Wszystkie posty

jeszcze więcej do czytania...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gdańsk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gdańsk. Pokaż wszystkie posty

B!LIVE, Actus Humanus Nativitas 2019, dz. 5 | Jam z Niebios zszedł



W niedzielę gdański festiwal Actus Humanus nabrał dla mnie - ale też pewnie dla wielu innych uczestników - nowego wymiaru. Zacząłem o nim myśleć jak o festiwalu społecznym. I wcale nie chodzi o przyjacielskie spotkania, niezliczone rozmowy, nawiązywane relacje, poczucie wspólnoty. Tak było zawsze. W czasie ostatniego dnia festiwalu stało się coś niezapomnianego i pięknego. Organizatorzy zaprosili melomanów do współtworzenia muzyki.

Okazja była przednia. Na koncercie finałowym Gabrieli Consort & Players pod dyrekcją Paula McCreesha wykonali zrekonstruowaną na podstawie traktatów Michaela Praetoriusa luterańską Mszę na Boże Narodzenie. Tak mogła brzmieć w Święta roku 1620. Protestanci są rozśpiewani, jedną z głównych ról w protestanckich nabożeństwach odgrywają wierni. W Christmette kongregacja wykonuje cztery hymny. Nie śpiewałem w chórze, lekko licząc 30 lat, wyzwanie było więc spore. Na szczęście można się było do tego występu przygotować. W Ratuszu Staromiejskim próbę poprowadził wczesnym popołudniem prof. Marcin Tomczak, dyrygent Akademickiego Chóru Uniwersytetu Gdańskiego, a bezpośrednio przed koncertem ostatnich wskazówek udzielał nam sam Paul McCreesh. A potem było już wspólne śpiewanie. Czysta radość!!!

Sam koncert był szczególny także z innych powodów. Wielkie zaciekawienie publiczności wzbudziło zgromadzone w Centrum św. Jana instrumentarium. Przyznam, że spędziłem trochę czasu w Internecie, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o instrumentach, które widziałem w Gdańsku pierwszy raz w życiu: o brzęczącym niskim basem rakecie, zwanym też rzektem lub ranketem; o kilkumetrowym pomorcie albo o krummhornie czyli krzywuli. Były też cynki, dulciany, szałamaje, barokowe puzony czy protoplasta wiolonczeli – bas-geig. Pojawiły się aż cztery instrumenty klawiszowe – regał, wirginał, klawesyn i pozytyw. Na tym ostatnim zagrał po mistrzowsku William Whitehead.

Koncert był dla zespołu wielkim wyzwaniem logistycznym. Nawet w ramach poszczególnych części artyści nieustannie zmieniali się miejscami, krążyli też po całym kościele. Wykorzystano nie tylko zbudowaną z przodu scenę i przestrzeń z tyłu, pod odrestaurowanym ołtarzem św. Jana Chrzciciela, ale też znajdujące się na kilku poziomach nad sceną balkony. Być może właśnie takie wrażenia akustyczne mieli wierni w XVII wieku. W wielu kościołach protestanckich zespoły muzyczne grają i śpiewają właśnie z poziomu umieszczonych wysoko empor, muzyka zdaje się wtedy spływać na słuchaczy z nieba. Dokładnie jak w śpiewanym przez nas chorale:

Vom Himmel hoch, da komm' ich her.
Ich bring' euch gute neue Mär,
Der guten Mär bring' ich so viel,
Davon ich sing'n und sagen will.

Jam z Niebios zszedł by nową wieść
Zbawienną, dobrą dla was nieść,
Z tej dobrej wieści wiele wam
Ogłosić i wyśpiewać mam.

Ostatniego dnia festiwalu odbył się jeszcze jeden koncert. Suity francuskie BWV 812-817 Johanna Sebastiana Bacha wykonała w Ratuszu Staromiejskim Lilianna Stawarz. Rzadko można usłyszeć Suity francuskie na koncercie, a szkoda, bo to utwory finezyjne i pełne dramaturgii. I dzięki muzyce Bacha i interpretacji Lilianny Stawarz koncert był jedną z perełek, które zdarzają się w czasie Actus Humanus. Suity były zdobne (lecz nie przeładowane ozdobnikami), eleganckie i swobodne. Przede wszystkim jednak – może z wyjątkiem pierwszych części zagranej po przerwie IV Suity – wprowadzały spokój i skutecznie odrywały od zgiełku codzienności.

Kolejna edycja Actus Humanus za nami. Będzie mi brakowało Gdańska, festiwalu, spotkań z przyjaciółmi i z czytelnikami, dźwięku carillonów i wieczornych spacerów. Na szczęście wielkanocna edycja festiwalu już za niecałe cztery miesiące. Zapowiada się pięknie. Na koncertach popołudniowych wystąpią Agnieszka Budzińska-Bennett, Monika Kaźmierczak, Maria Pomianowska, Stefan Plewniak i Marcin Świątkiewicz, a wieczorami Marc Minkowski i Les Musiciens du Louvre, Peter Phillips i The Tallis Scholars, William Christie i Les Arts Florissants, Paul Van Nevel i Huelgas Ensemble oraz Akademie für Alte Musik Berlin.

Do zobaczenia w Gdańsku!!!

B!LIVE, Actus Humanus Nativitas 2019, dz. 3 | O spontanicznym śpiewaniu i gambowych superbohaterach


W 2014 roku Sonia Wronkowska odnalazła w zbiorach Biblioteki Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza zbiór nut pochodzący z pałacu rodziny Maltzan w Miliczu. „To były oprawione w skórę zeszyty. Otworzyła jeden z nich: na blisko stu kartach papieru czerpanego ciągnęły się długie szeregi nut zapisanych wprawną ręką kopisty. Sonaty na violę da gamba. Niektóre strony ktoś poprawiał: inna ręka, nerwowo i szybko, uzupełniała takty, o których zapomniał kopista. Na kolejnych kartach Sonia Wronkowska znalazła całe utwory zanotowane tym fantazyjnym charakterem pisma. Tu i ówdzie pojawiała się adnotacja, że autorem dzieł jest Carl Friedrich Abel. Poczuła w sobie żyłkę detektywa. Zajrzała do katalogu dzieł wszystkich Abla, który sporządził brytyjski muzykolog Peter Holman. Nie było tam utworów, które miała przed sobą. Wstrzymała oddech: nieznane sonaty Abla? To już zakrawało na sensację. A jeśli się okaże, że zapisane są ręką samego kompozytora? Na stronie internetowej British Library znalazła próbki jego pisma. – Było bardzo charakterystyczne. Obok klucza wiolinowego stawiał wbrew konwencji dwie kropki jak przy kluczu basowym, a klucz basowy pisał jak w lustrzanym odbiciu, skierowany w prawo, a nie w lewo – mówi młoda muzykolog. Peter Holman potwierdził: to był Abel.” ( z artykułu „Muzyczna detektyw. Kryminalna historia odnalezienia XVIII-wiecznego rękopisu” Anny S. Dębowskiej z 23 listopada 2016 roku, wyborcza.pl).

Trzeci dzień festiwalu Actus Humanus Nativitas 2019 rozpoczął się od recitalu Anny i Krzysztofa Firlusów, którzy wykonali pięć z odnalezionych w Poznaniu sonat Carla Friedricha Abla. Usłyszeliśmy cały przekrój tych kompozycji: od całkiem prostych, utrzymanych wyłącznie w stylu galant, do niemal romantycznych, wirtuozowskich sonat w stylu określanym z niemieckiego jako Empfindsamerstil (styl wzmożonej uczuciowości). Bo takie właśnie były ostatnie sonaty zagrane przez Annę i Krzysztofa Firlusów na koncercie - osobiste, chwilami nawet intymne, a w innych fragmentach ogniste i żywiołowe. W jednej z kadencji Krzysztof Firlus wykonał też ukłon w kierunku Gdańska i gdańszczan i wplótł w kadencję fragment hejnału miasta. Gambista powiedział na koncercie, że gdyby mógł sobie wybrać gambowego superbohatera – byłby Ablem. Krzysztof Firlus mógłby być każdym gambowym superbohaterem, ale jeśli macie ochotę posłuchać Firlusa-Abla – to możliwe. Duet nagrał większość sonat, które znalazły się w programie koncertu dla wytwórni Dux (C.F. Abel, Sonatas from Maltzan Collection). Warto posłuchać tej płyty, bo zarówno utwory, jak i ich wykonania wprowadzają niezmiennie w dobry nastrój.

Wieczorem w gdańskim Dworze Artusa wystąpił legendarny Dominique Visse ze swoim Ensemble Clément Janequin. Usłyszeliśmy mszę bożonarodzeniową Hodie Christus Natus Est Palestriny zestawioną z szesnastowiecznymi francuskimi pieśniami nawiązującymi do Świąt. Dzięki Palestrinie był to wieczór pełen intymnych emocji i zadumy. Francuskie „Noëls” przyniosły za to wiele spontanicznej radości. Koniec koncertu był już zupełnie wesoły. Wspólnie z zespołem śpiewaliśmy francuską kolędę Minuit, chrétiens, którą w 1843 roku skomponował do słów Placide’a Cappeau Adolphe Adam. Pieśń zrobiła międzynarodową karierę. Ja śpiewałem ją po angielsku (O holy night! The stars are brightly shining)

W niedzielę pośpiewać będą mogli wszyscy uczestnicy uroczystego wieczornego koncertu na zamknięcie festiwalu. Wspólnie będą odśpiewane cztery hymny Praetoriusa z Christmette. Organizatorzy zapraszają wszystkich chętnych w niedzielę o 15:00 do Ratusza Staromiejskiego na lekcję śpiewania, którą poprowadzi prof. Marcin Tomczak. Tuż przed koncertem próbę przeprowadzi sam Paul McCreesh! Nuty można odebrać już dziś po koncercie w Dworze Artusa. Będą czekały na Was również w niedzielę w Ratuszu Staromiejskim i w Centrum św. Jana. Mogę też przysłać zdjęcia ;)

B!LIVE, Actus Humanu Nativitas 2019, dz. 2 | Świąteczne cuda



Cudem chyba, bo o przypadku mowy być nie może, zdążyłem na popołudniowy recital skrzypcowy Roberta Bachary w Ratuszu Głównego Miasta. Pamiętam dobrze, że kiedy po recitalu na Actus Humanus Resurrectio 2017 złożonym z trzech partit skrzypcowych Johanna Sebastiana Bacha, skrzypek zagrał na bis fragment partity Johanna Josepha Vilsmayra (1663-1722), pomyślałem, że to właśnie kompozycje dla niego. W bardzo rozbudowanych formalnie partitach Bacha trzeba od początku do końca dbać o spójność tej formy. Kompozycje starszego od Bacha o całe pokolenie Vilsmayra to zestawy preludiów i następujących po nich krótkich stylizowanych tańców. Kompozytor zastosował także – szczególnie dla celów brzmieniowych – skordaturę. 

