremy'ego Westa (cynk).

Następne koncerty zapowiadają się równie interesująco: w niedzielę 24 czerwca zespół La Tempesta zaprezentuje repertuar ze swej najnowszej płyty z muzyką Mikołaja Zieleńskiego, w sobotę 30 czerwca Nieszpory Mikołaja Gomółki zabrzmią w wykonaniu zespołu Sabionetta, a na finał - w niedzielę 8 lipca - usłyszymy arie i duety Jana Sebastiana Bacha pisane w stylu polskim.

Szczegóły wszystkich koncertów można znaleźć na stronach organizatorów: FB Barok w Radości i La Tempesta

oraz w Barokowym Rozkładzie Jazdy: BRJ: Barok w Radości



B!LIVE, XXV Bydgoski Festiwal Operowy, cz. 2



Pierwsza część relacji z barokowego XXV Bydgoskiego Festiwalu Operowego była poświęcona przede wszystkim Herculesowi Georga Friedricha Händla, którego do Opery Nova w Bydgoszczy przywiózł Nationaltheater Mannheim Bydgoski Festiwal Operowy, cz. II

Dziś, ze sporym dystansem, z wielu powodów także i czasowym, o Il Trespolo Tutore Alessandra Stradelli, przedstawieniu Instytutu Opery, które mogliśmy zobaczyć w ramach  towarzyszącego festiwalowi 11. Operowego Forum Młodych oraz o największym festiwalowym rozczarowaniu - Naïs w wykonaniu Il Giardino d'Amore.

Instytut Opery, wspólny projekt warszawskich uczelni artystycznych: Akademii Teatralnej im. A. Zelwerowicza, Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina i Akademii Sztuk Pięknych wystawił w Bydgoszczy operę buffa Alessandra Stradelli Il Trespolo tutore w reżyserii Pawła Paszty. Przedstawienie wypadło bardzo zgrabnie, zarówno jeśli chodzi o warstwę muzyczną, jak i plastyczną inscenizacji. Skromna, ale dopracowana scenografia z ruchomymi elementami; pomysłowe i barwne kostiumy, zabawa rekwizytami i ich wykorzystanie jako dodatkowych nośników treści libretta oraz włączenie się aktorów w zmiany dekoracji nadało przedstawieniu plastyczności i dynamiki.

Bardzo dobrze spisali się soliści. Największe wrażenie wywarła na mnie zjawiskowa Anna Parysz jako Ciro. Jej rola była stylowa i dopracowana muzycznie w każdym szczególe, bardzo wiarygodnie przeprowadziła też zmianę wewnętrzną swojego bohatera. Ciekawą kreację stworzył także Paweł Kowalewski jako Simona. Było czysto, precyzyjnie, interesująco i... dowcipnie. 

Warstwę instrumentalną wykonała Orkiestra Instrumentów Historycznych Zakładu Muzyki Dawnej UMFC. I był to chyba największy zgrzyt studenckiego przedstawienia, bo poza instrumentami historycznymi okazały się melomanom instrumenty całkowicie wyjęte z kontekstu: zupełnie niebarokowa harfa i prawdziwe monstrum: keyboard z podłączonym głośnikiem. Ze współczuciem patrzyłem w czasie przedstawienia na organistkę, która pięknie wyrażała swoje emocje przy klawiaturze tego pseudopozytywu.

Na koniec o Naïs. Napisałem w jednym z poprzednich tekstów, że Naïs była dla mnie ogromnym rozczarowaniem. W dyskusji, która się rozwinęła obiecałem, że napiszę choć kilka słów o powodach tego rozczarowania. Jeden z czytelników napisał, że brzmienie orkiestry było wspaniałe. To prawda, orkiestra w uwerturze mnie oczarowała, potem nie było już tak dobrze. Brzmienie zespołu instrumentalnego było mało zróżnicowane, statyczne i ciężkie. Wielka szkoda, że instrumentaliści nie czerpali z pasji, elegancji, żywiołowości i lekkości dyrygującego całością Stefana Plewniaka. Dziwi to tym bardziej, że wielu z występujących w Bydgoszczy instrumentalistów znam ze znacznie lepszej strony z koncertów z innymi zespołami.