Bachara potrafił to wszystko wykorzystać, grał partity praktycznie bez przerw, co nadało im charakteru niezwykłych fantazji, pełnych nagłych zwrotów akcji, szybkiego przechodzenia z grania bardzo osobistego, intymnego i subtelnego do żywiołowego i ognistego. Przy Particie III pomyślałem, że taki może być właśnie Robert Bachara. Nieodganiony, żywiołowy, zmienny, że targają nim czasem zupełnie skrajne emocje. Najważniejsze jednak, że w tych wszystkich zmiennych tempach, artykulacjach, rozwiązaniach dynamicznych i sonorystycznych partity Vilsmayra nie zostały poszatkowane na zbiór kontrastujących kawałków. W tej właśnie ciągłej zmienności Robert Bachara znalazł sposób na stworzenie z nich form jak najbardziej spójnych. To były trzy piękne, kolorowe muzyczne opowieści.

Wieczorem też zdarzały się cuda! W Dworze Artusa program złożony z koncertów fletowych Vivaldiego oraz koncertów bozonarodzeniowych Corellego, Torellego i Manfrediniego wykonali Giovanni Antonini i zespół Il Giardino Armonico. Chociaż koncert tak naprawdę wykonali Giovanni Antonini – flety proste, chalmeau, Stefano Barneschi – pierwsze skrzypce, Marco Bianchi – drugie skrzypce, Liana Mosca – altówka, Paolo Beschi – wiolonczela, Giancarlo de Frenza – violone, Michele Pasotti – teorba i Riccardo Doni – klawesyn. Dlaczego tak? Bo w czwartkowy wieczór siła zespołowego grania była ważna, ale ważny stał się też każdy z występujących w zespole instrumentalistów. To było wspólne muzykowanie, wymiana myśli muzycznych, wydobywanie z polifonicznych struktur koncertów poszczególnych partii instrumentalnych.

Do pierwszej części koncertu wprowadzono zmiany, dzięki nim mogliśmy posłuchać dwóch canzon Tarquinia Meruli: La Piva i La Lusignuola. Obie powstały w 1615 roku, jest więc całkiem możliwe, że słuchano ich w latach dwudziestychsiedemnastego wieku w Warszawie, kiedy Merula przebywał na dworze Zygmunta III. A to utwory piękne. Szczególnie „La Lusignuola”, pełna niezwykłych współbrzmień, ciekawych pomysłów polifonicznych i fragmentów z równomiernie wybijanym pulsem, kiedy aż chciało się tupać albo klaskać razem z zespołem.

Oprócz koncertów bożonarodzeniowych zostały pokazane melomanom także koncert fletowe wykonane brawurowo przez lidera zespołu Giovanniego Antoniniego. Ile tam było pasji, tańca z fletem, pięknego zdobienia partii. Publiczność reagowała na te popisowe wykonania bardzo spontanicznie. Najbardziej chyba jednak na najpopularniejszą kompozycję we wczorajszym zestawie. Koncert bożonarodzeniowy, a właściwie Concerto Grosso VIII g-moll op. 6 „Fatto per la notte di Natale”. Dawno nie słyszałem tak ciekawego wykonania tego koncertu. Zachwyciło mnie granie pierwszego skrzypka – Stefano Barneschiego – pełne eleganckich zdobień i improwizowanych wprowadzeń do kolejnych fraz oraz niesamowita swoboda w graniu, Paolo Beschi, który wydobył na wiolonczeli tematy i frazy, których dotąd nie znałem, a może raczej nie rozumiałem. I Michele Pasotti, który czynił cuda na teorbie.

Właśnie. Cuda. Ostatni zdarzył się na koniec koncertu. Zespół zdecydował się zagrać na bis Pastorale z koncertu Corellego, z fletem Giovanniego Antoniniego wzmacniającym we fragmentach partię pierwszych skrzypiec. Prawdziwe wzmocnienie przyszło jednak na końcu. Kiedy wybrzmiewały ostatnie nuty Pastorale swoje postanowił dodać zegar umieszczony nad głowami artystów. Zaczął cichutko, samym swoim mechanizmem taktować z terkotem godzinę dziesiątą. Idealnie o czasie i idealnie w pulsie. Takiego przeżycia się nie zapomina.

A dziś na Actus Humanus Krzysztof Firlus i Anna Firlus wykonają Carla Friedricha Abla, a wieczorem w Dworze Artusa w programie Hodie Christus natus est wystąpią Ensemble Clément Janequin i Dominique Visse. 


B!LIVE, Actus Humanus Nativitas, dz. 1



To niesamowite, jak serdeczna atmosfera, poczucie wspólnoty i muzyka potrafią odmienić nastrój. Z wielu powodów w ciągu kliku ostatnich miesięcy troszkę mniej było Baroque Goes Nuts! w Internecie, jeszcze mniej na salach koncertowych. No może z wyjątkiem tej jednej, która stała się w tym roku centrum mojego wszechświata. A dla Bydgoszczy także centrum świata muzyki dawnej. Centrum Sztuki Pomorzanin. Znacie je dobrze z moich relacji. Nadszedł jednak czas wrócić do pozabydgoskiej muzycznej rzeczywistości. Nie mogło być lepszego miejsca na ten powrót niż Gdańsk i Actus Humanus. Tu czuję się dobrze. Tu czuję się wolny.

Pierwszym koncertem festiwalu był recital Tomasza Pokrzywińskiego, który suitami IV, V i VI domknął rozpoczęty przed rokiem cykl Suit na wiolonczelę solo Johanna Sebastiana Bacha. Nie było mnie na tym koncercie, wiem z bezpośrednich relacji, że był fantastyczny. Mam też nadzieję, że zdarzy się jeszcze okazja do posłuchania całego cyklu w wykonaniu Tomka. 

Uroczysta inauguracja Actus Humanus Nativitas 2019 miała miejsce w Centrum św. Jana, które zmienia się z festiwalu na festiwal. Tym razem podziwialiśmy – już bez rusztowań – najcenniejszy zabytek kościoła: ołtarz główny, wykonanany w latach 1599-1612 przez gdańskiego architekta i rzeźbiarza Abrahama van den Blocke. Jego inne dzieła znamy wszyscy. To między innymi fasada Dworu Artusa, Złota Brama i fontanna Neptuna. Pasjonatów muzyki interesowały też odrestaurowane boczne organy z bogato rzeźbionym osiemnastowiecznym prospektem organowym, odtworzonym w ponad dziewięćdziesięciu procentach z oryginalnych elementów. Jego autorem jest Johann Heinrich Meissner; ten sam, którego muzykujące anioły "fruwają" w Bazylice Mariackiej.

Głównym punktem pierwszego dnia Actus Humanus Nativitas 2019 był jednak koncert Fabia Biondiego i Europy Galante. Artyści wykonali sześć koncertów skrzypcowych Antonia Vivaldiego ze zbioru La Stravaganza wydanego w 1728 roku w Londynie. Solista brzmiał najlepiej we fragmentach, w których odrywał się od nut i od pulpitu i zwrócony twarzą do orkiestry wspólnie z nimi muzykował. Odchodziły wtedy wyczuwalne usztywnienie i nerwowość. Zdecydowanie najlepiej słuchało się jednak rozpoczynających obie części koncertu Sinofnii G-dur RV 149 „Il Coro delle muse” i Sinfonii z opery Herakles nad Termodontem RV 710. Na bis usłyszeliśmy zgrabny Kanon D-dur Johanna Pachelbela.

Dziś kolejne festiwalowe emocje. Na koncercie popołudniowym usłyszymy partity skrzypcowe Johanna Josepha Vilsmayra w wykonaniu Roberta Bachary, a wieczorem program złożony z koncertów bożonarodzeniowych Corellego, Torellego, Manfrediniego oraz koncerty fletowe Antonia Vivaldiego w wykonaniu Giovanniego Antoniniego i Il Giardino Armonico.


B!LIVE, Gdańsk - Mariackie Anioły



Nie trzeba jechać do Lipska, żeby usłyszeć Bacha, który wzrusza. Piękne niespodzianki zdarzają się blisko. A gdy się zdarzą, chciałoby się towarzyszące im emocje zatrzymać na dłużej. Pozwolić im trwać. W sobotę w Bazylice Mariackiej w Gdańsku na koncercie z cyklu Cappella Angelica organizowanego przez Silva Rerum Arte & Fund zagrały i zaśpiewały anioły…

Skąd wzięła się Cappella Angelica? Nazwa cyklu koncertów wiąże się bezpośrednio z Mariacką Kapelą Anielską, która zdobi prawe ramię transeptu Bazyliki Mariackiej. Jest tam osiem dużych drewnianych rzeźb aniołów, które grają na barokowych instrumentach. Rzeźby pochodzą z odnalezionego w 2003 roku prospektu organowego wykonanego w latach 1758-1760 przez działającego w Gdańsku Johanna Henricha Meissnera. Do czasu drugiej wojny światowej liczące 120 głosów i 8176 piszczałek organy mariackie były największym takim instrumentem nad Bałtykiem. W czasie drugiej wojny światowej organy zdemontowano i  ewakuowano poza Gdańsk. 