Zasiedziałą orkiestrę dałoby się jeszcze zaakceptować, co innego to, co pokazali wokaliści, a szczególnie para głównych bohaterów: Sean Clayton (Neptun) i Natalia Kawałek (Naïs). Sean Clayton to uznany tenor, występujący z najlepszymi zespołami na świecie, było więc bardziej niż zaskakujące, że nie wykonał czysto i precyzyjnie praktycznie żadnej ze swoich partii, a melizmaty brzmiały bardziej jak glissanda z nieokreślonym początkiem i końcem. 

Natalia Kawałek dysponuje mocnym i czystym głosem, to rzecz pewna. Niestety postawiła za bardzo na tę moc - w Bydgoszczy nie brzmiała, ale raczej grzmiała od początku do końca przedstawienia, niezależnie od tego, czy śpiewała o ptaszkach, czy o mękach. Była więc raczej jak bogini mądrości i wojny Minerwa albo królowa bogów Junona a nie nimfa Naïs. Z pastorale héroïque Rameau zostało tylko héroïque.

Bardzo dobre wrażenie wywarli na mnie jedynie Cécile Achille - sopran i Etienne Bazola – baryton. Oboje osadzili swoje role w charakterystycznym dla Rameau stylu, śpiewali  precyzyjnie, czysto, byli też wiarygodni, może także i dlatego, że jako jedyni z solistów spróbowali wprowadzić do swoich ról bardziej urozmaicony ruch sceniczny. Szczególne brawa należą się Cécile Achille, która w czasie wykonywania swoich partii dołączała do tancerzy i bezbłędnie wykonywała razem z nimi układy choreograficzne. Jakże to było różne od pary głównych bohaterów, których repertuar ruchów scenicznych ograniczył się do powolnych i majestatycznych ruchów rękoma.

W dużej kontrze do całości stał też chór – lekki, wielobarwny, interesujący i chyba najbardziej „francuski” ze wszystkich elementów przedstawienia.

Piękno muzyki tkwi między innymi w tym, że każdy odbiera ją inaczej, że w każdym z nas budzi inne emocje. Siłą muzyki jest też jej różnorodność. Bydgoski Festiwal Operowy to święto, w czasie którego melomani mogą wziąć udział w wydarzeniach naprawdę niezwykłych. Tym większe podziękowanie należy się organizatorom festiwalu za to, że zdecydowali się zaprosić do tego świętowania, także i muzykę dawną.


***
11. Operowe Forum Młodych
wydarzenie towarzyszące XXV Bydgoskiego Festiwalu Operowego

28.04.2018

Alessandro Stradella (1639-1682)
Il Trespolo tutore

Trespolo - Andrzej Lenart
Artemisia - Milena Lange
Ciro - Anna Parysz
Nino - Weronika Rabek
Simona - Paweł Kowalewski
Despina - Agnieszka Grala

dyrygent - Andrea de Carlo
reżyseria - Paweł Paszta
scenografia - Maciej Krajewski (ASP)
oprawa graficzna - Maja Żurawiecka (ASP)
kostiumy - Marta Kodeniec
charakteryzacja - Anna Sawicka

***

XXV Bydgoski Festiwal Operowy

30.04.2018

Jean-Philippe Rameau
NAÏS opéra-ballet / pastorale héroïque 

Il Giardino d’Amore

Stefan Plewniak - dyrygent 

Naïs - Natalia Kawałek
Neptun - Sean Clayton
Asterion - Erwin Aros Aravenna
Flore, Première & Deuxième Bergère - Cécile Achille
Jupiter, Telenus - David Witczak
Pluton, Tiresie, Palemon - Etienne Bazola

Reżyseria: Olivier Lexa 
Projekcje: Adam Nys
Choreografia: Iwona Runowska 
Reżyseria świateł: Maciej Igielski





B!FEST, Nasz Telemann




Dziś rozpoczęła się druga odsłona cyklu Nasz Telemann. W miastach i wsiach Ziemi Lubuskiej, Wielkopolski i Dolnego Śląska odbędzie się w najbliższych 3 tygodniach ponad 30 koncertów poświęconych polskim wątkom w muzyce baroku i renesansu. Usłyszymy nie tylko dzieła bohatera tytułowego festiwalu, ale też kompozycje Johanna Sebastiana Bacha, Georga Friedricha Händla, Antonio Vivaldiego i wielu innych. 