Wśród figur zdobiących organy znajdowała się grupa muzykujących aniołów. Zrekonstruowano ją prawie w całości. Są anioły grające na fletach traverso, na wiolonczeli, violone, trójkącie i tamburynie. Są też dwa anioły "śpiewu i tańca". Mariackie Anioły odwiedzam zawsze, kiedy przychodzę do gdańskiej bazyliki. Czasem mam wrażenie, że w czasie swojego nieustającego koncertu poruszają delikatnie złocistymi skrzydłami…

Prawe ramię transeptu jest w tej chwili remontowane, dlatego Cappella Angelica zagrała w sobotę po lewej stronie kościoła, w kobiecym składzie: Anna Zawisza – sopran oraz zespół instrumentalny (Małgorzata Skotnicka – klawesyn, Maja Miro Wiśniewska – traverso, Danuta Zawada, Justyna Skatulnik i Bernadeta Braun – skrzypce barokowe, Natalia Reichert – altówka barokowa oraz Weronika Kulpa – wiolonczela barokowa).

Panie wykonały dwie kantaty Johanna Sebastiana Bacha: Ich habe genug, BWV 82.2 (wersja z 1731 roku na sopran, flet traverso, dwoje skrzypiec, altówkę i basso continuo) oraz Non sa che sia dolore, BWV 209. Pomiędzy kantatami usłyszeliśmy Concerto op. 26 nr 6 Michela Corrette na klawesyn, flet i smyczki.

Kantata Ich habe genug była ożywiona a tempo arii Schlummert ein, ihr matten Augen niezwyczajnie szybkie, co nadało kompozycji ciekawego, niespotykanego charakteru. Było więc Ich habe genug nasycone energią, a potem kantata Non sa che sia dolore - pełna emocji i kontrastów. Wszystko za sprawą raz żarliwego, raz stęsknionego sopranu Anny Zawiszy, intymnego fletu traverso Maji Miro-Wiśniewskiej i zróżnicowanego - artykulacyjnie i kolorystycznie - brzmienia smyczków.

Na duże uznanie zasługuje trio: Danuta Zawada, Justyna Skatulnik - skrzypce, Natalia Reichert - altówka, szczególnie za wykonanie kantaty Non sa che sia dolore. Fakt, sam początek Sinfonii był pogubiony, ale kiedy już ten krótki chaos został opanowany, smyczki brzmiały niezwykle spójnie. Jak jeden muzyczny organizm, którego każdy dźwięk można wysłyszeć z osobna a jednocześnie wszystkie razem składają się na szeroką, idealnie zharmonizowaną i wyjątkowo wyrazistą całość. Dawno nie słyszałem tak pięknego brzmienia…

Na bis artyści wykonali arię What power art thou z Króla Artura Henry’ego Purcella: the Cold Song wywołała dreszcze i gęsią skórkę o wielkim natężeniu. Utwór był zapowiedzią przyszłorocznej edycji festiwalu. 

Sobotni koncert w Bazylice mariackiej w Gdańsku był magiczny także (a może przede wszystkim?) z powodu innego niż tylko dobra muzyka. Był skromny i nastrojowy, towarzyszyła mu ciepła i serdeczna atmosfera. Mariackie Anioły zagrały dla swoich przyjaciół. Jak się okazało - licznych: kolejne krzesełka były dostawiane do ostatniej chwili.


fotografia z koncertu: Michał A. Witkowski



B!LIVE, Actus Humanus Resurrectio 2019. Dzień 5, Radosne koncerty na czas Wialkanocy.

 
Ostatni dzień Actus Humanus Resurrectio 2019 rozpoczął w gdańskim Ratuszu Staromiejskim recital klawesynowy Marcina Świątkiewicza. Usłyszeliśmy piętnaście Inwencji dwugłosowych BWV 772–786 oraz Kontrapunkty I–IX oraz Canon alla Decima i Canon alla Duodecima z Die Kunst der Fuge BWV 1080 Johanna Sebastiana Bacha. Inwencje w wykonaniu Marcina Świątkiewicza były pomysłowe i wdzięczne. To dowód na to, że można z powodzeniem wykonywać na koncertach utwory, które sam Bach określił w tytule zbioru jako instruktażowe. Po krótkim wprowadzeniu, Marcin Świątkiewicz zabrał nas fugami i kanonami ze Sztuki Fugi w świat bardziej intymny. I w świat bardziej odległy.

Na finał festiwalu usłyszeliśmy Koncerty brandenburskie, BWV 1046-1051 Johanna Sebastiana Bacha w wykonaniu Akademie für Alte Musik Berlin. To były radosne koncerty na czas Wielkanocy. 

Zaczęło się fantastycznie. I Koncert brandenburski wprowadził słuchaczy w pogodny nastrój. Szczególnie wrażenie wywarły  Adagio z tęsknym solo skrzypiec, punktualne Allegro oraz ostatnia część z popisami poszczególnych sekcji instrumentów dętych - bogato zdobiona, żywiołowa, skontrastowana, a miejscami nawet żartobliwa. Koncert III był pięknie rozkołysany, spójny brzmieniowo i utrzymany w dobrym tempie. Przed przerwą usłyszeliśmy też Koncert IV, chyba najlepszy z całego zestawu, przede wszystkim dzięki brawurowemu trio solistów - Brenhard Forck - skrzypce, Saskia Fikentscher i Shai Kribus - flety proste.

Po przerwie Akademie für Alte Musik Berlin rozpoczęła od Koncertu VI - jedynego, który przyniósł rozczarowanie. Były fragmenty świetne - głębokie, ciemne, spójne barwą, we wszystkie części wdzierał się jednak chaos oraz liczne błędy techniczne, intonacyjne i tekstowe pierwszego altowiolisty.

Potem było już tylko dobrze. Najpierw Koncert V z brawurową partią klawesynu w części pierwszej (Raphael Alperman); pięknie falującym, prawdziwie czułym Affettuoso i zagranym w karkołomnym tempie finałowym Allegro. Publiczność była też wpatrzona i wsłuchana w grającą na traverso Natalię Herden, elegancją i doskonałą technicznie. A na zakończenie Koncert II - żywiołowy, pogodny, z dobrze współpracującą czwórką świetnych solistów (Bernhard Forck - skrzypce, Rupprecht Drees - trąbka, Saskia Fikentscher - obój, Shai Kribus - flet prosty). Uwagę - w czasie całego koncertu - zwracała też grupa basso continuo, a szczególnie grająca na wiolonczeli Katharina Litschig.

W Gdańsku zostałem jeszcze jedne dzień. Byliśmy między innymi w Centrum św. Jana. Z jednej strony było smutno. Bez tego festiwalowego gwaru, przyjaznych i uśmiechniętych twarzy ludzi, których spotykam dwa razy w roku na Actus Humanus, bez muzyki. Z drugiej strony mogliśmy przypatrzeć się zmianom, które zachodzą w Centrum. To bardzo optymistyczne. Turystów wita świeży zapach drewna. Prawie gotowa jest empora południowa (36-metrowy balkon bogato dekorowany rzeźbami i obrazami), bliskie zakończenia są prace konserwacyjne ołtarza głównego, zaczęto rekonstrukcję organów bocznych z lat 1760-1761. Jest coraz piękniej.

Cały Gdańsk się zmienia. Sporo jeżdżę, tylu nowych inwestycji nie widać nigdzie indziej. A to, co dzieje się na Wyspie Spichrzów i na Ołowiance jest wprost imponujące. I jak zawsze biją carillony, krzyczą mewy, dudnią syreny statków. Tak żyje miasto. Wrażliwe na kulturę, przywiązane do tradycji i otwarte na ludzi. Prężne, różnorodne i... wolne.


B!LIVE, Actus Humanus Resurrectio 2019. Dzień 4, Carillony i olśnienia



Gdańsk to prawdopodobnie pierwsze miasto poza Niderlandami, w którym zbudowano carillon. Było to ponad 450 lat temu. Dziś są Gdańsku trzy carillony koncertowe. Na wieży Ratusza Głównego Miasta, w kościele św. Katarzyny oraz zainstalowany na przyczepie samochodowej instrument mobilny. Dzięki zaproszeniu Moniki Kaźmierczak miałem okazję zobaczyć wczoraj pierwszy z nich.

Na wieży ratuszowej zbudowano w 2000 roku instrument z mechanizmem do automatycznej gry i klawiaturą do gry koncertowej. Ma 37 dzwonów. Widok w górę, na dzwony, jest piękny. A panorama Gdańska widziana z galerii na hełmie wieży zapierająca dech w piersiach. Kiedy jest się tuż pod dzwonami, ich dźwięk jest wszechogarniający. Tak bije serce miasta.

I właśnie carillon na wieży Ratusza Głównego Miasta był bohaterem pierwszego sobotniego koncertu Actus Humanus Resurrectio 2019. Monika Kaźmierczak zagrała na nim transkrypcje cyklu kantat Dietricha Buxtehudego Membra Jesu Nostri. Dźwięki dzwonów wypełniły całą gdańską starówkę. Można było usiąść wygodnie na krzesełku, zerkając to na wieżę, to na ekran, na którym widzieliśmy grającą Monikę Kaźmierczak. Można było też spacerować po Gdańsku i odkrywać miejsca, gdzie carillion brzmi najpiękniej.

Muzyczne olśnienia. Bywają zupełnie niespodziewane. Tak stało się wieczorem w Dworze Artusa, gdzie Leçons de ténèbres Charpentiera i Couperina wykonał zespół Les Talens Lyrique w składzie zaledwie czteroosobowym (Deborah Cachet – sopran, Judith Van Wanroij – sopran, Kaori Uemura - viola da gamba, Christophe Rousset - pozytyw, klawesyn). Tych czworo artystów wyczarowało brzmienia szlachetne i urzekające; zabrało nas w świat wykraczający poza granice czasu i miejsca.

Tak jak w starych rękopisach i drukach na początku tekstu znajdował się bardzo zdobny inicjał, tak na początku każdej strofy słyszeliśmy w kompozycjach Charpentiera i - jeszcze wyraźniej - Couperina litery hebrajskie - cudowne muzyczne miniatury  inkrustowane skomplikowanymi, misternymi melizmatami. Można by słuchać tych muzycznych inicjałów - i tylko ich - bez końca.

Na bis usłyszeliśmy O Juda, H. 119 Marca-Antoine'a Charpentiera z responsorium wielkośrodowego, kolejny popis możliwości wokalnych Deborah Cachet i Judith Van Wanroij.