Wśród wykonawców pojawią się międzynarodowa formacja KORE, znakomita klawesynistka Joanna Boślak-Górniok, jeden z najlepszych polskich lutnistów Michał Gondko, fińska skrzypaczka Aira Maria Lehtipuu, szwajcarska flecistka Corina Marti, gambiści Teodoro Baù i Robin Pharo, a także Adam Kaiser grający na... koźle weselnym!

Pięknie piszą o cyklu "Nasz Telemann" organizatorzy:

"Pretekstem do ubiegłorocznego lubusko-dolnośląsko-wielkopolskiego spotkania z muzyką Jerzego Filipa Telemanna była 250 rocznica jego śmierci. W tym roku nie możemy się już schować za żadną tego typu okolicznością i chyba wcale tego nie potrzebujemy. Pierwsza edycja projektu potwierdziła tylko nasze przekonanie, że warto o Telemannie, jego twórczości i jego świecie opowiadać, zwłaszcza tam, gdzie sam przebywał lub gdzie przy pewnym zbiegu okoliczności mógł łatwo się znaleźć. Dwa czerwcowe tygodnie pokazały nam też, jak barwne kulturowo są regiony Polski, które odwiedzaliśmy i jak intrygująco przenika się w nich historia i współczesność, jak wiele jest jeszcze tematów do odkrycia i jak ważne jest opowiadanie o nich, także przy pomocy muzyki."
***

NASZ TELEMANN 2018
Ziemia Lubuska – Dolny Śląsk – Wielkopolska

5–24 czerwca 2018

Koncerty na Ziemi Lubuskiej: Brody, Międzyrzecz, Wysoka k. Międzyrzecza, Ochla k. Zielonej Góry, Żagań, Żary

Koncerty na Dolnym Śląsku: Dzierżoniów, Głogów

Koncerty w Wielkopolsce: Grodzisk Wielkopolski, Nowy Tomyśl, Zbąszyń
Szczegóły wszystkich koncertów można znaleźć na stronie organizatorów: http://www.nasztelemann.pl/

oraz w barokowym Rozkładzie Jazdy:

Gdańsk: ORGANy PLUS+ 2018 wiosna



Dzieje się w Gdańsku!!!

W dniach 3-7 czerwca 2018 roku w gdańskim Kościele Świętej Trójcy odbędzie się wiosenna odsłona festiwalu ORGANy PLUS+. To edycja wyjątkowa. Po raz pierwszy usłyszymy bowiem pełne brzmienie niezwykłych barokowych organów.

Stało się. Po siedemdziesięciu pięciu latach od zakończenia drugiej wojny światowej, po piętnastu latach starań i dziesięciu latach wytężonych prac konserwatorskich i organmistrzowskich, po raz pierwszy w tym roku będziemy mogli podziwiać pełne możliwości brzmieniowe zrekonstruowanego instrumentu we franciszkańskim kościele pw. Św. Trójcy na gdańskim Starym Przedmieściu.

Tak się szczęśliwie złożyło, że rok 2018 to także jubileusz czterechsetlecia powstania tych niezwykłych organów. Czwarty już festiwal ORGANy PLUS+ da nam szansę świętowania i posłuchania pięknej muzyki rozbrzmiewającej z jedynego w Polsce muzycznego Lektorium, w niezmienionej od 500 lat gotyckiej akustyce, w sposób nieosiągalny nigdzie indziej (...) - pisze o festiwalu jego dyrektor Andrzej Szadejko.