B!LIVE, Actus Humanus Resurrectio 2019. Dzień 3, Teraz ujrzycie tłuszczę, która mnie otoczy...



Trzeci dzień wielkanocnej edycji festiwalu Actus Humanus 2019 rozpoczął się w Ratuszu Staromiejskim. Psalmy Mikołaja Gomółki ze zbioru Melodiæ ná psalterz polski wykonali Adam Strug z zespołem Monodia Polska i Marią Erdman, która zagrała na pozytywie także utwory z Gdańskiej tabulatury organowej i Tabulatury Jana z Lublina. To było bezpretensjonalne śpiewanie, może nawet muzyczne biesiadowanie. Właśnie tak o Psalmach pisał sam Mikołaj Gomółka: „Są łacniuchno uczynione, / Prostakom nie zatrudnione / Nie dla Włochów, dla Polaków / Dla naszych prostych domaków”. Na koniec koncertu Adam Strug zachęcił do wspólnego śpiewania także publiczność. Więc zaśpiewaliśmy. 

Jest drabina do nieba
każdemu nią iść trzeba. 
Przy drabinie stoi krzyż
każdy z nas go musi nieść (...)

A potem w swój poruszający świat przeniósł nas Carlo Gesualdo da Venosa. W Dworze Artusa zabrzmiały jego Responsoria et alia ad Officium Hebdomadae Sanctae spectantia w wykonaniu La Compagnia del Madrigale. Responsoria to opublikowany w 1611 roku zbiór 27 sześciogłosowych motetów, po dziewięć na Wielki Czwartek, Wielki Piątek i Wielką Sobotę. Są pełne ostrych dysonansów, zawiłej polifonii, zaskakujących przebiegów chromatycznych. 

La Compagnia del Madrigale dokonała wielkiego wyczynu. Usłyszeliśmy cały zbiór Responsoriów. Ponad trzy godziny (z dwoma dłuższymi przerwami) natchnionego, żarliwego i hipnotyzującego muzycznego misterium, którego dramaturgię wzmagały też stopniowo wygaszane na sali światła. Jak w dawnych wiekach, kiedy w czasie Ciemnych Jutrzni gaszono po kolei piętnaście stojących przy ołtarzu świec.

I niemal prorocze okazały się słowa pierwszego motetu Responsoriów: "Wytrwajcie i czuwajcie ze mną; teraz ujrzycie tłuszczę, która mnie otoczy". Z Długiego Targu i przyległych uliczek zaczęły docierać do wnętrza Dworu Artusa coraz silniejsze odgłosy grupowej, weekendowej balangi. Noc dzika. Głośnanoc. Świat się zmienia.

B!LIVE, Actus Humanus Resurrectio 2019. Dzień 2, Tajemnica traverso, tajemnice Ciemnych Jutrzni



Drugi dzień Actus Humanus Resurrectio 2019 rozpoczął recital Agnieszki Gorajskiej. W Ratuszu Głównego Miasta usłyszeliśmy wszystkie fantazje ze zbioru XII Fantasien für Querflöte solo TWV 40:2–13 Georga Philippa Telemanna. Koncert domknął festiwalowy cykl. W czasie poprzednich edycji festiwalu mogliśmy już posłuchać innych zbiorów solowych fantazji Telemanna - skrzypcowych w wykonaniu Stefana Plewniaka i gambowych w interpretacji Krzysztofa Firlusa.

Agnieszka Gorajska zagrała wszystkie fantazje bez przerwy. To spore wyzwanie, ale dzięki temu te miniaturowe opowieści ułożyły się w zwartą historię. Historię spójną, choć bardzo zróżnicowaną. Doświadczyliśmy bogactwa barw i ich odcieni, wysmakowanej zabawy tempem, artykulacją i intonacją. I możecie mi wierzyć lub nie, ale na flecie traverso można zagrać dwudźwięki. Albo zagrać na flecie tak, że melomani takie akordy usłyszą.

Publiczność, która do ostatniego miejsca wypełniła Wielką Salę Wety przyjęła recital Agnieszki Gorajskiej żywiołowo. Dzięki temu usłyszeliśmy na bis piękną arię Je suis aime de celle que j'adore Michela Lamberta a właściwie jej transkrypcję na flet, której autorem jest Jacques-Martin Hotteterre.

Wieczorem przenieśliśmy się w tajemniczy świat Ciemnych Jutrzni, nabożeństw wielkotygodniowych, którym towarzyszyły specjalne, niemal teatralne rytuały związane między innymi z zapalaniem a potem gaszeniem piętnastu świec symbolizujących towarzyszących Jezusowi w czasie męki Apostołów i trzy Marie. Ostatnią świecę przenoszono ze świecznika za ołtarz, co symbolizowało samotność Jezusa w ostatnich chwilach życia. 

Muzykę do Ciemnych Jutrzni pisało wielu kompozytorów, szczególnie popularna stała się w barokowej Francji, gdzie Leçons de ténèbres tworzyli między innymi Lambert, Charpentier, Couperin i de Lalande. Zachowane fragmenty Ciemnych Jutrzni tego ostatniego mieliśmy okazję wysłuchać wczoraj w Dworze Artusa w wykonaniu Sophie Karthäuser i Ensemble Correspondances, którymi pokierował Sébastien Daucé. W programie znalazły się także anonimowe jednogłosowe chorały oraz antyfona Salve Regina Charpentiera i Cantique quatrième, Sur le Bonheur des Justes de Lalande'a - pieśń o szczęściu sprawiedliwych i nędzy potępionych.

Bardzo skromny skład: solistka, dziewięcioosobowy chór, dwie gamby, teorba, klawesyn i pozytyw, od którego dyrygował Sébastien Daucé stworzył w Dworze Artusa nastrój nasycony skrajnymi emocjami. W pięknie wydanym programie festiwalu czytamy, że "Na przekór liczbie wykonawców, dramaturgiczna siła i ekspresja tej muzyki jest porażająca". Właśnie taki efekt osiągnięto w Dworze Artusa. I wynikało to nie tylko z charakteru utworów, ale przede wszystkim z postawy artystów. Z jednej strony pełnej skupienia i wzajemnego szacunku, z drugiej całkowitego oddania się silnym emocjom. Także publiczność poddała się temu nastrojowi, by i przed przerwą, i na koniec koncertu zgotować wykonawcom entuzjastyczny aplauz. Szczególne wrażenie wywarła Sophie Karthäuser - belgijska sopranistka obdarzona wielką charyzmą oraz pięknym, mocnym, ekspresyjnym, pełnym pasji i żaru głosem oraz zespół instrumentalny, który poruszającym, głębokim dźwiękiem uzupełniał wokalne partie Sophie Karthäuser i chóru.

Na bis usłyszeliśmy Stabat Mater Marca-Antoine'a Charpentiera. Kompozycja była przeznaczona do śpiewania w żeńskim klasztorze stąd pełny tytuł utworu: Stabat Mater pour des religieuses (Stabat Mater dla zakonnic). Następujące po sobie zwrotki (a jest ich aż 20) były wykonywane po kolei przez poszczególne zakonnice - solo i w ansamblach, w tej formie usłyszeliśmy też Stabat Mater w Gdańsku. Mogliśmy dzięki temu wsłuchać się w brzmienie głosów wszystkich wokalistek Ensemble Correspondances. I trzeba to przyznać, wszystkie były znakomite.

Dziś na Actus Humanus Resurrectio usłyszymy: o 17:30 -  Adama Struga, Marię Erdman i Monodię Polską w repertuarze złożnoym między innymi z Psalmów Mikołaja Gomółki oraz utworów z polskich tabulatur (Ratusz Staromiejski) a o 20:00 - Responsoria Carla Gesualda da Venosy w wykonaniu La Compagnia del Madrigale (Dwór Artusa).

B!LIVE, Pożegnanie z Actus Humanus Nativitas 2018


Pięć dni festiwalowych minęło bardzo szybko, choć kiedy żegnałem się wczoraj z muzycznymi przyjaciółmi pojawiło się też poczucie, że od pierwszego koncertu festiwalowego upłynęło bardzo dużo czasu. Tak to już chyba jest, że czas, który jest ważny; czas, który jest wypełniony pięknymi koncertami, ciepłymi rozmowami i ciekawymi spotkaniami, wydaje się z perspektywy całkiem długi.

Ostatnim popołudniowym koncertem z cyklu Polonica był występ Martyny Pastuszki i Marcina Świątkiewicza. Rok temu artyści wykonali pierwsze trzy sonaty ze zbioru Sei Suonate à Cembalo cerato è Violino Solo, BWV 1014-1019, wczoraj przyszedł czas na drugą część zbioru. Na początku usłyszeliśmy jednak – poza programem – Sonatę skrzypcową e-moll, BWV 1023, która oczarowała publiczność tak mocno, że po zakończeniu pierwszej części zapanowała absolutna cisza, której nikt nie odważył się zakłócić najmniejszym nawet szmerem a wykonana ogniście kończąca sonatę Gigue wywołała burzę oklasków.

IV Sonata c-moll, BWV 1017 i V Sonata f-moll, BWV 1018 wywołały u mnie mieszane uczucia. Były pięknie rozkołysana Siciliana z BWV 1017 i niezwykle ciemne, głębokie i pełne wyczuwalnych interakcji między artystami Largo z BWV 1018. Zdarzyły się jednak i takie części (np. końcowe Allegro z IV Sonaty), w których konstrukcja była bardzo chropowata. Być może złożyły się na to kapryśny wczorajszego dnia klawesyn i wyraźna niedyspozycja zdrowotna Marcina Świątkiewicza.

Uspokojenie przyszło z wyjątkową VI Sonatą G-dur, BWV 1019. Pojawił się uśmiech, czytelna wymiana myśli muzycznych, budowanie napięcia, piękne zawieszenia i to, co zachwyca mnie zawsze w grze Martyny Pastuszki i Marcina Świątkiewicza – odważna zabawa tempem, dynamiką i pauzą. Publiczność przyjęła koncert bardzo ciepło, usłyszeliśmy więc na bis fragment 3 części innej zachowanej wersji ostatniej sonaty cyklu, oznaczanej jako BWV 1019a. Było pięknie.

Nie można sobie wyobrazić lepszego finału festiwalu niż ten, który zaproponowali nam organizatorzy Actus Humanus Nativitas 2018. W Centrum św. Jana wystąpiły Céline Scheen – sopran i Benedetta Mazzucato – mezzosopran oraz zaspół L’Arpeggiata z jego liderką Christiną Pluhar, która od teorby poprowadziła cały koncert z charyzmą i pasją, ale też z elegancją i opanowaniem.

Koncert rozpoczął się neapolitańską kołysanką-kolędą Ninna nanna al bambino Gesu (Lulajże mi, lulaj; śpij synku, uśnij kochany). Nie sposób było nie skojarzyć jej od raz z polskim Lulajże Jezuniu… Potem przyszedł czas na fragmenty oper i kantat Luigiego Rossiego oraz utwory instrumentalne, między innymi Maurizio Cazzattiego i Lorenzo Allegriego.

Obie solistki spisały się znakomicie, szczególnie jeśli chodzi o umiejętne i wyraziste kształtowanie nastroju oraz przykładanie wagi do znaczenia słów. Po Lasciate Averno, o pene z Orfeo Rossiego w wykonaniu Céline Scheen; po wyrażonej przejmująco tęsknocie za śmiercią dostrzegłem łzy w oczach jednej z instrumentalistek. Z wielkim napięciem słuchałem Lamentu Ariona Al soave spirar zagranego, bo nie tylko zaśpiewanego przez Benedettę Mazzucato. Niezapomniane kreacje obie wokalistki stworzyły także w duetach – w rezonującym Dormite, begl’occhi i w wykonanym poza programem pastelowym Lumi, potete piangere.

Instrumenty, instrumenty, instrumenty. Były wielką siłą niedzielnego koncertu. W canario, ciacconach i passacagliach usłyszeliśmy między innymi brawurowy cynk Dorona Sherwina, rzewną wiolonczelę Josetxu Obregona, piękne soli skrzypiec Adriany Alcaide, niezwykłe dźwięki psalterionu Margit Übelacker. No i gitarę i lutnię, na których czynił cuda Josep Maria Marti Duran. Kiedy Arion w swoim lamencie rzuca się w wodę, słyszymy nie tylko słowa, ale też dźwięki do złudzenia przypominające pluskanie. Zarówno Duran, jak i Christina Pluhar są także mistrzami w przechodzeniu z brzmienia w ciszę. A może raczej z brzmienia dźwięku w brzmienie ciszy. Ma presto sparì. Lecz prędko znikła…

Na bis usłyszeliśmy duet Pur ti miro, pur ti godo z Koronacji Poppei Monteverdiego oraz – jako podziękowanie za lutnię z bursztynu, złota i srebra ofiarowaną Christinie Pluhar przez Bogumiłę Adamską, twórczynię artystycznej biżuterii - Ciacconę del Paradiso e dell' Inferno, w której komediowe i wokalne talenty odkrył przed nami wspomniany już Doron Sherwin.

Łatwiej żegnać się z przyjaciółmi, łatwiej żegnać się z Actus Humanus Nativitas, kiedy można z radością czekać na następny festiwal. Dokładnie za 4 miesiące rusza Actus Humanus Resurectio 2019. Z programem, który zapiera dech w piersiach. Do Gdańska przyjadą między innymi William Christie i Les Arts Florissants, Sébastien Daucé i Ensemble Correspondances, Christophe Rousset i Les Talens Lyriques, La Compagnia Del Madrigale oraz Akademie Für Alte Musik Berlin. Będzie też Bach. Dużo Bacha!!!







B!LIVE, Gdańskie carillony i ludowa fiesta, czyli Actus Humanus dz. 4


Mówię czasem, że Gdańska doświadczam przede wszystkim słuchem. Dźwięki miasta są tutaj barwniejsze niż gdziekolwiek. Krzyczą mewy, stukają walizki, dzwonią tramwaje, dudnią syreny okrętowe, trąbią piszczkowie. I najważniejsze. Grają carillony. 

Koncerty carillonowe stały się tradycją festiwalu Actus Humanus. Dzięki nim muzyka dawna trafia nie tylko do melomanów zgromadzonych na sali koncertowej, a wypełnia sobą całą przestrzeń miasta. Wczoraj własne transkrypcje utworów Sylviusa Leopolda Weissa (1687-1750), największego wirtuoza lutni swoich czasów, a jednocześnie najlepiej ówcześnie opłacanego muzyka Europy, tego, który wyzwał na muzyczny pojedynek samego Jana Sebastiana Bacha, zagrała na carillonie zamontowanym na wieży kościoła św. Katarzyny Anna Kasprzycka. To piękna i nastrojowa muzyka, która w precyzyjnych, przejrzystych i pełnych emocji interpretacjach gdańskiej carillonistki osiągnęła nowe wymiary. Stała się głęboka i przestronna.

Jak zawsze organizatorzy festiwalu zorganizowali w przykościelnym ogródku „strefę melomana”. Były krzesełka, gazowe grzejniki, gorąca herbata, na dużym ekranie można było obserwować, jak Anna Kasprzycka napędza mechanizmy carillonu. Można też było spacerować wokół kościoła i szukać miejsca, z którego dzwony słychać najlepiej. Swoje znalazłem pomiędzy kościołami św. Katarzyny i św. Brygidy, gdzie dźwięk dzwonów z jednego kościoła odbijał się w fasadzie drugiego.

Wieczorem w Dworze Artusa wystąpił Andrew Lawrence-King ze swoim The Harp Consort. Usłyszeliśmy pierwsze hiszpańskie oratorium – Oratorio sacro al Nacimiento de Cristo Señor Nuestro Pedro Martineza de Orgambide. Był Anioł głoszący Dobrą Nowinę z wysokości balkonu Dworu Artusa, piękny obrazek Marii i Józefa pochylających się z troską nad Dzieciątkiem i z trwogą opowiadających swoje wizje losów Jezusa, Pasterze wyrażający powszechne, ludzkie uczucia – zdziwienie, radość, obawę. Był też Lucyfer, który za wszelką cenę nie chciał dopuścić do triumfu dobra.

Zespół kierowany przez Andrew Lawrence’a-Kinga wykonał oratorium w sposób ciekawy i bezpretensjonalny. Szczególnie dobrze oceniam Marca Scavazzę w roli Lucyfera i Victoria Sordę jako Świętego Józefa. Znakomite były też części chóralne – pełne majestatu, a jednak nie pozbawione właściwej Narodzeniu radości.

Oratorium było przeplatane kompozycjami instrumentalnymi i wokalno-instrumentalnymi. Usłyszeliśmy zarówno utwory nastrojowe i intymne (medytacja-wyznanie No haya mas dulce alegria), jak i żywe i radosne (Folias i Gallardas). A na koniec koncertu wykonawcy zgotowali nam prawdziwą fiestę. Wszystko za sprawą villancicos – ludowych utworów muzyczno-poetyckich z Półwyspu Iberyjskiego i Ameryki Łacińskiej, które były związane ze świętami w chrześcijańskim roku liturgicznym, w tym przede wszystkim ze Świętami Bożego Narodzenia. Tarantelas i Paradetas (Lucas Ruiz de Ribayaz) oraz Toquen los rabeles i Negrinho (Gaspar Fernandes) wprowadziły nas w swobodną, pełną żywiołowych emocji atmosferę tradycyjnych hiszpańskich i latynoamerykańskich ludowych fiest. Zabawa była przednia.

Pojawiła się też refleksja. Świętowanie radości w różnych częściach świata jest do siebie bardzo podobne. Bohaterowie bożonarodzeniowego oratorium de Orgambide nie różnią się zbytnio od postaci z polskich Jasełek. A skrzypeczki, Pablito, koziołki i Murzynek z villancicos Fernandesa i delikatny powiew wiatru z Zefiro torno Monteverdiego nie potrzebują innej formy niż rozkołysana chaconna. Nie potrzebują nawet innych nut.











B!LIVE, Intelekt i namiętność, czyli Actus Humanus Nativitas 2018 dz. 3


Piątkowy program Actus Humanus Nativitas 2018 rozpoczął w Ratuszu Głównego Miasta recital znakomitego polskiego organisty Marcina Szelesta. Na koncert złożyły się kompozycje zanotowane w szesnasto- i siedemnastowiecznych tabulaturach organowych pochodzących z terenów dawnej Rzeczypospolitej. 

Marcin Szelest to arbiter elegantiarum, wykonania dawnych kompozycji były więc wysmakowane, kunsztowne i precyzyjne. Szczególnie pięknie zabrzmiały Nos autem gloriari oportet z Tabulatury łowickiej z miękką, delikatną ornamentacją, pełna uroku i wdzięku Canzon à 4 z Tabulatury pelplińskiej, chromatyczny, niemal współczesny Tantz z Tabulatury braniewsko-oliwskiej i pochodzące z tej samej tabulatury radosne galliardy.

Recital był nasycony intelektem i muzyczna erudycją. Był też – przede wszystkim ze względu na wybór utworów - stateczny i powściągliwy. Prawdziwa namiętność pojawiła się na następnym koncercie…

W Kościele św. Jakuba wystąpił zespół Sequentia (Benjamin Bayl, Hanna Marti - głos, harfa i Norbert Rodenkirchen - flety) specjalizujący się w wykonywaniu muzyki średniowiecznej. Program koncertu był podzielony na pięć części. Pierwsza była dość szokująca. Pojawiły się zaklęcia przeciw robakom wplecione w modlitwę Ojcze nasz; zaklinanie brodawek, cyst i guzków; opisy średniowiecznych metod radzenia sobie ze zwichniętymi kończynami i historia dziewięciu ziół zesłanych przez Wodana przeciw dziewięciu złym duchom i dziewięciu kolorowym truciznom. Była też i nauka. Żeby zioła rosły, trzeba na nie dmuchać.

Następne części koncertu dotyczyły motywu Fortuny, dziejów antycznych władczyń – samobójczyń, później losów Orfeusza i Herkulesa. Nie można o tym wszystkim opowiadać, śpiewać, grać bez namiętności i pasji. Mimo tego, że skład był tylko trzyosobowy, że artyści posługiwali się cichymi, małymi instrumentami, że charakter śpiewu, a czasami tylko recytacji albo melorecytacji był raczej intymny, średniowieczna muzyka była podana z dramatyzmem, żarem i ekspresją, dzięki którym chłód panujący w Kościele św. Jakuba nie był wczoraj aż tak dotkliwy.