Szczegóły festiwalowych koncertów można znaleźć na stronie organizatorów: 

oraz w Barokowym Rozkładzie Jazdy: BRJ - ORGANy PLUS+


B!LIVE, Actus Humanus Resurrectio 2018, dzień 5



W niedzielę wybrzmiały ostatnie akordy Actus Humanus Resurrectio 2018.

Po południu w Sali Mieszczańskiej Ratusza Staromiejskiego usłyszeliśmy 6 duetów koncertujących na skrzypce i altówkę Antonio Bartolomeo Bruniego (1757-1821). Choć Bruni urodził się i umarł w Cuneo we Włoszech, większość życia spędził w Paryżu. Jak dowiedzieliśmy się z zapowiedzi przed koncertem, był konformistą, potrafił znaleźć dla siebie miejsce i zdobyć przychylność wszystkich frakcji w burzliwym we Francji czasie na przełomie XVIII i XIX wieku. Za przykład niech wystarczy, że w czasie Wielkiej Rewolucji Francuskiej był odpowiedzialny za inwentaryzację instrumentów muzycznych, które zachowały się w domach arystokratów skazanych w czasie Wielkiego Terroru, czasem tych samych, z których mecenatu korzystał przed rewolucją.

Utwory Bruniego wykonali Katarzyna Anna Olszewska na skrzypcach i Dymitr Olszewski na altówce. Rodzinny duet zaprezentował się z bardzo dobrej strony, czuć było w ich graniu duże wzajemne zrozumienie, pasję, czasami wręcz żar, jak w polonezie z czwartego duetu. Same kompozycje mnie jednak nie zachwyciły. Sporo w nich było powtarzalności, dłużyzn, niekończących się zakończeń. Za długi był też sam koncert. Duża część publiczności musiała przejść z ratusza do Centrum św. Jana, dwadzieścia minut pomiędzy koncertami to czas zdecydowanie zbyt krótki. Tym bardziej szkoda, że nie starczyło go nawet na porządną porcję zasłużonych oklasków. 

Na finałowym koncercie w Centrum św. Jana pojawił się dobrze znany gdańskiej publiczności Ottavio Dantone ze swoim zepołem Accademia Bizantina oraz solistami: Sophie Rennert, Monicą Piccinini, Delphine Galou i Martinem Vanbergiem. Usłyszeliśmy oratorium Il trionfo del Tempo e del Disinganno (Triumf Czasu i Rozczarowania), HWV 46 Georga Friedricha Händla; pierwsze oratorium, które w ogóle skomponował. Powstało niedługo po przyjeździe Händla do Rzymu i zostało wykonane po raz pierwszy 2 maja 1707 roku w pałacu przy Via del Corso należącym do jednego z jego rzymskich mecenasów, kardynała Benedetto Pamphiliego. Libretto, którego autorem jest sam kardynał Pamphili, to alegoryczny dyskurs czterech personifikacji: Piękna (Belezza), Przyjemności (Piacere), Rozczarowania (Disiganno) i Czasu (Tempo); uniwersalna przypowieść o ulotności doczesnego piękna, o nieuchronnym upływie czasu, o złudnej naturze rozkoszy. 

Ottavio Dantone i Accademia Bizantina dają gwarancję dobrego, pełnego emocji wykonania. Tak było w czasie poprzednich edycji Actus Humanus w oratoriach La Resurrezione i Mesjasz; tak było, kiedy na Zamku Piastów Śląskich w Oleśnicy kameralny zespół zagrał Die Kunst der Fuge Johanna Sebastiana Bacha, tak było i tym razem.  

Orkiestra dała z siebie wszystko i to zarówno w częściach instrumentalnych - w żywiołowej i pełnej pasji uwerturze, jak i w sonacie z pierwszej części, a właściwie: miniaturowym wirtuozowskim koncercie organowym. Mimo, że jest umieszczony w królestwie Przyjemności, jest raczej kontrapunktem, przypomnieniem, że to właśnie muzyka organowa miała dla kompozytora charakter ponadczasowy. Przez zupełny przypadek słuchałem następnego dnia na drugim końcu Polski takiego samego przypomnienia, podobnego koncertu organowego umieszczonego przez Händla ponad 30 lat później w Odzie na dzień św. Cecylii, HWV 76. Ale o tym już wkrótce w innej relacji.