Dziś na Actus Humanus Nativitas 2018 gdańska specjalność – koncert carillonowy w wykonaniu Anny Kasprzyckiej oraz Andrew Lawrence King i The Harp Consort w bożonarodzeniowej opowieści z Hiszpanii i Meksyku.







B!LIVE, Poetyka dalekich i bliskich skojarzeń, czyli Actus Humanus Nativitas, dz. 2


„Piękne”, „cudowne”, „imponujące”, „super”, „nadzwyczajne”. Natłok wypowiadanych głośno przymiotników w kolejce do szatni nie jest pokoncertową codziennością. Ale się zdarza. Zdarzył się też wczoraj w czasie drugiego dnia Actus Humanus Nativitas 2018.  I to wcale nie po koncercie z przebojowymi ariami albo po wielkim oratorium wykonanym przez znany na całym świecie zespół. To specjalność gdańskiego festiwalu. Perełki pojawiają się czasem zupełnie niespodziewanie.

Sprawcami tego zamieszania byli wczoraj Georg Philipp Telemann i Krzysztof Firlus. Fantazje na wiolę da gamba solo Georga Philippa Telemanna zostały odnalezione przez niemieckiego gambistę Thomasa Fritzscha dopiero w 2015 roku po uporządkowaniu przez archiwistów zbiorów muzycznych zamku w Ledenburgu. Wczorajszy koncert był prawdopodobnie pierwszym, na którym polscy melomani mogli usłyszeć cały zbiór w całości. 

Krzysztof Firlus mocno podkreślił zróżnicowanie Fantazji Telemanna, podszedł do wykonania każdej fantazji w inny sposób. Stąd być może zainteresowanie, z którym słuchałem koncertu od początku do końca; stąd być może skojarzenia, czasem bardzo odlegle, które przychodziły mi do głowy. W Allegro z IV Fantazji F-dur usłyszałem poloneza, w Scherzando z VI Fatazji G-dur – pastorałkę, a w IX Fantazji G-dur muzyczną bajkę dla dzieci. Cały cykl był zresztą w wykonaniu Krzysztofa Firlusa jak opowieść. Jak zimowa opowieść snuta przy kominku. Chwilami żywa i pełna pasji; chwilami spokojna dla złapania oddechu albo dla wyciszenia emocji; raz błyskotliwa, raz dostojna; pełna dramatycznych zwrotów akcji, jak Vivace z II Suity D-dur, ale też fragmentów lirycznych, np. w pełnym, dźwięcznym, tęsknym Grave z VIII Fantazji A-dur.
Ciąg dalszy zimowej opowieści usłyszeliśmy wieczorem w Dworze Artusa w wykonaniu Cantus Cölln i Konrada Junghänela. Program koncertu zatutułowany Sprüche von Leben und Tod (Przypowieści o życiu i śmierci) obejmował powstałe w większości w XVII wieku kompozycje takich twórców jak Heinrich Schütz, Johann Hermann Schein, Johann Rosenmüller, Leonhard Lechner, Heinrich Albert i Adam Drese.

Cantus Cölln to zespół bardzo doświadczony, w Gdańsku usłyszeliśmy pięciu wybitnych śpiewaków prowadzonych od lutni przez Konrada Junghänela. Nas początku koncertu próbowałem jeszcze zwracać uwagę na szczegóły, obserwować, notować coś w głowie, z biegiem czasu stawało się to coraz mniej możliwe. Odpływałem stopniowo, zatracałem się w niemal mistycznej atmosferze wykreowanej w Dworze Artusa. Stawałem się częścią tego misterium, tych rozmów o sensie istnienia prowadzonych przez artystów.

Mam przekonanie, że w tę zimową podróż wgłąb siebie przeżywało wczoraj wielu z nas, po niektórych utworach cisza była gęsta i pełna do granic możliwości. A na koniec publiczność zgotowała artystom wielką owację. Piękny był wykonany na bis motet Fürchte dich nicht Johanna Christopha Bacha, jednak w głowie została mi na długo inna pieśń, która zabrzmiała tego wieczoru.

Stuck song syndrome, zespół piosenki która utknęła… A utknęła aria na cztery głosy i basso continuo Adama Drese Nun ist alles überwunden (Wszystko jest już pokonane). To piękna, wpadająca w ucho kompozycja, która bardzo przypomina mi inną „arię” z tamtych czasów – „Jesu, meines Lebens Lebe” Dietricha Buxtehudego. Obie zdają się być płynącymi w przestrzeni chaconnami, aria Adama Drese jest w dodatku kołysnaką. Kołysanką ostateczną.

Nun ist alles überwunden,
meine Liebsten, weinet nicht!
Aller Jammer ist verschwunden,
ob des Lebens Feldhaus bricht.
Ist mein Geist doch aufgenommen
in das Himmelshaus der Frommen,
wo nur Leben, Lust und Pracht.
Welt, Ade zur gute Nacht.

Wszystko jest już pokonane,
Nie płacz teraz miła ma!
Ustał lamenmt, znikły żale,
Płomień życia mego zgasł.
Duch mój jednak już przyjęty,
jest w niebiańskim domu Świętych,
gdzie trwa życia wieczny blask,
Żegnaj świecie, śpi po brzask!



Dziś na Actus Humanus:
17:30, Ratusz Głównego Miasta – Marcin Szelest i muzyka z polskich tabulatur organowych
20:00, Kościół św. Jakuba - Benjamin Bagby / Sequentia: Monks singing pagans. Medieval songs of heroes, gods and strong women.



B!LIVE, Actus Humanus Nativitas, dzień 1

Wczoraj rozpoczęła się bożonarodzeniowa edycja festiwalu Actus Humanus. Korci mnie, żeby napisać coś o wyższości świętowania Bożego Narodzenia nad świętowaniem Wielkanocy (albo o relacji odwrotnej). Pewnie to kiedyś zrobię. Na razie jednak o świętowaniu muzyki.

Tuż przed pierwszym koncertem znajomi melomani zapytali mnie, które wydarzenia są według mnie godne uwagi, które polecam, na które warto pójść. Bez wahania odpowiedziałem, że jednym z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie koncertów w tej edycji Actus Humanus jest wydarzenie otwierające festiwal, pierwsze sześć sonat ze zbioru Sonate à violino e violone o cimbalo op. 5 Arcangelo Corellego w wykonaniu Grzegorza Lalka i Lilianny Stawarz. Jest tak przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze sonaty Corellego i ich transkrypcje dokonane przez Francesco Geminianiego to jedne z moich ulubionych kompozycji. Statystycznie rzecz ujmując pierwsza sonata z op. 5 jest obok Oratorium na Boże Narodzenie Johanna Sebastiana Bacha utworem, który najczęściej pojawia się w moim Różowym Głośniku. Drugi powód mojego oczekiwania na koncert Grzegorza Lalka i Lilianny Stawarz wynikał z pięknych wspomnień, które zostawił po sobie ubiogłoroczny koncert tego duetu, koncert na którym usłyszeliśmy drugą część sonat Corellego.

Popołudniowy koncert w Ratuszu Staromiejskim był pięknym otwarciem Actus Humanus. Doświadczyliśmy muzyki, która wypływała z głębokich interakcji między artystami, z ich ogromnych doświadczeń wykonawczych wreszcie z osadzenia kompozycji Corellego w kontekście miejsca i czasu, w których się wczoraj znajdowaliśmy. Szczególnie podobała mi się III sonata C-dur z początkowym Adagio pełnym gęstych i eleganckich zdobień i zagranym ze swobodą i żarem końcowym Allegro; wirtuozowskie Allegro i Vivace z II Sonaty B-dur; rozmarzone Adagio z V Sonaty g-moll i kończąca tę sonatę Giga.

Grzegorz Lalek zdradził się przed nami także z innego ze swoich talentów – opowiadania ze swadą i zacięciem o muzyce. Było interesująco i zabawnie.

Actus Humanus to nie tylko przebojowe arcydzieła muzyki dawnej. Organizatorzy starają się przybliżać polskiej publiczności także kompozycje mniej znane. Tak właśnie było wczorajszego wieczoru. Usłyszeliśmy rzadziej wykonywane muzyczne opracowania antyfon maryjnych Salve Regina i Regina Coeli skomponowane przez kompozytorów związanych z Wenecją i działającymi tam „ospedali”, które wbrew nazwie nie były tylko szpitalami, czy schroniskami dla sierot, chorych i ubogich a instutcjami, w których dawano podpopiecznym także wykształcenie, przede wszystkim muzyczne.

Utwory Baldassare Galuppiego, Nicoli Antonia Porpory, Johanna Adolpha Hassego oraz Antonia Vivaldiego wykonały solistki: Monica Piccinini i Martina Belli oraz zespół Europa Galante, którymi pokierował Fabio Biondi. Maestro Biondi zagrał też dla gdańskiej publiczności partię solową w Koncercie skrzypcowym g-moll, RV 319 Vivaldiego.

Z solistek dużo cieplej przyjąłem Monicę Piccinini. Niecałe dwa tygodnie temu słuchałem w jej wykonaniu madrygałów Monteverdiego, to ona właśnie była jedną z głównych bohaterek istnego trzesięnia ziemi który wywołał wtedy na berlińskich Barocktage 2018 koncert Jordiego Savalla. Także i w Gdańsku Monica Piccinini pokazała wielką klasę: pełny, otwarty, kryształowy głos w przemyślanych interpretacjach.

Nie jestem wielkim fanem głosu drugiej z wczorajszych solistek, Martiny Belli. Jest mocny i czysty, choć dla mnie zbyt usztywniony, ciężki i mało zróżnicowany. Ale i w jej głosie odnalazłem wczoraj piękno i urok. Co charakterystyczne, w tych rzadkich momentach, gdy wokalistka odrywała wzrok od nut i nawiązywała kontakt z publicznością.

Na bis usłyszeliśmy Inflammatus ze Stabat Mater Pergolesiego i Summa Arvo Pärta. Zestawienie wcale nie tak odległe.

Środa upłynęła mi w Gdańsku także na spotkaniach i rozmowach. Ze znajomymi, z muzycznymi przyjaciółmi, z czytelnikami. To ważny, może nawet jeden z najważniejszych elementów festiwalu.

A co Actus Humanus zaplanował nam na czwartek?

17:30, Ratusz Głównego Miasta
Krzysztof Firlus i 12 Fantazji na violę da gamba, TWV 40:26–37 Georga Philippa Telemanna

20:00, Dwór Artusa
Heinrich Schütz, Johann Hermann Schein, Johann Rosenmüller, Leonhard Lechner, Heinrich Albert, Adam Drese

Cantus Cölln
Konrad Junghänel – kierownictwo artystyczne, lutnia

B!FEST, Kolbudy: Młoda Muzyka Dawna



Dzieje się na Kaszubach!!!

Dwa następne weekendy będą należały na Kaszubach - a konkretnie w gminie Kolbudy niedaleko Gdańska - do muzyki dawnej i związanych z nią ARTrakcji. Wszystko za sprawą minifestiwalu Młoda Muzyka Dawna.

"Młoda jest określeniem nawiązującym nie tyle do wieku artysty, lecz jego podejścia do sztuki" – piszą organizatorzy festiwalu. "Jakiego podejścia do muzyki szukamy? Szukamy interpretacji, które poruszają. Oddania, naiwnej wiary i kreatywności – cech często charakterystycznych dla młodości. Dalecy od rutyny w odpowiedzialny sposób staramy się przekraczać nasze bariery. Bariery techniczne, emocjonalne czy interpretacyjne. Przy czym używając naszej muzycznej wrażliwości staramy się nie nadużywać przysługującej nam swobody interpretacyjnej…"

Młoda Muzyka Dawna to koncerty, warsztaty dla dzieci, potańcówka, śniadanie z muzykami, spacer po lesie. Prawdziwe świętowanie!

Szczegółów wszystkich wydarzeń szukajcie na stronie organizatorów - Młoda Muzyka Dawna a koncertów także w Barokowym Rozkładzie Jazdy: BRJ: Młoda Muzyka Dawna


Niedługo na Baroque Goes Nuts! relacja z Kaszub. Wybieram się tam w przyszłym tygodniu na potańcówkę i koncert, na którym koreańska sopranistka Eunsoo Jang oraz zespół instrumentów historycznych Modus Consor wykonają Il delirio amoroso, HWV 99 Georga Friedricha Händla oraz jedną z moich ulubionych kantat Bacha - Weichet nur, betrübte Schatten, BWV 202, z której pochodzi cudowna aria-gawot, do której posłuchania Was zapraszam.

Sehet in Zufriedenheit
Tausend helle Wohlfahrtstage,
Dass bald bei der FolgCezeit
Eure Liebe Blumen trage!

(Wyglądajcie w zadowoleniu tysięcy jasnych dni pomyślności,
które wkrótce przyniosą waszej miłości kwiaty)

Troszkę więcej o Weichet nur, betrübte Schatten, najbardziej chyba rozerotyzowanej kantacie Bacha znajdziecie także tutaj: Laetare, Weichet nur 

B!LIVE, Gdańsk: Pełnym Brzmieniem! Inauguracja odbudowanych organów w kościele Świętej Trójcy



Kościół Świętej Trójcy w Gdańsku odkryłem dla siebie nieco ponad dwa lata temu. Trochę przez przypadek. W maju 2016 roku wybrałem się na koncert w ramach festiwalu ORGANYy PLUS+, na którym Ingrida Gápová i Goldberg Baroque Ensemble pod dyrekcją Andrzeja Szadejki wykonywali utwory kompozytorów barokowych związanych z Gdańskiem. Minęło już sporo czasu, a ja pamiętam ten koncert, jakby był wczoraj. Andrzej Szadejko zachęcał wtedy, żeby przemieszczać się po kościele i słuchać muzyki z różnych miejsc. Żeby poczuć, jak słuchali jej gdańszczanie kilkaset lat temu.

Wielkie wrażenie wywarło wtedy na mnie surowe, ale piękne wnętrze kościoła; jedyne w swoim rodzaju lektorium, jakby zawieszone pomiędzy nawą główną a prezbiterium; bardzo kameralny dziedziniec kościelny, coś na kształt śluzy skutecznie oddzielającej  gwarne miasto od sprzyjającego kontemplacji wnętrza świątyni; niezwykła kaplica św. Anny przylegająca do głównego kościoła. I organy. A właściwie imponujący prospekt organowy, bo piszczałek zbyt dużo w nim jeszcze nie było…

Zbudowane najprawdopodobniej w latach 1616-18 przez Martena Friese organy we franciszkańskim kościele Świętej Trójcy są z wielu powodów wyjątkowe. To jedne z dwóch w Polsce organów manierystycznych. Ich unikalność polega także na tym, że nie zostały zbudowane na chórze, a na dwóch przylegających do siebie balkonach po południowej stronie lektorium, dzięki czemu ich dźwięk dociera do słuchaczy od przodu, a nie od tyłu. To jedyne takie rozwiązanie w Polsce i jedno z niewielu na świecie.

Pod koniec II wojny światowej niemieckie władze Gdańska nakazały organy – jak wiele innych podobnej klasy obiektów ruchomych – rozebrać i wywieźć z miasta. Instrument został przez to uratowany. A dzięki temu, że w czasie ewakuacji wykonano bardzo szczegółową dokumentację zdjęciową i rysunkową, instrument udało się odtworzyć. Choć nie od razu.

Gruntowną renowację kościoła rozpoczęto dopiero na początku XXI wieku. Rozebrano ścianę, którą po wojnie oddzielono nawę główną od prezbiterium, wyremontowano dach i okna, konserwację przeszły stalle, epitafia z prezbiterium i ołtarze. Dopiero po tym wszystkim przyszedł czas na odbudowę organów.

Prace rozpoczęły się w 2008 roku. Szafę organową odtworzono z wykorzystaniem kilkunastu tysięcy większych i mniejszych oryginalnych elementów (ok. 65% całości) składowanych na poddaszu kościoła; piszczałki – razem 2441 – wykonano od nowa w technologii wykorzystywanej w XVII wieku. Odbudowę prowadziła wyłoniona w drodze konkursu pracownia organmistrzowska Kristiana Wegscheidera z Drezna a nadzorowali ją Andrzej Szadejko, profesor Akademii Muzycznej w Gdańsku oraz o. Tomasza Jank, rektor kościoła św. Trójcy. 

Instrument jest wyjątkowy z jeszcze jednego powodu. Bodaj najważniejszego. Jego odbudowa połączyła ludzi. Wiele osób wpłacało na ich odbudowę 1% swojego podatku, darowizny złożyło na ten cel kilka tysięcy. Można też było stać się patronem konkretnej piszczałki. Mniejszej lub większej w zależności od wpłaconej kwoty. Takich patronów jest ponad 500, choć jest też wielu, którzy prosili o anonimowość.

Kościół Świętej Trójcy razem ze swoją magiczną atmosferą i swoimi niezwykłymi organami to jedno z „moich” miejsc w Gdańsku. Nie mogłem więc nie pojechać 3 czerwca 2018 roku na wielkie święto, którym była inauguracja zrekonstruowanego instrumentu. Był tłumy ludzi, piknik, ciasto, kawa, okolicznościowy znaczek pocztowy, wydany na tę okazję album, koncert, gwar, rozmowy, pozytywna energia, dobre emocje, łzy wzruszenia i bardzo dużo uśmiechów. Höchsterwünschtes Freudenfest!

Jestem pewny, że brałem udział w wydarzeniu historycznym. 3 czerwca był jednak wielkim dniem przede wszystkim dla tych tysięcy ludzi, którzy włożyli w odbudowę organów to, co tylko mogli. Pracę, pieniądze, serce, emocje, wiedzę. To im wszystkim należały się honory i podziękowania. Jestem z gatunku wrażliwych, więc łzy zakręciły się w oku, kiedy pamiątkową piszczałkę odbierał syn fotografa i rysownika, dzięki którego powstałej w czasie wojny dokumentacji można było odtworzyć każdy szczegół instrumentu; albo kiedy dziękowano pani, która wspierała odbudowę od początku do końca po prostu swoją pracą i pasją; i kiedy potężnym dźwiękiem organów wybrzmiało Te Deum. Było wzruszająco, pięknie i radośnie. Częścią podziękowań był także koncert, który zainaugurował nie tylko odbudowany instrument, ale też wiosenną odsłonę festiwalu ORGANy PLUS+.

Usłyszeliśmy utwory Bacha, Buxtehudego, Volckmara, Frescobaldiego i Händla w wykonaniu Andrzeja Szadejki (organy), Marion Eckstein (alt), Scholi Cantorum Katedry Muzyki Kościelnej Akademii Muzycznej w Gdańsku oraz Goldberg Baroque Ensemble pod dyrekcją Aliny Ratkowskiej.
Utwory solowe na organy zabrzmiały pięknie: pełnym, czystym, mocnym dźwiękiem o ogromnym zróżnicowaniu barw. Niezwykłe było też Magnificat Buhtehudego, którego kolejne sekwencje były śpiewane przez zespół wokalistów a następnie podejmowane i rozwijane przez organy. Doskonałego współbrzmienia orkiestry, śpiewaków i organów trzeba jeszcze poszukać, odpowiednio je wyważyć, popróbować, może – jak na koncercie sprzed dwóch lat – pospacerować po kościele i wsłuchać się w to współbrzmienie z różnych miejsc.

Okazji będzie sporo, bo organy nie zamilkną, a kościół św. Trójcy będzie gościł następne koncerty i festiwale. Już całkiem niedługo kolejna edycja Festiwalu Goldbergowskiego (28.08-2.09.2018) a jesienią druga tegoroczna odsłona festiwalu ORGANy PLUS+ (1-7.10.2018).