Zespół instrumentalny idealnie współbrzmiał także z solistami, jak w arii Piękna Io vorrei due cori in seno, w której Monice Piccini towarzyszył cudowny duet lutni i klawesynu, w arii Crede l’uom ch’egli riposi w której melodia grana przez flety zdawała się delikatnie falować w przestrzeni Centrum św. Jana, czy w arii Piacere Tu giurasti di mai non lasciarmi, gdzie akompaniament smyczków, lutni, wiolonczeli i klawesynu był przejmujący i dramatyczny. Można by tak wyliczać bez końca. I tylko trochę żal mi  było oboistki, której instrument odmawiał czasami współpracy i która musiała go przez cały koncert czyścić, ogrzewać, przedmuchiwać… 

Śpiewacy także spisali się świetnie. Po pierwsze cała czwórka była bardzo dobrze do siebie dopasowana, dopracowane były nie tylko arie solowe, ale też duety (pięknie zgrany i precyzyjny duet Belezzy i Piacere Il voler nel fior degl’anni) i kwartety, np. niezwykłe Voglio Tempo per risolvere. 

Najbardziej znaną arią z oratorium Triumf Czasu i Rozczarowania jest Lascia la spina, której materiał muzyczny został potem wykorzystany przez Händla w arii Lascia ch’io pianga w operze Rinaldo. Sophie Rennert wykonała ją znakomicie. Z jednej strony była delikatna i skromna, z drugiej posągowa i zdystansowana. Róże i ciernie... A jeśli dodać do tego świetną współpracę Ottavia Dantone na klawesynie i Michele Pasottiego na lutni (tego samego, który poprowadził zespół La Fonte Musica w czasie niezapomniego koncertu Enigma Fortuna na ubiegłorocznym Festiwalu Bachowskim w Świdnicy), dostajemy prawdziwą perełkę.

O Martinie Vanbergu napisałem po ubiegłorocznym wykonaniu La Resurrezione, że ilość i różnorodność brzmień, które usłyszeliśmy szła w parze z wielką precyzją i bardzo wysoką jakością wykonania. Tym razem to właśnie Martin Vanberg był dla mnie gwiazdą niedzielnego koncertu. Wyrazisty, zjawiskowy, wiarygodny. W mistrzowsko wykonanej arii Urne voi, che racchiudete był zdecydowany i przejmujący, a kiedy zaśpiewał o sztormie w arii È ben folle quel nocchier, w Centrum św. Jana mieliśmy prawdziwy sztorm emocji.

Delphine Galou darzę dużą sympatią. Bardzo miło było posłuchać jej znowu: choć zaśpiewała partię Rozczarowania, rozczarowania nie było wcale. Była za to postać z charakterem, gra aktorska i głęboki, charakterystyczny alt, który najbardziej ujął mnie w arii Più non cura valle oscura, w której dodatkowo bardzo dobrze współgrał z pięknym solo fletu.

Sporo pracy miała w niedzielę Monica Piccini, ale bardzo dobrze rozłożyła siły i brzmiała równo i doskonale od początku do końca oratorium. Do niej właśnie, we wzruszającej arii Tu del Ciel ministro eletto, należały ostatnie dźwięki Il Trionfo del Tempo e Desinganno. Był to jednocześnie ostatni akcent wielkanocnej edycji festiwalu Actus Humanus.

Będę z niecierpliwością czekać na następną odsłonę Actus Humanus. Będę też trochę tęsknić za jego niepowtarzalną atmosferą; rozmowami z ludźmi, którzy tę wyjątkową atmosferę współtworzą; za niespodziewanymi spotkaniami; interakcjami z czytelnikami na bieżąco komentującymi festiwalowe relacje; za wymienianiem uśmiechów z innymi melomanami; za magicznymi wnętrzami gdańskich zabytków; za podążaniem za głosem carillonów; za tym bezcennym dla mnie poczuciem przynależności do czasu i do miejsca.

Do zobaczenia!