Warto w czasie wizyty w Gdańsku zboczyć odrobinę ze zwyczajowego turystycznego szlaku i odwiedzić Stare Przedmieście. Odkryć kościół Świętej Trójcy, posłuchać niezwykłych organów, tuż obok - w przylegającym do kościoła dawnym klasztorze, w którym teraz działa gdańskie Muzeum Narodowe – zobaczyć prawdziwe skarby: „Sąd Ostateczny” Hansa Memlinga, obrazy takich mistrzów, jak Peter Bruegel, Jan Brueghel, Paul Vredeman de Vries; ryciny Albrechta Dürera i Rembrandta.



W załączonym filmie wykorzystano fragment Magnificat Dietricha Buxtehudego wykonanego na koncercie inauguracyjnym 3.06.2018 przez Andrzeja Szadejkę (za jego zgodą) oraz własne fotografie wykonane tego samego dnia oraz zdjęcie fragmentów szafy organowej przed odbudową pochodzące z domeny publicznej.

Gdańsk: ORGANy PLUS+ 2018 wiosna



Dzieje się w Gdańsku!!!

W dniach 3-7 czerwca 2018 roku w gdańskim Kościele Świętej Trójcy odbędzie się wiosenna odsłona festiwalu ORGANy PLUS+. To edycja wyjątkowa. Po raz pierwszy usłyszymy bowiem pełne brzmienie niezwykłych barokowych organów.

Stało się. Po siedemdziesięciu pięciu latach od zakończenia drugiej wojny światowej, po piętnastu latach starań i dziesięciu latach wytężonych prac konserwatorskich i organmistrzowskich, po raz pierwszy w tym roku będziemy mogli podziwiać pełne możliwości brzmieniowe zrekonstruowanego instrumentu we franciszkańskim kościele pw. Św. Trójcy na gdańskim Starym Przedmieściu.

Tak się szczęśliwie złożyło, że rok 2018 to także jubileusz czterechsetlecia powstania tych niezwykłych organów. Czwarty już festiwal ORGANy PLUS+ da nam szansę świętowania i posłuchania pięknej muzyki rozbrzmiewającej z jedynego w Polsce muzycznego Lektorium, w niezmienionej od 500 lat gotyckiej akustyce, w sposób nieosiągalny nigdzie indziej (...) - pisze o festiwalu jego dyrektor Andrzej Szadejko.

Szczegóły festiwalowych koncertów można znaleźć na stronie organizatorów: 

oraz w Barokowym Rozkładzie Jazdy: BRJ - ORGANy PLUS+


B!LIVE, Actus Humanus Resurrectio 2018, dzień 5



W niedzielę wybrzmiały ostatnie akordy Actus Humanus Resurrectio 2018.

Po południu w Sali Mieszczańskiej Ratusza Staromiejskiego usłyszeliśmy 6 duetów koncertujących na skrzypce i altówkę Antonio Bartolomeo Bruniego (1757-1821). Choć Bruni urodził się i umarł w Cuneo we Włoszech, większość życia spędził w Paryżu. Jak dowiedzieliśmy się z zapowiedzi przed koncertem, był konformistą, potrafił znaleźć dla siebie miejsce i zdobyć przychylność wszystkich frakcji w burzliwym we Francji czasie na przełomie XVIII i XIX wieku. Za przykład niech wystarczy, że w czasie Wielkiej Rewolucji Francuskiej był odpowiedzialny za inwentaryzację instrumentów muzycznych, które zachowały się w domach arystokratów skazanych w czasie Wielkiego Terroru, czasem tych samych, z których mecenatu korzystał przed rewolucją.

Utwory Bruniego wykonali Katarzyna Anna Olszewska na skrzypcach i Dymitr Olszewski na altówce. Rodzinny duet zaprezentował się z bardzo dobrej strony, czuć było w ich graniu duże wzajemne zrozumienie, pasję, czasami wręcz żar, jak w polonezie z czwartego duetu. Same kompozycje mnie jednak nie zachwyciły. Sporo w nich było powtarzalności, dłużyzn, niekończących się zakończeń. Za długi był też sam koncert. Duża część publiczności musiała przejść z ratusza do Centrum św. Jana, dwadzieścia minut pomiędzy koncertami to czas zdecydowanie zbyt krótki. Tym bardziej szkoda, że nie starczyło go nawet na porządną porcję zasłużonych oklasków. 

Na finałowym koncercie w Centrum św. Jana pojawił się dobrze znany gdańskiej publiczności Ottavio Dantone ze swoim zepołem Accademia Bizantina oraz solistami: Sophie Rennert, Monicą Piccinini, Delphine Galou i Martinem Vanbergiem. Usłyszeliśmy oratorium Il trionfo del Tempo e del Disinganno (Triumf Czasu i Rozczarowania), HWV 46 Georga Friedricha Händla; pierwsze oratorium, które w ogóle skomponował. Powstało niedługo po przyjeździe Händla do Rzymu i zostało wykonane po raz pierwszy 2 maja 1707 roku w pałacu przy Via del Corso należącym do jednego z jego rzymskich mecenasów, kardynała Benedetto Pamphiliego. Libretto, którego autorem jest sam kardynał Pamphili, to alegoryczny dyskurs czterech personifikacji: Piękna (Belezza), Przyjemności (Piacere), Rozczarowania (Disiganno) i Czasu (Tempo); uniwersalna przypowieść o ulotności doczesnego piękna, o nieuchronnym upływie czasu, o złudnej naturze rozkoszy. 

Ottavio Dantone i Accademia Bizantina dają gwarancję dobrego, pełnego emocji wykonania. Tak było w czasie poprzednich edycji Actus Humanus w oratoriach La Resurrezione i Mesjasz; tak było, kiedy na Zamku Piastów Śląskich w Oleśnicy kameralny zespół zagrał Die Kunst der Fuge Johanna Sebastiana Bacha, tak było i tym razem.  

Orkiestra dała z siebie wszystko i to zarówno w częściach instrumentalnych - w żywiołowej i pełnej pasji uwerturze, jak i w sonacie z pierwszej części, a właściwie: miniaturowym wirtuozowskim koncercie organowym. Mimo, że jest umieszczony w królestwie Przyjemności, jest raczej kontrapunktem, przypomnieniem, że to właśnie muzyka organowa miała dla kompozytora charakter ponadczasowy. Przez zupełny przypadek słuchałem następnego dnia na drugim końcu Polski takiego samego przypomnienia, podobnego koncertu organowego umieszczonego przez Händla ponad 30 lat później w Odzie na dzień św. Cecylii, HWV 76. Ale o tym już wkrótce w innej relacji.

Zespół instrumentalny idealnie współbrzmiał także z solistami, jak w arii Piękna Io vorrei due cori in seno, w której Monice Piccini towarzyszył cudowny duet lutni i klawesynu, w arii Crede l’uom ch’egli riposi w której melodia grana przez flety zdawała się delikatnie falować w przestrzeni Centrum św. Jana, czy w arii Piacere Tu giurasti di mai non lasciarmi, gdzie akompaniament smyczków, lutni, wiolonczeli i klawesynu był przejmujący i dramatyczny. Można by tak wyliczać bez końca. I tylko trochę żal mi  było oboistki, której instrument odmawiał czasami współpracy i która musiała go przez cały koncert czyścić, ogrzewać, przedmuchiwać… 

Śpiewacy także spisali się świetnie. Po pierwsze cała czwórka była bardzo dobrze do siebie dopasowana, dopracowane były nie tylko arie solowe, ale też duety (pięknie zgrany i precyzyjny duet Belezzy i Piacere Il voler nel fior degl’anni) i kwartety, np. niezwykłe Voglio Tempo per risolvere. 

Najbardziej znaną arią z oratorium Triumf Czasu i Rozczarowania jest Lascia la spina, której materiał muzyczny został potem wykorzystany przez Händla w arii Lascia ch’io pianga w operze Rinaldo. Sophie Rennert wykonała ją znakomicie. Z jednej strony była delikatna i skromna, z drugiej posągowa i zdystansowana. Róże i ciernie... A jeśli dodać do tego świetną współpracę Ottavia Dantone na klawesynie i Michele Pasottiego na lutni (tego samego, który poprowadził zespół La Fonte Musica w czasie niezapomniego koncertu Enigma Fortuna na ubiegłorocznym Festiwalu Bachowskim w Świdnicy), dostajemy prawdziwą perełkę.

O Martinie Vanbergu napisałem po ubiegłorocznym wykonaniu La Resurrezione, że ilość i różnorodność brzmień, które usłyszeliśmy szła w parze z wielką precyzją i bardzo wysoką jakością wykonania. Tym razem to właśnie Martin Vanberg był dla mnie gwiazdą niedzielnego koncertu. Wyrazisty, zjawiskowy, wiarygodny. W mistrzowsko wykonanej arii Urne voi, che racchiudete był zdecydowany i przejmujący, a kiedy zaśpiewał o sztormie w arii È ben folle quel nocchier, w Centrum św. Jana mieliśmy prawdziwy sztorm emocji.

Delphine Galou darzę dużą sympatią. Bardzo miło było posłuchać jej znowu: choć zaśpiewała partię Rozczarowania, rozczarowania nie było wcale. Była za to postać z charakterem, gra aktorska i głęboki, charakterystyczny alt, który najbardziej ujął mnie w arii Più non cura valle oscura, w której dodatkowo bardzo dobrze współgrał z pięknym solo fletu.

Sporo pracy miała w niedzielę Monica Piccini, ale bardzo dobrze rozłożyła siły i brzmiała równo i doskonale od początku do końca oratorium. Do niej właśnie, we wzruszającej arii Tu del Ciel ministro eletto, należały ostatnie dźwięki Il Trionfo del Tempo e Desinganno. Był to jednocześnie ostatni akcent wielkanocnej edycji festiwalu Actus Humanus.

Będę z niecierpliwością czekać na następną odsłonę Actus Humanus. Będę też trochę tęsknić za jego niepowtarzalną atmosferą; rozmowami z ludźmi, którzy tę wyjątkową atmosferę współtworzą; za niespodziewanymi spotkaniami; interakcjami z czytelnikami na bieżąco komentującymi festiwalowe relacje; za wymienianiem uśmiechów z innymi melomanami; za magicznymi wnętrzami gdańskich zabytków; za podążaniem za głosem carillonów; za tym bezcennym dla mnie poczuciem przynależności do czasu i do miejsca.

Do zobaczenia!